slider img
slider img
slider img
slider img

Dobry dzień zaczyna się od dobrego śniadania - koniec i kropka. Pewien znajomy, zapytany czy lepiej mu służył stan kawalerski niż obe...

Termy, wino i co ino.


Dobry dzień zaczyna się od dobrego śniadania - koniec i kropka. Pewien znajomy, zapytany czy lepiej mu służył stan kawalerski niż obecny, odpowiedział: "Wiesz, kiedyś rano późno wstawałem, nie chciało mi się robić śniadania i potem cały dzień byłem głodny i źle mi było. Teraz wstaję wcześniej, robię śniadanie dla siebie i dla żony, a potem jestem pojedzony i dzień układa się dobrze. Więc chyba jest lepiej, co?". Ta anegdota towarzyszy mi codziennie, bo zawsze staram się przygotowywać najważniejszy posiłek dnia dla całej rodziny. W podróży również. Tego dnia na talerze zawitała owsianka z musli, bananami i winogronami z Egeru. Po takiej bombie energetycznej można przenosić góry.

A gór w Hortobagach nie było. Tak więc rozpoczęliśmy podróż powrotną do domu - miał być Miszkolc, ale dostaliśmy dzień wcześniej wskazówki jak trafić na miłe, spokojne kąpielisko termalne, na którym jednocześnie jest pole namiotowe. No i fakt, że koło pola namiotowego była winiarnia lejąca tokaje po siedem polskich złotych za litr, też okazał się czynnikiem decydującym o wyborze dzisiejszej destynacji.


Pogoda dopisywała, dużo bardziej niż zdrowie naszego najmłodszego. Dlatego też musieliśmy szybko znaleźć jakąś węgierską aptekę co by Mateusz nam się całkiem nie posypał w środku naszego urlopu. Droga na północ, którą obraliśmy niejako omijała większe miejscowości i tak naprawdę pierwszą napotkaną i czynną apteką była ta w Tokaju.

Trzeba przyznać, że miasteczko jest bardzo urokliwe. Położone u stóp wulkanicznej góry, w miejscu gdzie łączą się Cisa i Bodrog, w sierpniowe południe było niemalże puste, bardzo spokojne. Zatrzymaliśmy się w okolicy centrum tylko na szybką wizytę w aptece, i równie szybkie zakupy w jednej z wielu winiarni.




Następnie ruszyliśmy w dalszą podróż do miejsca naszego dzisiejszego noclegu. Od Tokaju na północ zaczyna się przepiękne pasmo gór Tokajsko-Slanskich, niewysokich, ale jakże innych od tego, co można zobaczyć w naszym kraju. Mało zaludnione z powodu braku większych ośrodków w okolicy, dolne zbocza pokrywa zwykle winorośl, zaś wierzchołki zarośnięte są pięknymi pierwotnymi lasami liściastymi. Wjechaliśmy nawet na jedną z takich winiarni zrobić kilka zdjęć i skosztować lokalnych odmian winogron.

Po krótkiej podróży dotarliśmy do naszego celu na dzisiaj - kąpieliska termalnego i kempingu Végardó Fürdő w miasteczku Sárospatak. Kąpielisko ma swoje początki już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to odkryto obecność termalnych wód leczniczych. Od tamtego okresu kąpielisko przeszło szereg modernizacji i dziś prezentuje się naprawdę dobrze.



Tak dobrze, że rejestracji z naszego Podkarpacia na kempingu było prawdziwe zatrzęsienie. I w sumie nic w tym dziwnego - w linii prostej jest tutaj może z dwieście kilometrów przez Słowację - to naprawdę niewiele jak na weekendowy wypad. Naszych rodaków, podobnie jak nas przyciągają tu nie tylko lecznicze właściwości wód termalnych, ale też stosunkowo nieduża ilość gości w sezonie, oraz bardzo atrakcyjne ceny. Na terenie kąpieliska znajduje się kilka basenów, place zabaw, restauracje - jednym słowem wszystko co na kąpielisku być powinno.

Gdy dzieciaki miały już dość wody, postanowiliśmy ruszyć się gdzieś poza teren kąpieliska, pozwiedzać trochę miasteczko. Zapakowaliśmy dziatwę do przyczepki - w samą porę na popołudniową drzemkę - i ruszyliśmy zwiedzać. Zaraz po opuszczeniu terenu kąpieliska, jedną z pierwszych rzeczy które wydały nam się "inne" był pobliski cmentarz. Pomniki i groby nie przypominały tych z cmentarzy, do których przywykliśmy w Polsce - częściej miały kształt obelisków i grobowców niż tradycyjnych z krzyżem. Jak się potem okazało był to cmentarz Kalwiński, typowy dla Węgierskiego Kościoła Reformowanego - jest to druga po Katolicyzmie religia w Węgrzech, dominująca na wschodnich terenach kraju. W wielkim skrócie, moimi słowami - aby wyjaśnić różnice między Katolicyzmem i Kalwinizmem: doktryna Kalwinizmu opiera się na predestynacji - Bóg przed stworzeniem świata zdecydował suwerennie kto trafi do raju lub nie. Dobre i złe uczynki które ludzie popełniają za życia są tylko potwierdzeniem, że człowiek będzie zbawiony lub potępiony.

Za cmentarzem trafiliśmy do serca parku Isokalert, w którym znajduje się zabytkowa Biblioteka Kolegium Kalwińskiego oraz wiele pomników i popiersi postaci historycznych. Wreszcie dotarliśmy w okolice Domu Kultury w Saroszpatak, gdzie mogliśmy przez chwilę odpocząć i podziwiać piękną architekturę budynków Uniwersytetu i pobliskich pomników. W drodze powrotnej natknęliśmy się jeszcze na - jakże miły - Polski akcent w Sarospatak, oraz miejsce do pocałunków pod jemiołą.



Reszta dnia upłynęła na rutynowych czynnościach kolacyjno - higienicznych, oraz integracji z innymi biwakującymi tu ludźmi. Znamiennym jest, że wieczorem siedziałem przy jednym stole z Węgrami i Słowakami pijąc wino - i doskonale się dogadywaliśmy... po rosyjsku :)


- Arek

W poszukiwaniu ciepła ptaki udają się na południe, to wie każdy. Wszak ptaki akurat wielkością mózgów nie grzeszą, ale nie znaczy to...

Migracje


W poszukiwaniu ciepła ptaki udają się na południe, to wie każdy. Wszak ptaki akurat wielkością mózgów nie grzeszą, ale nie znaczy to, że są głupie - w końcu sowa nie bez powodu jest symbolem mądrości. Po chłodnym przywitaniu, które zgotowała nam Liptowska Mara - oraz nieco lepszej aurze w Egerze - w poszukiwaniu ciepła udaliśmy się tam, gdzie kierują się ptaki, czyli nieco na południe.



Węgierskie ptaki, a przynajmniej 95% z nich mają takie ulubione miejsce - to słynna węgierska Puszta, największa w Europie trawiasta pustynia, prawie całkowicie pozbawiona drzew. Z tego powodu można spotkać tam bardzo dużo ptaków, płazów i gadów - za to sarenki, dziki i inne leśne stwory są rzadkością. Spotkać można również dziko biegające konie, które na bezkresnym stepie mają naprawdę niezły wybieg.




Centralnym punktem Puszty jest miejscowość Hortobagy, od której wzięła się zresztą nazwa parku narodowego. Od momentu wjazdu na teren parku szybko można zauważyć, że bardzo mało jest tutaj słupów - Węgrzy starali się prowadzić linie elektryczne i telefoniczne pod ziemią, tak aby nie psuły one krajobrazu. I faktycznie, wielkie przestrzenie Puszty robią równie wielkie wrażenie. Charakterystyczne są białe budynki kryte strzechą, oraz wielkie studnie z żurawiami, jakby zastygłe w czasie. Ptactwa tu pełno - widzieliśmy klucze gęsi, hordy krukowatych na polach, prawdziwe zatrzęsienie bocianów. Małe ptaki, czy inne pełzające przysmaki oczywiście przyciągają też drapieżniki. Naprawdę jest tu prawie wszystko, co fruwa na Węgrzech.



 Po przejechaniu najdłuższego na Węgrzech, kamiennego dziewięcioprzęsłowego mostu dotarliśmy wreszcie do centrum miejscowości Hortobagy. Naprędce ogarnęliśmy pole namiotowe (ceny zasadniczo podobne jak wszędzie na naszym namiotowym szlaku, tylko prąd trochę drogi), pyszny polowy obiad i wskoczyliśmy na rowery aby trochę pozwiedzać okolicę. Można oczywiście wybrać inne sposoby transportu - dorożki, jeepy czy jazdę konno - to jednak nie nasza bajka. Hortobagy mają pełno ciekawych atrakcji dla miłośników zwierząt, które nie-sposób ot tak zaliczyć w jedno popołudnie: mamy tu szpital dla ptaków, ogród zwierząt "udomowionych", czy Muzeum Pasterstwa.



W ciągu roku odbywa się tutaj wiele imprez tematycznych - nam akurat nie udało się trafić w żadną.  Nasza mała rajza prowadziła przez stadniny koni, ośrodki jeździeckie, upadły kompleks hotelowy, by wreszcie zakończyć się w centrum miejscowości, obok małego jarmarku i zagrody z ptactwem. Wewnątrz zagrody (sezonowo nieczynnej) siedziała sobie spora gromadka bocianów i wesoło klekotała, nic sobie nie robiąc z turystów którzy podchodzili do nich na prawie że wyciągniecie ręki. Udało nam się jeszcze zrobić małe zakupy i wyskoczyć na loda, o którym Magda przypominała nam od dłuższego czasu. Oczywiście gdy tylko go dostała - lód spadł na ziemię, wywołując tym sposobem bardzo, ale to bardzo głośny płacz. Wspaniałomyślny sprzedawca lodów ulitował się nad bębenkami innych gości lodziarni oraz jarmarku jako takiego i ku uciesze wszystkich poratował sytuację kolejnym lodem na koszt firmy.


 Po krótkim odpoczynku udaliśmy się podejrzeć jeszcze inne zwierzaki specyficzne dla tego regionu - bydło szare, charakteryzujące się bardzo długimi rogami. Jeden byczek szczególnie upodobał sobie Justynę, na szczęście dla nas stało mu na drodze ogrodzenie pod wysokim napięciem. Gdy słońce zaczynało zachodzić wróciliśmy na pole namiotowe przygotować Mateusza do snu. Na Puszcie jest także park nocnego nieba, a pogoda sprzyjała - więc szykowała się piękna noc. 


Magda wyskoczyła jeszcze na chwilę na rowerek biegowy, przy okazji zaliczając zderzenie z płotem elektrycznym który nas chronił przed wcześniej wspomnianym byczkiem. Obyło się bez porażenia (pewnie opony ją izolowały), tzn. Magdzie nic się nie stało, ale ja dostałem po łapach gdy sprawdzałem działanie płotu :) Resztę wieczoru spędziliśmy piekąc kiełbaski i rozmawiając z przemiłym polskim małżeństwem podróżników camperowych, którzy podsunęli nam pomysł na kolejny dzień wyprawy.


- Arek


Weekend zaplanowany co do godziny można by rzec. Nastroje wyśmienite, z uśmiechami na twarzach kładliśmy się spać w piątek wieczor...

(Nie)udany weekend poza domem



Weekend zaplanowany co do godziny można by rzec.
Nastroje wyśmienite, z uśmiechami na twarzach kładliśmy się spać w piątek wieczorem.

Sobota rano.
Wstaje nasza mała buntowniczka lewą nogą, dupskiem do góry i czym tam jeszcze się da. Dziś jedziemy do ZOO. Ale Magda obwieszcza, że ona nie jedzie! Bo... Nie lubi ZOO.
Śniadanie upłynęło dość nerwowo, zapakowaliśmy dzieciaki do auta i jednak w komplecie ruszyliśmy do ZOO.
Ruszyliśmy do ZOO w Opolu już w drodze z parkingu do bram Ogrodu Zoologicznego Magda trzy razy wracała się do auta, mówiąc ze nie chce iść do ZOO.
Kiedy została wniesiona do tego nieszczęsnego ZOO, nagle zapragnęła zobaczyć zwierzątka! Dla świętego spokoju wypożyczyliśmy drewniany wózek, w którym Arek woził Madzię.
Mateusz-uodporniony już na wszelkie humory i krzyki siostry, zasnął niedługo po wejściu do ogrodu.
Poza sezonem ZOO nie wyglądało zbyt atrakcyjnie.
Zagroda ze zwierzętami domowymi, z możliwością karmienia ich przez małe dzieci miała być główną atrakcją dla naszej Magdy, ale niestety była nie czynna. Alejki między zagrodami w niektórych miejscach były kompletnie nieprzejezdne z powodu wielkich kałuż powstałych w wyniku ostatnich opadów deszczu.




Mimo to udało nam się zrobić kilka fajnych fotek, a Mateusz obudził się akurat jak wychodziliśmy i rzutem na taśmę załapał się na fotkę z gorylem.


Wyjście z ZOO było okupione oczywiście płaczem, bo Magda jednak lubi ZOO i wcale nie chce wracać do domu...



Niedziela rano. 
Humor naszej buntowniczki nie uległ wielkiej poprawie, ale dzisiaj w planie były góry. Jako, że Magda po górach już chodzi, Arek wziął tylko asekuracyjnie siedzisko na barana, a ja miałam nosić Matiego w Chicco.
Zanim ja z Matim wygramoliłam się z auta, Magda zdążyła "zmarznąć na kość" i oświadczyć Arkowi że nie lubi gór.


W ogóle to ją nogi bolały i od początku Arek zmuszony został do niesienia jej na barana.
Dzieci ubrane jak na przysłowiowy Sybir, pogoda była "w miarę", i nagle rozlega się płacz.
Magda mówi, że jej zimno w buzie i ona chce do auta! Na nic się zdały się rozmowy, negocjacje i dodatkowe warstwy odzieży.


Po całych piętnastu minutach wyprawy wróciliśmy do samochodu.




Gdy tylko ruszyliśmy, Magda oczywiście oświadczyła, że do domu wracać nie chce...
Tak zakończył się nasz cudowny weekend poza domem ;)

Co poradzić??
Nasze starsze dziecko zaczyna już jasno wyrażać swoje zdanie, argumentując swoje potrzeby, które nie zawsze pojawiają się w odpowiednim momencie dla nas. Ale teraz właśnie, rośnie nam partner i kompan podróży. Uczymy się wspólnie planować dzień i brać pod uwagę potrzeby każdego z nas, bez względu na wiek.
Takich weekendów pewnie będzie jeszcze kilka(naście), ale każdy na pewno nas czegoś nauczy i z każdego, będziemy się starali wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Bunt dwulatka w końcu przechodzi...


W bunt trzylatka...
I tak do czasu, aż się z domu nie wyprowadzi ;)

- JUSTYNA

    Pomyślałem sobie, że przy okazji coraz  bardziej kontrowersyjnego ostatniego dnia  Października, określanego szeroko rozumianym zac...

Wieś widmo


   Pomyślałem sobie, że przy okazji coraz bardziej kontrowersyjnego ostatniego dnia Października, określanego szeroko rozumianym zachodnim terminem "Halloween" - chociaż dużo bardziej wolę nasze słowiańskie "Dziady"- napiszę coś o duchach. Bez zagłębiania się w irlandzkie / saksońskie / walijskie, czy też słowiańskie genezy obrzędów związanych z tym dniem - oraz kwestię wiary... Dodam jednak, że bardzo cieszę się że Druidzi już nie pukają do drzwi i nie porywają nam dzieci - zamiast tego to dzieci robią nam psikusy.

   Opowiem wam trochę o śląskiej "wsi widmo", która ma niejako podzielić losy Atlantydy.
Z tą różnicą, że wieś ta nie jest wyspą, oraz wszyscy jej mieszkańcy przeniosą się w inne miejsce zamiast utonąć. I zasadniczo wieś ta nie jest w Grecji. 


   Uroczysko Nieboczowy (oficjalna nazwa na rok 2017) to nieistniejąca już wieś, której początki sięgają XII wieku. Licząca w końcowym okresie jej istnienia około pół tysiąca mieszkańców osada została przesiedlona w nowe miejsce, w związku z budową zbiornika przeciwpowodziowego na Odrze. Odwiedziliśmy to miejsce wiosną tego roku - stalowe olbrzymy terraformujące okolicę zdawały się otaczać uroczysko z każdej strony, jednak bez przeszkód można było tam jeszcze dotrzeć autem. 

   Na miejscu przywitał nas ponury obraz ruin domów, niektórych w opłakanym stanie, inne zaś wyglądały na takie, w których jeszcze wczoraj ktoś mieszkał... Ze wzmianek w sieci, które teraz odnajduję pisząc tego posta można wywnioskować, że mieszkało tam wtedy jeszcze kilkanaście osób. To dziwne, bo nie widzieliśmy tam żywej duszy. 


   Auto zostawiliśmy pod kościołem na Uroczysku. Justyna karmiła Mateusza, a ja z Magdą ruszyliśmy na tak zwane "zwiady". Tak tak, został tam też kościół. A jak łatwo się domyślić, obok kościoła znajduje się zwykle cmentarz. Z nim też wiąże się pewna ponura tajemnica, na którą trafiam pisząc te słowa. Domyślacie się już, że ciała pochowane na cmentarzu w Nieboczowach przeniesiono na nowy cmentarz. Posłużę się tutaj liczbami podanymi przez archeologów: jeszcze przed przystąpieniem do prac przewidywano, że na starym cmentarzu w Nieboczowach znajdują się łącznie 292 groby, ze szczątkami 471 osób. Co ciekawe, ostatecznie doliczono się 47 grobów więcej, a liczba szczątków wynosiła 598. Myślę - no to grubo. Ale to jeszcze nie koniec - archeolodzy dokonali także szokującego odkrycia: na cmentarzu znaleziono także szczątki kilku-dziesięcioro dzieci. Trzydzieści sześć drewnianych trumienek z resztkami ciał oraz pozostałościami po lalkach, smoczkach, z medalikami... 

   W regionie zawrzało. Co było przyczyną śmierci tych dzieci? Plaga? Katastrofa? Dlaczego nie istniała żadna, jakakolwiek informacja o tym, że zostały tu pochowane? Dopiero ekshumacje ciał dały pewne odpowiedzi. Nie były to raczej ofiary kataklizmów lub wojny, przyczyną były prawdopodobnie choroby i wysoka śmiertelność dzieci w tamtych czasach. Rodzice dzieci umierali lub opuszczali Uroczysko Nieboczowy, miejsce pochówku przestało być opłacane i pamięć o dzieciach ginęła w odmętach czasu... Brrr! 


   Powędrowaliśmy z Magdą w stronę pobliskich zabudowań. Ruiny domów straszyły ciemnością ziejącą z okien i drzwi, skrzypiące okiennice i resztki niespokojnie poruszających się firan (to na pewno wiatr, na pewno) budziły niepokój. Przynajmniej mój, Magda z zaciekawieniem przyglądała się pustostanom i widać że coś ciągnęło ją do zwiedzania. Nie szczekał na nas żaden burek na placu, nawet ptaków specjalnie nie było widać. Informacje z sieci mówią mi dziś, że budynki, które zostały całkowicie opuszczone oznaczano literami "OK" wymalowanymi na ścianie domu. Przeglądając dzisiaj zdjęcia zauważam, że na wielu z nich tych liter nie było.


   W każdym razie Justyna zadzwoniła mi z informacją, że Mateusz raczej nie ma ochoty na zwiedzanie wsi widmo, zawołałem więc Magdę i powoli wracaliśmy do auta. Aura też zaczynała kręcić nosem. Kątem oka zerkam jeszcze raz na budynek kościoła. Świątynia w której już nie ma Boga. Została oczywiście poddana desakralizacji, a w wieży znajduje się wielka dziura przez, którą wyciągnięto dzwon kościelny. Co prawda na zachodzie wiele kościołów przestało istnieć i wewnątrz tych budynków znajdują się już inne "instytucje", ale w konserwatywnej Polsce, przynajmniej w moim mniemaniu, ciężko przetrawić słowa "nieczynny kościół". A właśnie taki stał teraz przed nami. Pamiętam, że zastanawiałem się czy budowla kościoła zostanie całkowicie zburzona, w końcu okazała wieża zapewne wystawała by ponad poziom zbiornika wodnego, który ma tutaj powstać. Zrównanie z ziemią kościoła to raczej nie to samo co zrównanie z ziemią zwykłego budynku - zastanawiałem się czy ekipa wyburzająca miała by po wszystkim wyrzuty sumienia. Czy mogliby potem spać spokojnie. 


...właśnie przeczytałem, że miesiąc po naszych odwiedzinach spłonął dach kościoła i budowla się zawaliła. Kto, jak i dlaczego - nie wiadomo. Kwestia dylematów moralnych ekipy wyburzającej zniknęła. Kościół dołączył do pozostałych ruin na Uroczysku, z których większość też została spalona. Uroczysko będzie istnieć jeszcze rok. W 2019 roku planowane jest całkowite zalanie tamtego obszaru.

Wracając powoli do samochodu zahaczyliśmy jeszcze o opuszczone podwórko, pamiętam, że na środku rosło drzewo, przykucnąłem żeby zrobić Magdzie zdjęcie, kiedy w pewnym momencie moja córka popatrzyła gdzieś ze mnie, uśmiechnęła się i pomachała... Obróciłem się ale za mną była tylko ściana domu z dziurami po oknach. Mimo, że słońce było dość wysoko to ciarki mi przeszły po plecach, zabrałem dziecko i udałem się czym prędzej do samochodu, w którym czekała nieświadoma żona z synem.

Z perspektywy czasu, po analizie tych wszystkich faktów i historii związanych z Uroczyskiem nie mogę się nadziwić ile tajemnic skrywała ta niewielka znikająca wieś.

- Arek

Będąc jeszcze w ciąży z Mateuszem szukaliśmy rozwiązań jak najszybciej rozpocząć sezon rowerowy z maluszkiem. Magda do przyczepki wsia...

WEBER - wkładka rowerowa dla niemowląt


Będąc jeszcze w ciąży z Mateuszem szukaliśmy rozwiązań jak najszybciej rozpocząć sezon rowerowy z maluszkiem.
Magda do przyczepki wsiadła mając juz skończone 9 miesięcy więc wystarczyły dwie poduchy po bokach żeby jej się wygodnie spało ;)
Ale do rzeczy...
Wkładkę WEBER kupiliśmy zaraz po tym jak Mateusz pojawił się na świecie a pierwszy spacer zaliczyliśmy już w styczniu kiedy Mati skończył miesiąc.


Co tu dużo pisać jesteśmy z niej zadowoleni w 100%
Dzięki niej, w tym roku mogliśmy zrobić tak wiele na rowerach, biegówkach czy na zwykłych spacerach, a wiek Mateusza nie był przeszkodą we wspólnym, aktywnym spędzaniu czasu.


Przyczepka zastąpiła nam całkowicie wózek (nawet gondolę). Przy takiej małej różnicy wieku między dziećmi wkładka jest idealnym rozwiązaniem do przyczepki rowerowej z funkcją wózka.
Dzieciaki świetnie się dostosowały i z czasem nawet różne pory drzemek nie stanowiły problemu aby wyjść z dwójką na zwykły spacer.


To jeszcze parę spraw technicznych:
Dzięki wykonaniu z wysokiej jakości pianki EPP (spieniony polipropylen) wkładka jest niezwykle lekka, prawie niezniszczalna, odporna na warunki atmosferyczne, posiada właściwości tłumiące drgania.
Nadaje się do stosowania dla dzieci już od 1 miesiąca życia do 9 miesiąca lub 9 kg wagi (Mati nadal maksymalnej wagi nie osiągnął)
Sztywna konstrukcja stabilizuje dziecko, a pasy (wykonane z mikrofibry - 100% poliester) utrzymują je w bezpiecznej pozycji.
Wyściółka jest z pluszowego futerka (100% bawełna) a całoś waży jedynie 550g.

Cena nowej wkładki to ok 300zł a używane można kupić za 100zł mniej ;)
Trzymają cenę ponieważ aby ją zniszczyć człowiek musiałby się na prawdę postarać. Nasza przy intensywnym, niemalże codziennym użytkowaniu wygląda jak nowa, więc wydatek jak najbardziej się opłacał.
Polecamy!

- JUSTYNA

Pierwszy raz w Dolinie Pięknej Pani byliśmy w zeszłym roku. Miasto słynie z Egri bikawer - czerwonego półwytrawnego wina. Pogoda nie do...

Eger "wczoraj" i "dziś"


Pierwszy raz w Dolinie Pięknej Pani byliśmy w zeszłym roku. Miasto słynie z Egri bikawer - czerwonego półwytrawnego wina.
Pogoda nie do końca nam wówczas dopisała i namiot rozbijaliśmy między opadami deszczu. Nie mając nadziei na poprawę, ruszyliśmy z Madzią w przyczepce najpierw na obiad.
Jakie było nasze zaskoczenie kiedy czytając menu na tablicy jednej z restauracji zostaliśmy zaproszeni w naszym ojczystym języku przez jej kelnera :)
Małą atrakcją restauracji była duża papuga Ara, kiedy tylko Magda ją zobaczyła nie odstępowała klatki na krok, ku uciesze ptaka.


Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na podbój winnic.
Mi, z uwagi na obecny wówczas stan (Mati był jeszcze w brzuchu :D ) pozostało jedynie wąchanie kolejnych degustowanych win przez Arka. Kierując się jedynie zapachem i opinią męża, wybierałam kolejno butelki tego napoju bogów, na czas kiedy będę już mogła delektować się ich smakiem. W efekcie czego wracaliśmy z pokaźnym zapasem różnorodnego wina w przyczepce :D



Planując tegoroczny urlop, Eger był jednym z obowiązkowych punktów do zaliczenia. Tym razem pogodę mięliśmy wymarzoną i namiot rozbijaliśmy już w pełnym słońcu.
Magda szalała na swoim rowerku a Mati fascynował się każdym źdźbłem trawy.
Plan dnia wyglądał podobnie - kiedy obozowisko było już gotowe, udaliśmy się na obiad (do innej ale równie pięknej restauracji). Magda, jako że na rowerze spaliła parę kalorii, wyjadła Arkowi wszystkie kawałki mięsa z pikantnego gulaszu, aby mieć siłę na podbój winnic.
Mateusz obiad przespał, za to na degustację wina wyraźnie miał ochotę.


Jeśli sam zapach go kusił tak jak mnie rok temu, to chyba jestem w stanie go zrozumieć ;) 
Całe szczęście, że mięliśmy ograniczony budżet bo każde kolejne próbowane przeze mnie wino smakowało lepiej od poprzedniego. Gdybym chciała kupić każde, albo większość tych dobrych, to puściłabym nas z torbami :D
Wybraliśmy więc skromnie kilka butelek i jeden kartonik (promka była ;)) i wróciliśmy do namiotu.
Mimo iż w Egerze znamy tylko dolinę Pięknej Pani, to z całego serca polecamy zajrzeć tu każdemu kto znajdzie się w pobliżu.


Klimat tego miejsca jest niesamowity, a kiedy zapada wieczór i otwarte winnice kuszą ciepłym blaskiem spacerujących turystów, z wnętrza dobiega muzyka i gwar przeplatany ze śmiechem klientów - to ma się ochotę wstąpić do każdej z nich.


Jesteśmy niemalże pewni, że nie była to ostatnia wizyta w tym miejscu :)

- JUSTYNA

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts