slider img
slider img
slider img
slider img

To miał być najlepszy urlop rowerowy w tym roku. Wszystko miało być super. W końcu, Bieszczady! W październiku! Może już bez namiotów, a...

Goodbye Bieszczady


To miał być najlepszy urlop rowerowy w tym roku. Wszystko miało być super. W końcu, Bieszczady! W październiku! Może już bez namiotów, ale włóczęga rowerowa po schroniskach też ma swoje uroki, więc postanowiliśmy jej spróbować.


Zaczęło się faktycznie wspaniale: dojechaliśmy do Rzepedzi gdzie napotkaliśmy starszego cyklistę który polecił nam miejsce parkingowe obok domu rekolekcyjnego. Pogadaliśmy jeszcze trochę o okolicznych trasach, po czym skierowaliśmy się na wcześniej wspomniane miejsce postoju i uzbroiliśmy nasze e-grubasy. Słońce chyliło się już ku zachodowi, więc staraliśmy się zagęszczać ruchy.


Po mniej więcej 30 minutach ogarniania tego bajzlu ruszyliśmy w stronę przełomu Osławy - moim zdaniem najlepszego kawałka asfaltu do uprawiania turystyki rowerowej w Bieszczadach. Droga jest częściowo zamknięta dla samochodów, do tego liczne brody przecinające Osławę sprawiają że nie można się tam nudzić. Uroku dodaje oczywiście fakt że wszędzie mamy znaki informacyjne o występowaniu niedźwiedzi i całej tej bieszczadzkiej fauny. Pod straszliwy podjazd do Schroniska Smolnik docieramy o zachodzie słońca. Tam też wybieramy wariant drogi zamkniętej, który daje nam mocno w kość. Schronisko było prawie puste, spędziliśmy tam spokojny wieczór w towarzystwie kotów i innych wędrowców, wspominając dawne wyrypy po Bieszczadzkich szlakach oraz snując plany na przyszłość.




Poranek przywitał nas słońcem, szybko wciągnęliśmy owsianki i zjechaliśmy do Smolnika. Po drodze udało się trafić plac zabaw, którego mocno już brakowało dzieciakom.




Po kawie i zabawie ruszyliśmy dalej, w kierunku Balnicy. Sam podjazd do Balnicy był bardzo przyjemny i pusty, jednak u celu okazało się że jedyna droga prowadząca dalej, do Solinki, jest w katastrofalnym stanie.






Ślady po zrywce wyglądały tak że nawet nasze grubaśne opony utonęły by w tym błocie. Po krótkim pikniku zawróciliśmy do głównej drogi i asfaltem przez Szczerbanówkę pojechaliśmy do Cisnej.





Tam też nastąpiła seria bolesnych zawodów - baterie w rowerach padły przed samym podjazdem na Bacówkę Pod Honem, na domiar złego bacówka była praktycznie pełna i miała jeden sprawny kran z wodą... Poszukiwanie alternatywnego noclegu trwało kolejną godzinę aż w końcu udało się znaleźć pokój za rozsądne pieniądze - powiem tylko że u GOPRowców za rocznie dziecko płaci się jak za dorosłego, a w pokojach na poczcie trzeba się dodzwonić do jakiejś centrali w Krakowie z zapytaniem o nocleg... Na szczęście naleśniki w Siekierezadzie dalej są przepyszne i skutecznie niwelują wszelkie troski dnia.




Pojedzeni udaliśmy się do naszej kwatery zaplanować kolejny dzień i dobrze się wyspać na jednym wspólnym łóżku.Kolejny poranek niestety zaczął się od kapuśniaczku - i nie mam tu na myśli śniadania.


Jak później się okazało - lać miało cały dzień, z tą różnicą że wieczorem miało lać bardziej. Po pożywnym śniadanku ruszyliśmy w kierunki Sinych Wirów. Generalnie odczucia miałem tam średnie - punktów widokowych na Wetlinę jednak jest trochę mało, ale niewątpliwie wpływ na wrażenia miał też ciągły opad atmosferyczny, mgła i zimno.



Szkoda, bo nad Wetliną jest parę wydzielonych miejsc na ogniska, a mieliśmy strasznego smaka na taką kiełbaskę czy szaszłyk z ognia. Droga na Kalnicę była w remoncie i miała zerwaną nawierzchnię, dla naszych grubasów nie był to jednak problem.

Wreszcie, kompletnie przemoczeni dojechaliśmy do SSM w Wetlinie. Tam też ceny zaskoczyły nas dość niemiło - rabaty w tym schronisku młodzieżowym najwyraźniej nie dotyczą dzieci które jeszcze nie chodzą do szkoły. Po
rozpakowaniu się i wysuszeniu zdecydowaliśmy się na krótki spacer do pierwszej lepszej restauracji na obiad.


Po obiadku pozostało nam zrobić małe zakupy i udać się do naszej kwatery na odpoczynek. Szczęśliwie dostaliśmy salę na tuzin osób, a byliśmy jej jedynymi lokatorami - dzieciaki miały więc naprawdę porządny wybieg.



Podczas wieczornych rozmów i analiz prognoz pogody przy lampce wina wspólnie postanowiliśmy że nasza dalsza wyprawa po Bieszczadach nie ma większego sensu i nazajutrz wracamy do auta.


Ostatni dzień schroniskowego bikepackingu był poniekąd wyścigiem z czasem. Rano wreszcie przestało padać, ale koło południa miał najeść front z silnymi opadami i jeszcze silniejszym wiatrem z zachodu - oznaczałoby to dla nas "wmordewind", a dystans tego dnia chcieliśmy pokonać dość znaczny.



Podjazdy z w Kalnicy poszły dość gładko, pod Szczerbanówkę od strony Cisnej też nie było większych problemów. A potem to już full gas na zjeździe aż do samego Smolnika. Tam jeszcze raz przejechaliśmy przez przełom Osławy i w okolicach południa dotarliśmy do Rzepedzi.



Końcowe wnioski są takie: Bieszczady są "modne". Wiąże się to z dużą ilością turystów, nawet poza sezonem. To z kolei wiąże się z dość wysokimi cenami, miejscami wręcz śmiesznie wysokimi - płacenie za kilka pierogów ruskich prawie trzydzieści złotych oznacza mniej więcej tyle że za jednego pieroga płacimy ze 3-4 złote, no bez jaj! Z noclegami nie jest tak źle, ale ogólnie miejscowi teraz "koszą hajs". Nic dziwnego, w końcu to jest piękny zakątek naszego kraju. Ale przez rozwój turystyki, budowę schodów na szczyty, szlaków śladami seriali itp. już nie jest tak dziki jak kiedyś, i żadna ilość znaków ostrzegawczych "uwaga niedźwiedzie, rysie itp", żadna ilość zaklinanych statystyk o liczbie niedźwiedzi i wilków na tym terenie tego nie zmieni.


Dzikie zwierzęta swobodnie przemieszczają się pomiędzy Beskidem Niskim oraz całymi wschodnimi Karpatami na terenie Słowacji i Ukrainy - tam też można je spotkać, a nikt przy okazji nas nie ogoli z całej wypłaty za wikt i opierunek. Dlatego żegnajcie Polskie Bieszczady, po tylu latach corocznych odwiedzin na połoninach czas powiedzieć dość i wzrok kierować dalej na wschód, lub na południe... nie na zachód, jak Pet Shop Boys :)

Tak jest! Pierwszy urlop bikepackingowy udany! Ogromnie się z tego cieszę i mam nadzieję, że kolejne nasze wypady będą przebiegać w po...

E-Bikepacking w najdzikszym z Beskidów


Tak jest! Pierwszy urlop bikepackingowy udany! Ogromnie się z tego cieszę i mam nadzieję, że kolejne nasze wypady będą przebiegać w podobnym tonie jak ten ostatni, w nasz ukochany Beskid Niski.

Może niektórzy z Was jeszcze pamiętają nasz poprzedni wypad rowerowy w okolice Magury Małastowskiej. Ambitny kilkudniowy plan legł w gruzach po pierwszym dniu - rowery były za ciężkie, trasa była za ciężka, no i humory dzieciaków też były ciężkie - odzwyczajone od wzajemnego przebywania w przyczepce po długiej zimie walczyły ze sobą jak wściekłe psy. Pamiętam, że byłem wtedy dość podłamany całą tą sytuacją, zaczęliśmy szukać innych sposobów na spędzanie czasu razem, które przy okazji nie były by zabójcze dla naszych nóg - czyli kajak i wspólne wycieczki po górach. Jednak rowery nie dawały mi spokoju - aż udało nam się trafić na rozwiązanie idealne - rowery elektryczne.


Tak, tak. Wiem. "Rower elektryczny ueeee to samo jedzie nic nie trzeba robić!". Zapewniam, że tak nie jest. Silnik pomaga, bardziej na płaskich odcinkach niż podjazdach - oczywiście na podjazdach też pomaga, ale idzie wtedy baaaardzo dużo "prądu z baterii" i zasięg drastycznie spada. Do tego dodatkowa masa bagażu oraz baterii na naszych grubasach (zdecydowaliśmy sie, że jak już ma być z prądem to niech będzie grubo!) spowodowały, że rowery ważyły po 40kg. Doliczcie do tego jeszcze Mateusza (9kg) i Magdę (12kg) w przyczepce (12kg) ze swoim bagażem i mamy grubo ponad kwintal!

W każdym razie mogę już napisać, że wypad się udał, możecie już dalej nie czytać jeśli czekaliście na kolejną porażkę :) Całą relację ograniczę do krótkich opisów zdjęć z naszej wyprawy:
Zaczęło się z przygodami, jak zwykle: Justynę na zjeździe do Bartkowej użądliła pszczoła, chwilę potem nawigacja wyprowadziła nas w środek lasu, w którym urwała się droga.


Potem był szybki zjazd oraz przerwa kawowa w Skansenie Pszczelarstwa w Stróżach.


Dzień już się kończył a my z trudem wspięliśmy się na Biesiec i resztkami sił w nogach (i baterii) pognaliśmy w stronę kempingu w Sękowej pod Gorlicami, gdzie dotarliśmy już w zupełnych ciemnościach. Dzieci poszły spać, a rodzicie do ogniska wrzucić coś na ruszt.
Noc była mocno burzowa, na szczęście dzieciaki spały spokojnie. Mokry poranek zaczęliśmy od owsianki, szybkiego przepaku i ruszyliśmy w stronę Banicy.




Dzieci zasnęły na podjeździe, ożywiły się dopiero podczas zjazdu przez Gładyszów.




Tam też zrobiliśmy małą przerwę, następnie ruszyliśmy w stronę Regietowa na obiadek w Karczmie Huculskiej oraz zasłużoną przerwę dla dzieciaków na placu zabaw.



W karczmie przeczekaliśmy też ulewę, która nadeszła chwilę po naszym przybyciu. Gdy przestało padać wyruszyliśmy w kierunku SBN w Regietowie, następnie dalej, za Rotundę w poszukiwaniu stokówki prowadzącej do Zdyni.



Na ciężkim polnym podjeździe złapała nas ulewa, na szczęscie schroniliśmy się w lesie, gdzie wskoczyliśmy na nowo wyremontowaną drogę leśną prowadzącą wprost do dolinki Sidławy, gdzie przejechaliśmy kilka brodów.


Wreszcie wyskoczyliśmy na główną drogę w Zdyni, pogoda poprawiła się i spokojnie zajechaliśmy na Camping w Zdyni.


Potem to już same przyjemności: wizyta w sąsiedniej bacówce, kawa i wreszcie ognisko z kiełbaskami.




Poranne rytuały umilił nam pan, który przywiózł świeżutkie pieczywo, w tym pączki, które zabraliśmy na drugie śniadanie. Ruszyliśmy w stronę Radocyny, gdzie czekał nas fantastyczny zjazd po polnych drogach prosto do wyludnionej wsi.



Tam była chwila na pączka i kąpiel w malutkiej jeszcze Wisłoce.



Następnie czekały na nas brody w dolinie Nieznajowej oraz przejazd przez samą opuszczoną wieś, by wreszcie wyjechać na asfalt prowadzący do Grabu.



Pod drodze szybki obiad w plenerze (nudle błyskawiczne) i byliśmy gotowi na podjazd na Grabską Górę, następnie zjazd przez malownicze opuszczone wsie - Ciechanię i Żydowskie, prosto do Krempnej.




Tam też spędziliśmy resztę dnia na polu namiotowym, nawiasem mówiąc - w doborowym towarzystwie.

Kolejny mglisty poranek zaczął się klarować gdy opuszczaliśmy już Beskid Niski.



Skierowaliśmy się w stronę Jasła, pod górę Liwocz, gdzie mieliśmy nocować na fantastycznym polu namiotowym. Sama droga, poza wylotówkami z Jasła, przebiegła sielankowo.




Ostatni dzień to długi powrót przez pogórze Rożnowsko-Ciężkowickie. Dystans był spory i jak się okazało - podjazdów też niemało.



Cieszyliśmy się jednak, bo drogi, którymi jechaliśmy były niemal puste. Na sam koniec została zapora w Czchowie, przeprawa promowa i na tym zakończyła się nasza pierwsza wyprawa bikepackingowa. Na szczęście kolejna już niebawem!


- Arek
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts