slider img
slider img
slider img
slider img

Tak jest! Pierwszy urlop bikepackingowy udany! Ogromnie się z tego cieszę i mam nadzieję, że kolejne nasze wypady będą przebiegać w po...

E-Bikepacking w najdzikszym z Beskidów


Tak jest! Pierwszy urlop bikepackingowy udany! Ogromnie się z tego cieszę i mam nadzieję, że kolejne nasze wypady będą przebiegać w podobnym tonie jak ten ostatni, w nasz ukochany Beskid Niski.

Może niektórzy z Was jeszcze pamiętają nasz poprzedni wypad rowerowy w okolice Magury Małastowskiej. Ambitny kilkudniowy plan legł w gruzach po pierwszym dniu - rowery były za ciężkie, trasa była za ciężka, no i humory dzieciaków też były ciężkie - odzwyczajone od wzajemnego przebywania w przyczepce po długiej zimie walczyły ze sobą jak wściekłe psy. Pamiętam, że byłem wtedy dość podłamany całą tą sytuacją, zaczęliśmy szukać innych sposobów na spędzanie czasu razem, które przy okazji nie były by zabójcze dla naszych nóg - czyli kajak i wspólne wycieczki po górach. Jednak rowery nie dawały mi spokoju - aż udało nam się trafić na rozwiązanie idealne - rowery elektryczne.


Tak, tak. Wiem. "Rower elektryczny ueeee to samo jedzie nic nie trzeba robić!". Zapewniam, że tak nie jest. Silnik pomaga, bardziej na płaskich odcinkach niż podjazdach - oczywiście na podjazdach też pomaga, ale idzie wtedy baaaardzo dużo "prądu z baterii" i zasięg drastycznie spada. Do tego dodatkowa masa bagażu oraz baterii na naszych grubasach (zdecydowaliśmy sie, że jak już ma być z prądem to niech będzie grubo!) spowodowały, że rowery ważyły po 40kg. Doliczcie do tego jeszcze Mateusza (9kg) i Magdę (12kg) w przyczepce (12kg) ze swoim bagażem i mamy grubo ponad kwintal!

W każdym razie mogę już napisać, że wypad się udał, możecie już dalej nie czytać jeśli czekaliście na kolejną porażkę :) Całą relację ograniczę do krótkich opisów zdjęć z naszej wyprawy:
Zaczęło się z przygodami, jak zwykle: Justynę na zjeździe do Bartkowej użądliła pszczoła, chwilę potem nawigacja wyprowadziła nas w środek lasu, w którym urwała się droga.


Potem był szybki zjazd oraz przerwa kawowa w Skansenie Pszczelarstwa w Stróżach.


Dzień już się kończył a my z trudem wspięliśmy się na Biesiec i resztkami sił w nogach (i baterii) pognaliśmy w stronę kempingu w Sękowej pod Gorlicami, gdzie dotarliśmy już w zupełnych ciemnościach. Dzieci poszły spać, a rodzicie do ogniska wrzucić coś na ruszt.
Noc była mocno burzowa, na szczęście dzieciaki spały spokojnie. Mokry poranek zaczęliśmy od owsianki, szybkiego przepaku i ruszyliśmy w stronę Banicy.




Dzieci zasnęły na podjeździe, ożywiły się dopiero podczas zjazdu przez Gładyszów.




Tam też zrobiliśmy małą przerwę, następnie ruszyliśmy w stronę Regietowa na obiadek w Karczmie Huculskiej oraz zasłużoną przerwę dla dzieciaków na placu zabaw.



W karczmie przeczekaliśmy też ulewę, która nadeszła chwilę po naszym przybyciu. Gdy przestało padać wyruszyliśmy w kierunku SBN w Regietowie, następnie dalej, za Rotundę w poszukiwaniu stokówki prowadzącej do Zdyni.



Na ciężkim polnym podjeździe złapała nas ulewa, na szczęscie schroniliśmy się w lesie, gdzie wskoczyliśmy na nowo wyremontowaną drogę leśną prowadzącą wprost do dolinki Sidławy, gdzie przejechaliśmy kilka brodów.


Wreszcie wyskoczyliśmy na główną drogę w Zdyni, pogoda poprawiła się i spokojnie zajechaliśmy na Camping w Zdyni.


Potem to już same przyjemności: wizyta w sąsiedniej bacówce, kawa i wreszcie ognisko z kiełbaskami.




Poranne rytuały umilił nam pan, który przywiózł świeżutkie pieczywo, w tym pączki, które zabraliśmy na drugie śniadanie. Ruszyliśmy w stronę Radocyny, gdzie czekał nas fantastyczny zjazd po polnych drogach prosto do wyludnionej wsi.



Tam była chwila na pączka i kąpiel w malutkiej jeszcze Wisłoce.



Następnie czekały na nas brody w dolinie Nieznajowej oraz przejazd przez samą opuszczoną wieś, by wreszcie wyjechać na asfalt prowadzący do Grabu.



Pod drodze szybki obiad w plenerze (nudle błyskawiczne) i byliśmy gotowi na podjazd na Grabską Górę, następnie zjazd przez malownicze opuszczone wsie - Ciechanię i Żydowskie, prosto do Krempnej.




Tam też spędziliśmy resztę dnia na polu namiotowym, nawiasem mówiąc - w doborowym towarzystwie.

Kolejny mglisty poranek zaczął się klarować gdy opuszczaliśmy już Beskid Niski.



Skierowaliśmy się w stronę Jasła, pod górę Liwocz, gdzie mieliśmy nocować na fantastycznym polu namiotowym. Sama droga, poza wylotówkami z Jasła, przebiegła sielankowo.




Ostatni dzień to długi powrót przez pogórze Rożnowsko-Ciężkowickie. Dystans był spory i jak się okazało - podjazdów też niemało.



Cieszyliśmy się jednak, bo drogi, którymi jechaliśmy były niemal puste. Na sam koniec została zapora w Czchowie, przeprawa promowa i na tym zakończyła się nasza pierwsza wyprawa bikepackingowa. Na szczęście kolejna już niebawem!


- Arek

Nasza Magda jest na etapie fascynacji wszystkim co pełza i syczy. Wiąże się to z tym, że na naszych wycieczkach często spotykamy te przemi...

Wąz któly glyzie

Nasza Magda jest na etapie fascynacji wszystkim co pełza i syczy. Wiąże się to z tym, że na naszych wycieczkach często spotykamy te przemiłe i bardzo ciekawe zwierzaki. Ale, jak wiadomo, mamy w Polsce jeden gatunek, który jest jadowity, stąd krótka lista polskich gatunków dla małych i dużych. A i jeszcze jedno - wszystkie nazwy węży to twórczość własna Magdy, nie pytajcie mnie o co chodzi z tym stawaniem za wężami :)


"blązowy wąz któly nie glyzie i mozna za nim stawać" - czyli Padalec, nasza rodzima beznoga jaszczurka, lubi wygrzewać się na słońcu, na leśnych traktach i skałach. Jaszczurka całkowicie niegroźna dla człowieka.


"wąz któly nie glyzie i mozna za nim stawać" - Zaskroniec, ma dwie charakterystyczne żółte plamki zaraz za głową - jest to najlepszy sposób na odróżnienie od żmii. Niegroźny, gdy go wystraszymy udaje martwego albo uwalnia baaaardzo nieprzyjemny zapach.


"wąz któly glyzie" - Gniewosz Plamisty, chociaż nie jest jadowity i rzadko go można spotkać, ma na plecach plamki które mogą nachodzić na siebie i przypominać zygzak, więc można go pomylić z innym, bardziej nieprzyjemnym wężem. Od żmii odróżniają go jednak okrągłe źrenice. Gniewosz to cykor i boi się ludzi, ale zapędzony w kozi róg będzie syczeć, wić się i kąsać. Lepiej nie dawać go dzieciom do zabawy.


"wąz doktol" - czyli wąż Eskulapa, dziś spotykany jedynie w Bieszczadach. Potrafi być długi na ponad dwa metry, w kolorze oliwek i brązu. Niegroźny dla ludzi.


"wąz któly glyzie i ma zyzak" - ten skubaniec jest śmiertelnie niebezpieczny dla naszych pociech. Charakterystyczny zygzak czasem jest mało widoczny, bo może zlewać się z kolorem reszty ciała, którego barwa może być szare, brązowe i zielone, czasem także nawet niebieskawe, pomarańczowe czy czerwone. Na szczęście żmije zawsze zdradzą jej złowrogie czerwone oczy z pionową źrenicą. Dorośli zwykle jakoś się ogarniają po ukąszeniu, dla dzieci może być bardzo niebezpieczne - w przypadku wstrzyknięcia jadu (nie zawsze do niego dochodzi) dobrze jest unieruchomić ranną kończynę, obłożyć lodem, a ugryzionego okryć kocem. Konieczna jest także pomoc medyczna oraz antytoksyna.

Na koniec dodam, że absolutnie wszystkie nasze węże są pod ochroną, dodatkowo Wąż Eskulapa i Gniewosz są pod ochroną ścisłą - nie krzywdźcie i nie zabijajcie tych zwierząt, chyba że musicie bronić się przed atakiem żmii (tak, pisze się "żmii" a nie "żmiji", "żmijów" itp itd).

- Arek

W zeszłym roku wzięliśmy udział w "Rowerowym Potopie", po którym zakochaliśmy się w Szwecji. Dlatego już po powrocie zaczęl...

Złe miłego początki ;)



W zeszłym roku wzięliśmy udział w "Rowerowym Potopie", po którym zakochaliśmy się w Szwecji. Dlatego już po powrocie zaczęliśmy kombinować jak by tam wrócić na dłużej - jeden dzień na rowerze to stanowczo za mało. Skoro na dłużej - to może od razu też dalej na północ, do Norwegii? Śledziliśmy przez pewien czas wyprzedaże i promocje na stronie Stenaline, aż w końcu któregoś ranka Arek oświadczył: "Płyniemy do Szwecji"! W nocy kupił bilety bo była prom przez duże "P".


Płynąć mieliśmy z samochodem, więc od razu plan zakładał jak najszybciej dostać się do tej mojej wymarzonej Norwegii.
W trasie do Gdyni zastanawialiśmy się czego nie zabraliśmy, o czym zapomnieliśmy itd. Po tych wszystkich naszych podróżach już się przyzwyczailiśmy, że zawsze, ale to ZAWSZE albo czegoś zapomnimy albo coś pójdzie nie tak jak miało być. Niejednokrotnie okazuje się potem, że nie ma tego złego... ale chcieliśmy się przygotować. Wyszło na to, że tym razem mamy wszystko.
Zjechaliśmy z promu w Karlskronie i jadąc do miejsca naszego pierwszego noclegu podziwialiśmy znajomy już niejako krajobraz.


Dojechaliśmy nad wybrzeże Kattegatu, wszyscy już dość głodni. Arek poszedł zapoznać się z opisami na tablicy informacyjnej, ja zaś zabrałam się za zrobienie kilku kanapek. Okazało się, że biwakowanie jest zabronione na terenie rezerwatu Arnasudden. Wtedy pomyślałam "oho, zaczyna się". Posililiśmy się i postanowiliśmy przynajmniej pospacerować po rezerwacie.



Pogoda była piękna, słońce grzało, od morza wiał dość silny wiatr, który jednak w żaden sposób nie przeszkadzał. Na terenie rezerwatu wypasały się owce. Było ich mnóstwo i ku uciesze dzieci uciekały za każdym razem, gdy zanadto się zbliżaliśmy.


Pozbieraliśmy trochę muszelek i trzeba było wracać do samochodu szukać kolejnego miejsca na rozbicie namiotu. Kiedy tylko wjechaliśmy na autostradę usłyszeliśmy dźwięk podobny do strzelającej butelki. Niestety był to dźwięk uderzającego w naszą szybę kamyczka robiącego w niej dziurkę!



Pierwszy dzień urlopu, tysiąc kilometrów od domu - no po prostu super! Dojechaliśmy do kolejnego możliwego miejsca postoju, ale nie przypadło nam do gustu. Zrobiłam zdjęcie szyby, aby zgłosić szkodę do ubezpieczyciela i ruszyliśmy dalej. Arek jechał, a ja pytałam wujka google czy możemy tak jeździć jeszcze dziewięć dni w obcym kraju. Około godziny dwudziestej znaleźliśmy "Rastplatz" z placem zabaw, więc długo się nie zastanawiając wypuściliśmy dzieciaki i wzięliśmy się za przygotowanie kolacji. Kiedy rozbiliśmy już nasz obóz, było grubo po dwudziestej pierwszej - temperatura nieco spadła, słońce schowało się za górami, ale nie zaszło, nadal było jasno i pewnie dlatego dzieciaki szalały w najlepsze.



Kiedy po dwudziestej drugiej zmęczenie w końcu dopadło Mateusza nadal nie było ciemno, ale zaraz po nim odpadła Madzia, a my w końcu w ciszy mogliśmy zaplanować nasz kolejny dzień.



"Zaplanować" 😂
Plan był taki, że o dziesiątej wyjeżdżamy. Wstaliśmy rano i standardowo zwijanie obozu, śniadanie, słońce już było dość wysoko, więc kiedy my pakowaliśmy graty do auta dzieciaki szalały na placu zabaw.



10:01 - wsiadamy do auta, uśmiechy na twarzach, Arek odpala auto... a auto ani drgnie.
Uśmiechy zgasły, z tyłu jedynie wycieraczka przejechała po suchej szybie a my siedzieliśmy i się zastanawialiśmy się o co chodzi?... pierwsza myśl - akumulator! ale nie działało kompletnie nic, tylko ta cholerna wycieraczka z tyłu za każdym razem jak Arek przekręcał kluczyk (w nadziei chyba, że może jednak auto odpali). Druga myśl: MAGDA! Bawiła się wieczorem w kierowce, wiec włączyła wycieraczkę, która teraz doprowadzała do szału. Odwracamy się oboje do niej a ten nasz słodki aniołek pyta "dlaczego nie jedziemy tato?" W takich chwilach najlepiej policzyć do dziesięciu - kilka razy i przypomnieć sobie każdy całus, każdy uśmiech, pierwsze "mama" i tym podobne rzeczy.
Kiedy kolejny raz wycieraczka wolno sunęła po tylnej szybie Arek postanowił ją wyłączyć i z rozpędu włączył przednie wycieraczki, które jednak nie miały tyle energii i zatrzymały się po chwili dokładnie w miejscu dziurki po wczorajszym kamyczku... ta z kolei zaczęła pękać!
Wtedy pomyślałam"nie wierzę, że to się dzieje na prawdę".
Zadzwoniliśmy do naszego ubezpieczyciela po pomoc. Pani uprzejmie poinformowała, że do dwóch godzin ktoś powinien przyjechać, a w razie czego mamy zapewnione holowanie za 250 ojro!!! Serio?!
Czyli dokąd? Z parkingu i dwa kilometry drogą główną? Ubezpieczenie kończyło się za dwa dni i nowe mieliśmy już full wypas, ale kto się spodziewał czegoś takiego już pierwszego dnia urlopu?
Na Parkingu stały chyba dwa tiry i jeden camper, ale nikt nie miał kabli rozruchowych (tego akurat nie zabraliśmy!) Dzieciaki na nowo szalały na placu zabaw, a my czekaliśmy na pomoc. W pewnym momencie podjechał jakiś samochód z przyczepą, Arek poszedł więc zapytać o kable. Okazało się, że Pan ma i oczywiście chętnie nam pomoże! Alleluja! Fabia zaskoczyła niemal od razu i w podzięce Aro praktycznie siłą wepchnął Szwedowi grzańca ze słowami, że to nasze pyszne polskie słodkie wino :D (tego akurat nie zapomnieliśmy ;) )



Ruszyliśmy, ja zadzwoniłam do ubezpieczyciela aby podziękować za ich chęć pomocy i powiedziałam do Arka, że nie chcę tego dnia zasypiać bo boję się kolejnego poranka...

~JUSTYNA

Bikepacking. Jedno słowo, które od dłuższego czasu zaprzątało nasze głowy. Jak by to było wyruszyć gdzieś na naszych rumakach i być sa...

Rodzice planują, dzieci weryfikują ;)


Bikepacking. Jedno słowo, które od dłuższego czasu zaprzątało nasze głowy. Jak by to było wyruszyć gdzieś na naszych rumakach i być samowystarczalnym...
Ten dzień planowaliśmy od dobrych kilku miesięcy, przygotowywaliśmy się do niego najlepiej jak potrafiliśmy, a życie i tak zweryfikowało te nasze plany i przygotowania.
Ale od początku.
Plan był prosty - zapakować nasz mały dorobek życia turystycznego na rowery i ruszyć w dzicz Beskidu Niskiego. Sakwy zapakowaliśmy sobie już w domu, lecz mimo to załadowanie wszystkiego na rowery i do przyczepki zajęło nam chyba godzinę, wraz z zabawianiem, uspokajaniem i odwracaniem uwagi naszych m&msów od robienia rzeczy zabronionych (np. wkładania do buzi wszystkiego co znajdzie się w zasięgu ręki).
Udało się! Załadowani ruszyliśmy... powoli... ociężale pod górę. Nie było łatwo, ba było cholernie ciężko! dlatego po kilkuminutowej wspinaczce zawróciliśmy i postanowiliśmy jechać drogą asfaltową (prowadziła w dół ;D)


Dzieciaki nie do końca były tego dnia nastawione do siebie przyjaźnie a słońce grzało niemiłosiernie jak na początek maja. Zjechaliśmy do najbliższego sklepu kupiliśmy kiełbaski na ognisko  i ruszyliśmy na upatrzone miejsce biwakowe.


Każde nawet najmniejsze wzniesienie na drodze było odczuwalne. Mój rower był ciężki, ale rower Arka z przyczepką ważył chyba tonę. Tego dnia zrobiliśmy jakieś siedemnaście kilometrów, z czego ponad polowa była z górki, a większość po płaskim. Już wiedzieliśmy, że bikepacking w takiej formie nie jest dla nas. Po prostu, nie dalibyśmy rady na dłuższą metę tak jechać.
Z drugiej strony dzieciaki, może to był zbieg okoliczności, ale mieliśmy wrażenie, że  jazda wcale nie sprawiała im przyjemności. Mateusz nieustannie starał się wkładać Madzi palec do oka na co ona reagowała płaczem na przemian z piskiem co jeszcze bardziej go rozbawiało i z uporem maniaka atakował bidulce te oczy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce biwakowe mieliśmy dość, a do wieczora było jeszcze daleko...



Wypuściliśmy dzieciaki aby dały upust swojej skumulowanej energii a sami zabraliśmy się za przygotowanie obiadu. Polowego spaghetti po bolońsku - smakowało jak nigdy.


Kiedy zaczęło się ściemniać, okazało się, że nie będziemy sami na tym biwaku, gdyż w budynku leśników zaraz na wjeździe odbywał się suto zakrapiany grill.
Mati zasnął kiedy słońce chowało się za horyzont a Arek rozpalił upragnione przez Madzię ognisko.


Zjedliśmy kiełbaski posiedzieliśmy chwilę jeszcze przy ogniu i zmęczeni poszliśmy spać. Tak zakończyła się nasza przygoda z bikepackingiem.
Rano nie mieliśmy już ochoty na ciężkie rowerowe kręcenie, wiec ja zaczęłam zwijać obozowisko a Arek udał się po samochód.


Pozostało nam teraz od nowa zaplanować majowy wypad do Skandynawii gdzie główną formą aktywności miały być rowery.
Jeden dzień, a tyle nam uświadomił...
Do bikepackingu na pewno wrócimy, ale musimy poczekać aż dzieciaki podrosną, aby cieszyć się tym jak należy.
Z rowerami też nie żegnamy się na długo i wcale nam się nie znudziły ;)


Musimy nasze wspólne spędzanie czasu dopasować głównie do potrzeb naszych małych podróżników. Trafiły nam się dwa wulkany energii i zamykanie ich razem w przyczepce na dłużej niż godzinę, wiąże się z marudzeniem, krzykami i narastającym konfliktem, który przerwać może tylko natychmiastowa separacja ;D

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts