Toboły, sprzęt, szpej, bagaż. Nazwij to jak chcesz. Nieodłączny element każdej podróży, zwłaszcza takiej zorientowanej na jakąkolwi...


 

Toboły, sprzęt, szpej, bagaż. Nazwij to jak chcesz. Nieodłączny element każdej podróży, zwłaszcza takiej zorientowanej na jakąkolwiek aktywność fizyczną. Zamyśliłem się ostatnio nad tymi naszymi tobołami. Ale najpierw tło:


Sobota. Późny wieczór, pochmurno, parkujemy przed apartamentem w Szczawnicy. Magda jak zwykle głośno podkreśla że tylko tata nadaje się do tego żeby wyciągnąć ją z fotelika i łaskawie zanieść do pokoju. Biorę więc pod jedną rękę córę, w drugą pierwszą lepszą torbę, Justyna z kluczami otwiera nam drzwi do budynku. Znajdujemy nasz pokój, Magda zaczyna robić bajzel, Justyna próbuje się jakoś ogarnąć i przebrać małą. Na mnie naturalnie spada obowiązek dostarczenia całej reszty bagażu do pokoju. Nieważne że na jedną noc, z małym dzieckiem i żoną w ciąży tego bagażu zawsze jest dużo.

Schodzę więc, otwieram bagażnik i kolejny już raz rozpoczynam tą śmieszną walkę z ilością powtórzeń trasy samochód-pokój, poprzez próbę przeniesienia maksimum bagażu za jednym razem. No to jedziemy: łóżko turystyczne, moja torba z ciuchami, walizka od dziewczyn, lustro... a właśnie, kamera sportowa była chyba z przodu samochodu bo Justyna zdjęcia przeglądała, kamerę też zabiorę... Grrr... No to jeszcze raz, kamera, lustro, łóżeczko, walizka... Gdzie ten laptop..?

Przy powtarzaniu kolejnej, jak zwykle nieuniknionej rundy pokój-samochód na chwilę zamyśliłem się nad innymi, dość specyficznym okazjami przy których musiałem się zmagać z naszym bagażem. 

Najgorzej? Najgorzej było chyba pod Transalpiną w Rumunii. Po dłuższym poszukiwaniu noclegu przy pogodzie "za chwilę wielki potop" natrafiliśmy na przyjaznego Rumuna który prowadził nas pod dom w który mieliśmy spać. W czasie przejazdu oczywiście z nieba runęła na nas ogromna masa wody. Podjechaliśmy pod dom, od wejścia dzieliło nas może pięć metrów. Przez te pięć metrów sprintu do wejścia zarówno ja, Magda jak i Justyna przemokliśmy do ostatniej nitki. Potem to już tylko ja sobie dreptałem tam i z powrotem, na bosaka w samych spodenkach bo wszystko było potwornie mokre. Jakimś cudem laptop i aparat przetrwały tą przeprawę, a powtórzeń wspominanej już trasy samochód-pokój było chyba kilkanaście.

Najwięcej? Najwięcej to oczywiście Chorwacja, auto pełne ciuchów, namiotów, śpiworów, wózków, nosidełek a na domiar tego jeszcze dwa rowery szosowe rozkręcone tak aby pomieścić się w bagażniku Fabii Combi. Noszenie tego wszystkiego, skręcanie, wycieranie ze smaru, który pomimo zabezpieczeń na napędzie jednak dostał się na rzeczy na których nie powinno go być... Chyba godzina w palącym słońcu.


Najszybciej? To chyba Hollental, z tego co wiem to miejsce do którego już powrotu nie ma w przyszłym roku, gdyż władze Kaiserbrunn zlikwidowały to najbardziej zwariowane pole biwakowe w Alpach Austriackich. Ciemna noc nas złapała, Magda padła ze zmęczenia, robiło się cholernie zimno, a trzeba było rozbić namiot, pościelić ekipie i jeszcze coś zjeść. No a miejsca na namiot - jak to w Kaiserbrunn bywa - zero. Szybko znalazłem mały kawałek trawy, rozbiliśmy namiot z jedną małą latarką i jakoś udało się wszystko ogarnąć bez budzenia malutkiej.

Uśmiecham się też wspominając dodatkowe atrakcje związane z noszeniem naszych dość cennych i mało poręcznych rumaków po pokojach hotelowych nad Morzem Czarnym, Zalewem Solińskim czy Liptovską Marą.


Pomimo tej nieco niewdzięcznej roli tragarza, Szerpy czy jucznego muła, pomimo tego że już jestem zmęczony podróżą - to i tak uwielbiam ten czas. Bo już za chwilę padnę zmęczony na łóżko, a Magda zacznie skakać mi po brzuchu i przypominać że jej do zmęczenia jeszcze daleko. Za chwilę będziemy spacerować wzdłuż cudownie pustego o tej porze deptaku przy Grajcarku. Potem co najwyżej kolacja w Kocim i w kimę. Jutro zrobimy coś, co ma znamiona "aktywności ruchowej", nie dzisiaj. Bo tak już zwykle bywa, że większość ambitnych planów sportowych po długiej podróży i rozładunku ma prawo nie wypalić :)

 -Arek

 Idzie nowe. Nasza rodzinka powiększyła się dzisiaj o kolejnego członka (ha, członka!), Mateusz i mama Justyna odpoczywają w szpitalu i ...


 Idzie nowe. Nasza rodzinka powiększyła się dzisiaj o kolejnego członka (ha, członka!), Mateusz i mama Justyna odpoczywają w szpitalu i dochodzą do siebie, ja zaś zajmuję się Magdą, która bardzo tęskni za mamą. 

Przepraszamy Was za brak aktywności na stronie w ostatnim czasie, na głowę spadły nam choroby, przeprowadzka, ciąża... życie jednym słowem. 

  W każdym razie naszą nową bazą jest teraz miasto z ikrą - Rybnik. Postaramy się przez zimę nadrobić zaległości w relacjach z naszych przygód w tym roku, a za jakieś trzy miesiące wyruszamy znowu na szlak, szosy, rzeki i jeziora, aby dotrzeć tam gdzie jeszcze żaden brzdąc nie dotarł. Idzie nowe! 

- Arek

Rocznica to taki dzień, o którym mężczyźni zwykli zapominają, zaś kobiety zwykły bić wcześniej wspomnianych mężczyzn wałkiem po głowie ...


Rocznica to taki dzień, o którym mężczyźni zwykli zapominają, zaś kobiety zwykły bić wcześniej wspomnianych mężczyzn wałkiem po głowie za ich zapominalstwo. Rocznica ślubu, gdy wpisze się ten termin w googlach, to najwyraźniej dzień w którym małżonkowie powinni udostępniać sobie na portalach społecznościowych laurki z serduszkami i obrączkami, ewentualnie w grę wchodzi pakiet "kolacja przy winie plus małe co nieco". I oczywiście rocznica ma swoje właściwości materiałowe - są papierowe, cukrowe, aluminiowe (serio?). Na dębowej się kończą, może więcej niż 80 lat z jedną babą żaden nie wytrzymał.
Razem z Justyną, może nie wyznajemy sobie miłości za pomocą wymyślnych obrazków z internetów, ale już wino, kolację i co nieco to my lubimy... Co zrobić w sytuacji gdy pomiędzy nas w pewnym momencie życia wskakuje mały brzdąc? Powiecie pewnie, że najlepiej brzdąca sprzedać na noc dziadkom, niech się nim nacieszą, a małżonkowie niech nacieszą się sobą... Nie wydaje Wam się to jednak może trochę dziwne? W rocznicę zawarcia związku małżeńskiego, ten mały owoc tego właśnie związku zostaje wyproszony gdzieś za drzwi, "dzisiaj mama i tata mają wolne", jakby nie był samym sensem tego małżeństwa? Hmm... A może nie jest? Pozostawię Was z tym pytaniem, drodzy czytelnicy.
W każdym razie Magda towarzyszyła nam w kolejnej już rocznicy we właściwy dla siebie sposób, czyli była głośno gdy trzeba być cicho, spała wtedy gdy spać nie miała (i na odwrót)... Ale przecież tak właśnie zachowują się dzieci, nadając takim dniom jak rocznica ślubu zgoła inny ton, niekoniecznie gorszy.
Noclegi trafiliśmy w końcu na travelist, wybór był trudny, bo jak zwykle jesienią ciągnie nas w Bieszczady. Jednak w tym roku zaliczyliśmy już nasze ulubione miejsca w Wilczych Górach dwa razy, więc zdecydowaliśmy się że uciekniemy na weekend w Sudety.
Przy okazji piątkowego przejazdu do apartamentów Czarna Góra w Siennej odkryliśmy również cudowną czeską szoskę o numerze 457, którą na pewno będziemy intensywnie ubijać na rowerach w 2017 roku. Same apartamenty są bardzo ok, oczywiście na kolorowych zdjęciach w ogłoszeniu nigdzie nie pisze że ośrodek jeszcze jest nieco w budowie, no ale co tam, za tą cenę można było przymknąć oko. Za rok czy dwa to może  faktycznie będzie najlepszy kurort narciarski w Polsce. W każdym razie wieczorem była kolacja, ogarnianie się po podróży i plany na weekend. Obejrzeliśmy też dwa odcinki "Twardowskiego" oraz "Smoka", które z czystym sumieniem polecam.
Sobota była rano dość pochmurna i niewyraźna, wstaliśmy też dość późno. Po śniadaniu zaatakowaliśmy szczyt Czarnej Góry, na który już wybierały się pielgrzymki turystów z różnych wycieczek. Tempo było mega spokojne,


Magdalena uczyła się dzielnie chodzenia pod górę z plecakiem, do tego zauważyła, że w około rośnie dość sporo jagód. Szybko okazało się że bardziej interesuje ją pełny brzuch niż całe te nasze góry,


więc wrzuciłem ją do nosidełka i co jakiś czas zatrzymywałem się, żeby nazbierać kolejną garść jagód dla naszego głodomora.


Po zejściu były oscypki w pobliskiej bacówce, była też orzeźwiająca żentyca, słowem - wypas.
Druga z sobotnich atrakcji znajdowała się nieopodal, wybraliśmy się na wycieczkę do Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Po zaparkowaniu samochodu ruszyliśmy w kierunku jaskini, całe szczęście że Justyna zatrzymała się przy stoisku z pamiątkami - sprzedająca tam pani poinformowała nas że do Jaskini już dzisiaj nie wejdziemy, gdyż odbywała się tam jakaś zamknięta impreza (rocznica otwarcia Jaskini chyba?). Zostaliśmy chwilowo bez planu na wieczór, szybko jednak przypomniałem sobie o materiale reklamowym z apartamentu, był tam pokazany sympatyczny zalew z kąpieliskiem gdzieś w pobliżu Siennej.


Tym zalewem okazał się być zalew w Starej Morawie, z pięknym molo i wieżą widokową, nieco wyludniony jesienią, okazał się być idealnym miejscem na chwilę odpoczynku od chodzenia po górach.


Zdążyliśmy jeszcze odwiedzić Lądek Zdrój, pełen ludzi gór z okazji odbywającego się tam festiwalu - samo miasteczko może trochę zaniedbane, ale okolice kurortu naprawdę robią wrażenie. Magda poskakała troszkę na małym placu zabaw, Chrisa Sharmy ani Piotra Pustelnika nie udało nam się spotkać - co tam, będą jeszcze następne okazje.
Niedziela również zaczęła się pochmurnie, ale wysoko w górach przebijało się już słońce i zapowiadał się naprawdę piękny i ciepły dzień. Wyruszyliśmy na południe, do naszych sąsiadów aby ocenić ich najnowszy wynalazek w dziedzinie górskich wież widokowych - niedawno otwarty Skywalk w miejscowości Dolni Morava. Godzinka jazdy i byliśmy na miejscu, darmowy parking zawsze spoko, zebraliśmy się i powoli (tempo nadawała Magda) spacerowaliśmy w kierunku wyciągu prowadzącego pod wieżę, w międzyczasie podziwiając widoki na Trójmorski Wierch, ze swoim skalistym wschodnim zboczem.


Swoją dojazdową nazwę zawdzięcza temu że jest to jedyne miejsce w Polsce gdzie zbiegają się zlewiska trzech mórz - dopływy Nysy Kłodzkiej w zlewisku Bałtyku, dopływ Cichej Orlicy w zlewisku morza Północnego i wreszcie dopływy Morawy w zlewisku morza Czarnego.
Gdy dotarliśmy pod stację wyciągu, to szczerze powiedziawszy miałem mały szok - cenowy. Wjazd i wejście na Skywalk kosztuje jakieś 70 zł za twarz, samo wejście na wieżę z połowę tego. Trudno, raz się żyje, pomyślałem. Zapakowałem rodzinkę na wyciąg i po paru stresujących minutach (nie szaleję za jazdą wyciągiem z małym dzieckiem) byliśmy u góry.


Tam dopiero widać było jak szaloną konstrukcją pod względem inżynierii jest Skywalk. Całkowicie niesymetryczną, prawie z samej góry znajduje się  długa zjeżdżalnia, a w pewnym miejscu można było przejść skrótem w postaci tunelu z grubej siatki, pomiędzy kolejnymi zakolami kładki prowadzącej na szczyt.


A na szczycie także znajdowała się ta gruba siatka, można było na niej chwilę odpocząć, strzelić selfie jak tłumy innych turystów i powoli schodzić na dół.


Myślę, że każdy, gdy już znajdzie się na szczycie, pomyśli, że warto było zapłacić żeby tu wejść. Na dół zjechaliśmy wyciągiem (są też wypożyczalnie czegoś w rodzaju terenowej hulajnogi) i ruszyliśmy w stronę Międzygórza.
Tam czekał nas smaczny i tani posiłek w Wilczym Dole (mamy słabość do wszelkich "Wilczych"knajpek) oraz dość długi popołudniowy spacer do Ogrodu Bajek, który wcale naszej córy nie zainteresował.



No trudno, Justyna też już odczuwała zmęczenie dzisiejszym dniem, więc udaliśmy się do Stronia Śląskiego na małą kolację i zakupy, potem szybko spać i w poniedziałek rano pożegnaliśmy Sudety.
Było super, na pewno jeszcze tam wrócimy :)

- AREK

Pewnego dnia na FB wyświetliło mi się wydarzenie Rysiankowo - Lipowski Kids Expedyszyn. Zgłębilam temat i szybko  stwierdziłam, że mus...


Pewnego dnia na FB wyświetliło mi się wydarzenie Rysiankowo - Lipowski Kids Expedyszyn. Zgłębilam temat i szybko  stwierdziłam, że musimy wziąć w nim udział ;) 
Zbiórka była wyznaczona na godzinę 11:00 na parkingu w Złatnej. Mieliśmy iść całą grupą czarnym szlakiem na Halę Rysiankę. Zjechało się nas całkiem sporo - nas, czyli rodziców wraz z dziećmi w wieku od chyba roczku do młodych nastolatków oraz kilku czworonożnych turystów ;)


Pierwszy raz bralismy udzial w takiej zorganizowanej wyprawie górskiej.


Kiedy wszyscy już byli gotowi do wymarszu, Piotrek (który to wszystko organizował) powitał nas i oddał głos przewodnikom beskidzkim z Bielska-Białej. Jeden z nich szedł jako pierwszy, a drugi zamykał naszą małą ekspedycję.
Mimo tak licznej i bardzo rozbieżnej wiekowo grupy dzieci, nie zauważyliśmy jakichś dramatów i marudzenia. Maluszki wiekem zbliżonym do naszej Madzi również odcinkowo dzielnie maszerowały. 


Przewodnicy urozmaicali wędrówkę ciekawymi informacjami i po dwóch i pół  godzinach oraz paru dłuższych przerwach dotarliśmy do schroniska.


 Pogoda dopisała idealnie, słoneczko grzało i żal było siedzieć w środku. Pokręcilismy się po polanie, Magda pobujałała się trochę z innymi małymi turystami, następnie  pożegnaliśmy się z Piotrkiem i zaczęliśmy schodzić do samochodu. 


Znaczna część zostawała jeszcze na ognisko a nawet na nocleg. Madzia resztkami jeszcze energii zbiegała w dół, aż usiadła na trawie a na nasze wołania i "my idziemy dalej" wesoło machała rączka mówiąc "paaaaaa" i posyłała buziaka :D W końcu wpakowaliśmy ją do nosidełka i zaraz potem zasnęła. Obudziła się tuż przed parkingiem.


Jakie było nasze zdziwienie, kiedy wyciągając naszego wędrowniczka z nosidelka zobaczyliśmy brązową plamę na siedzisku... a następnie brązowy placek na spodniach Madzi :-| kładąc się w trawie musiała zabrać niespodziankę przez przypadek :D Arek szybko wyprał spodnie w rzece, nosidełko z grubsza wyczyścilismy i pomimo takiej "gównianej" końcówki uważamy ten dzień za bardzo udany. Serdecznie dziękujemy Piotrkowi i wszystkim uczestnikom rajdu, do zobaczenia na szlaku i następnych "Kids Ekspedyszyn"!

- JUSTYNA

 Kiedy Arek zjechał już widokową częścią Transfogaraski było dość późno, więc postanowiliśmy pojechać do Bran, gdzie znajduje sie za...



 Kiedy Arek zjechał już widokową częścią Transfogaraski było dość późno, więc postanowiliśmy pojechać do Bran, gdzie znajduje sie zamek Hrabiego Draculi. Mieliśmy tam namierzony Vampire Camping :D nie trudno było tam trafić, a sam camping okazał się bardzo dużym polem, z całkiem przyzwoitym zapleczem sanitarnym. Straciliśmy godzinę na wybór odpowiedniego miejsca oraz zabawę z rozbijaniem naszego obozu, ale w końcu udało się.


Kiedy o 16 postanowiliśmy iść na zamek i kupić Madzi jakieś wampirze atrybuty nie spodziewaliśmy się że połowa drogi będzie przebiegać praktycznie po ulicy, bo przyczepka nie mieściła się na "chodniku".


Krajobraz miasta zmienił się jednak diametralnie za zakrętem, mianowicie naszym oczom ukazały się Krupówki! :D stragany pełne minionków, poduszek w kształcie owieczek, regionalnych strojów dla każdego a wampirze były tylko kubki... Żadnych zębów, strojów czy czegoś w tym klimacie. (W Zakopanym prędzej chyba byśmy coś takiego kupili) W końcu  ruszyliśmy na zamek. Wstęp na zamek a nawet na jego najbliższe tereny okazał się już zamknięty... o godzinie 17:00 :/ pozostało nam więc podziwianie go zza domów lokalnych mieszkańców.


Wracając zatrzymaliśmy się w restauracji na późny obiad i wróciliśmy powoli na camping.


Rano zwinęliśmy nasz majdan i ruszyliśmy nad Morze Czarne. Miastem docelowym była Constanta.
Na miejscu okazało się, ze cofnęliśmy się w czasie o dobre 40 lat! Campingu nie było, kurorty nadmorskie zostały opuszczone w poprzedniej epoce i tak stały po dziś dzień, a jak już spodobał nam się jakiś hotel to wszystkie pokoje zajęte. W koncu znaleźliśmy pokój, pominę jego cenę, która w żadnym wypadku nie była adekwatna do wystroju ;)
Jego standard był na prawdę nie z tego świata, ale było już dość późno i ze względu na naszego najmniejszego podróżnika nie chcieliśmy wybrzydzać. Rzuciliśmy torby przebraliśmy się, spakowaliśmy maskę do snorkelingu i pobiegliśmy na plażę. Wiecie co? okazało się, że Morze Czarne wcale nie jest czarne! ;) :D 


a jako że był przypływ a plaża, na której byliśmy była w malej zatoczce to i nurkowanie mijało się z celem, bo woda nie była dość przejrzysta :D za to była ciepła! Magda dosłownie wbiegała w fale i nie sposób było pohamować jej radości. Była w raju. 


Kiedy słońce już zachodziło zebraliśmy się i wróciliśmy do pokoju zmienić ubranie i ruszyc w miasto, które zaczynało tętnić życiem! Przy głównym deptaku rozbiły się stragany z owocami a głośna muzyka dobiegała z każdej restauracji. Wybraliśmy pizzerię z trampoliną, na której nasz urwis pożytkował niekończące się najwyraźniej pokłady energii. Zamówiliśmy pizze, słuchaliśmy muzyki rozmawialiśmy planując kolejne dni i ogólnie nastrój był bardzo przyjemny, na tyle przyjemny, że mój mąż dał się ponieść chwili i kupił mi różę od miejscowego handlarza kręcącego sie między stolikami. Wydał na nią tyle co na połowę naszej kolacji no ale cóż... Kobieta nie powinna protestować, kiedy mężczyzna wręcza jej kwiaty! ;) :* 


W wyśmienitych nastrojach dotarliśmy do pokoju i wszyscy padliśmy jak muchy. Jutro czekał kolejny dzień i wizyta w wymarzonym delfinarium :D

- JUSTYNA

  Może zaczniemy od tego skąd pomysł na kolejny, nie tak znowu potrzebny namiot? W końcu mieliśmy już trzy namioty, kompaktową jedynkę...

 
Może zaczniemy od tego skąd pomysł na kolejny, nie tak znowu potrzebny namiot? W końcu mieliśmy już trzy namioty, kompaktową jedynkę z Bundeswehry, dwójkę Hannah Troll S która świetnie nam służy oraz wielkiego Campri Quest 6 z dwoma sypialniami i ogromnym przedsionkiem. No tutaj przyznam, że wrażenie zrobiły na mnie reklamy namiotu w TV/youtube. System dmuchanych namiotów jest obecny w ofercie Decathlonu już od paru lat, ale połączony z systemem Fresh & Black, który zaraz omówię... Wydawało się, że namiot ten wyeliminuje wszystkie niedogodności, z którym spotykamy się na co dzień w pozostałych, zwykłych namiotach. Ale po kolei.

   Opiszę Wam jak wygląda rozkładanie, korzystanie i składanie namiotu w paru zdaniach. Zaczynamy od otwarcia torby, wyciągamy z niej woreczek ze śledziami i zestawem naprawczym do stelaża, oraz sam namiot. Namiot rozwijamy, odkręcamy zawór ze stelaża, podłączamy pompkę i zaczynamy pompować. Po kilkunastu "dmuchnięciach" i napompowaniu namiotu do 7 psi odłączamy pompkę i zakręcamy zawór. Teraz można wbić kilka śledzi mocujących namiot, oraz ewentualnie odciągi. I koniec! Nie ma żadnego wkładania stelaża, składania pałąków, zakładania tropiku, nic z tych rzeczy! Trwa to dosłownie chwilę.

   Co dalej? Wskakujemy do namiotu. Wewnątrz okazuje się że jest ciemno. Nie czarno, tak jak pokazują to reklamy, ale jest naprawdę ciemno i można spokojnie tam spać w dzień. Zapytacie, zaraz zaraz, po co mam jechać pod namiot, żeby spać w nim w dzień? Otóż moi mili, słońce które wstaje o czwartej rano latem rozświetlało naszą Hannę i dużego Campri tak że człowiek się budził wcześniej niż chciał. A zwłaszcza ten mały człowiek, który od niedawna z nami podróżuje. Połączmy to teraz razem ze sprawnym systemem wentylacji, białym kolorem namiotu na zewnątrz, który sprawia że namiot wolniej się nagrzewa, oraz kosmiczną technologią użytą do produkcji samej tkaniny namiotu (serio, zobaczcie obrazek poniżej):



   Miejsce? Namiot w konstrukcji igloo z dmuchanym stelażem zapewnia nam przestrzeń 210 cm x 210 cm, wysokość po środku to ponad metr. My spaliśmy na standardowym dmuchanym materacu , Magda we własnym łóżeczku turystycznym i mieściło się to na "styk". Trzy dorosłe osoby spokojnie się tam wyśpią, albo rodzice plus dwójka małych dzieci.


   Wentylacja? Standardowe dwa otwory u góry namiotu, do tego dwa otwory po bokach podciągające tropik oraz ewentualnie okno z przodu namiotu. Tu pojawia się mój pierwszy problem z tym namiotem - okno jest zrobione z siateczki, więc gdy otworzymy je w czasie deszczu to woda zaczyna wlewać się nam do namiotu - generalnie przy tak wydajnym systemie wentylacji który tutaj mamy wolałbym, żeby okno było zrobione z przezroczystego tworzywa sztucznego spełniającego rolę szyby - nie wypuszczało by wtedy ciepła o poranku i z powodzeniem można by zerkać przez nie czy pogoda jest dobra na wyjście z namiotu. W środku są też dwie kieszenie boczne oraz dwie pętelki na których można powiesić lampki. Brak górnej półki podobnej do tej w namiotach Hannah Troll niespecjalnie mi przeszkadzał, ale może warto by o tym pomyśleć przy kolejnych latach.

  Zastawiający jest też brak decathlonowskiego systemu Illumin, czyli zintegrowanego oświetlenia w namiocie - nie wiem czy ten system się nie przyjął, ale jeśli tak, to aż prosi się o zrobienie takiego "wszystkomającego"   namiotu, wersja full wypas.

  Wady? Najpoważniejsza to fakt że Decathlon zaleca pompowanie namioty tylko i wyłącznie dedykowaną do tego pompką, którą trzeba kupić osobno. Nie mówię, że jest ona zła, namiot pompuje się naprawdę mniej niż minutę, ale jeśli mam potem tą pompką nadmuchać materac na którym będę spał to już będę musiał się nieźle narobić. Dmuchanie namiotu pompką elektryczną może skutkować jego uszkodzeniem, pomimo tego że komory są naprawdę solidnie zrobione - nie wiem jak z tym jest naprawdę, boję się sprawdzać. Z wad pozostałych mamy tutaj wagę i rozmiar całego namiotu po złożeniu - 6 kg to może nie aż tak dużo, ale do tego musimy zabrać jeszcze dość sporą pompkę. Da się ją upchać razem z namiotem do jednej torby, wtedy ewentualny turysta pieszy który chce zabrać taki namiot musiałby wypełnić nim cały swój wielki plecak. Umówmy się, to jest namiot dla turystów z samochodem. Widzę tutaj też możliwość wrzucenia namiotu do przyczepki dla turysty rowerowego - znowu Decathlon mógł to lepiej przemyśleć i dodać do tej pompki jeszcze przejściówkę na wentyle rowerowe, wtedy zabieranie jej miało by dodatkową korzyść.

   Wracamy do dobrych rzeczy, czyli jakie jest nasze ogólne wrażenie z użytkowania namiotu, który kosztuje niemałe 700 polskich złotych? Jednym słowem: rewelacja. Namiot przetrwał naprawdę intensywne opady deszczu podczas burzy nad Liptovską Marą i długotrwałe ulewy w Dolinie Pięknej Pani celująco. Zimny poranek w Słowackim Raju zaskoczył nas dopiero gdy otwarliśmy okno żeby zobaczyć sytuację na zewnątrz - w środku jest naprawdę cieplutko, aluminium działa w obie strony, namiot nie nagrzewa się z zewnątrz, ale też nie wpuszcza zimnego powietrza kiedy wentylacja boczna i okno są zamknięte. Upalne poranki i 40 stopni w namiocie? Nic z tych rzeczy, w Fogaraszach zaczynało być gorąco dopiero gdy wychodziliśmy z namiotu wyspani sporo po godzinie siódmej rano. Sam charakter naszej podróży sprawiał że namiot był składany i rozkładany codziennie w różnych warunkach atmosferycznych - i było to z każdym razem szybkie, łatwe i przyjemne.

   Podsumowując, czy 700 złotych za ten namiot to dużo? Odpowiem w ten sposób, zerknijcie proszę na ofertę innych sklepów z namiotami dla trzech osób i wniosek nasuwa się sam - tak, są na rynku lżejsze namioty, są tańsze. Ale żaden z nich nie oferuje wam takich rozwiązań jak AIR SECONDS XL FRESH & BLACK, nie ma dmuchanego stelaża, nie ma ciemności w środku i izolacji termicznej nawet w połowie tak dobrej jaką mamy tutaj. Rozwiązań moim zdaniem rewolucyjnych, jeśli chodzi o namioty. A już na pewno nie ma tego wszystkiego w jednej zgrabnej paczce jaką jest ten namiot. Duże brawa dla Decathlonu za tak udaną konstrukcję w tak atrakcyjnej cenie.

   Na koniec jeszcze łyżka dziegciu w beczce miodu - namiot kupiłem w Niemczech w Decathlonie w Ludwigshafen. Mieli ich tam może z sześć sztuk, to chyba więcej niż jest w całej Polsce :) namiotu nie da się kupić obecnie w sprzedaży online, i jest go bardzo ciężko dostać w sklepach stacjonarnych. Dotarłem gdzieś do informacji na FB że to z powodu bardzo dużego zainteresowania tym modelem. Jeśli chodzi o mnie - wcale się nie dziwę.

- AREK

Rano wstaliśmy wyspani o godzinie 7:20 i zaczęliśmy standardowe śniadanie i pakowanie. Dziś naszym celem była Gyula a w planach pełen c...


Rano wstaliśmy wyspani o godzinie 7:20 i zaczęliśmy standardowe śniadanie i pakowanie. Dziś naszym celem była Gyula a w planach pełen chill. Do przejechania mieliśmy lekko ponad 200 km więc bez pośpiechu zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę żegnając się z Panią w recepcji małą flaszeczką żubrówki ;) w połowie drogi, kiedy  słonce grzało dość mocno a Madzia zaczęła domagać się postoju postanowiliśmy zatrzymać się nad jakimś jeziorkiem i ugotować sobie obiad, a raczej zagotować wodę i zalać kubki Vifona, które sprawdzają się perfekcyjnie w podróży :D


Madzia się wybiegała, pozbierała kwiatki i ruszyliśmy dalej, poprzez drogi między polami słoneczników.


Na miejsce dotarliśmy ok 14 i pierwsze co nas zaskoczyło to cisza i pustka na campingu. Ale od razu podeszła do nas przemiła właścicielka z dwoma psiakami i znów po angielsku, bez problemów załatwiliśmy wszystkie formalności.

Na terenie campingu było mini zoo a w nim między innymi dwa małe kangurki, które podbiły moje serce :)


Po rozbiciu obozu i nacieszeniu się widokiem kangurów ruszyliśmy na termy. Ogrom tego obiektu mnie po prostu powalił. Ilość i różnorodność basenów była na prawdę wielka.



Madzia wyszalała się chyba za wszystkie czasy w wodzie, a na koniec nie odmówiliśmy sobie oczywiście kąpieli w prawdziwych, brązowych, o charakterystycznym zapachu termach ;)


Reszta dnia upłynęła na spacerze po Gyuli i relaksie na campingu.
Następnego dnia pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w stronę miejscowości Carta w Rumuni. Tam, blisko początku Transfogaraskiej, mieliśmy spędzić noc by rano Arek mógł zmierzyć się z tą podobno najpiękniejszą droga swiata...
Droga upłynęła nam dość szybko i bez specjalnych nieprzyjemności. Po południu dotarliśmy do Carty, która okazała się malutką wioską z jedna główną ulicą, swojskim zapachem i dwoma sklepikami. Sami nie wiedzieliśmy czego spodziewać się za bramą z napisem camping...
Widok nas jednak zaskoczył bardzo pozytywnie. Już na początku przemiła pani (ta uprzejmość na prawdę aż bije od tych ludzi) przywitała nas po angielsku! :D (uffff co za ulga) i po załatwieniu formalności wręczyła malutką buteleczkę z truskawkowej nalewki! <3 Love Romania! :D
Camping był ogromny, bardzo zadbany i mówiąc szczerze najlepszy pod względem sanitarnym na jakim do tej pory byliśmy. Naprawdę byliśmy mile zaskoczeni.
Przy wjeżdżaniu zaczepił nas pewien anglik pytając o mój rower 8-) po krótkiej rozmowie okazało się, że nas kojarzy z wygranej w Festive 500! Tak właśnie poznaliśmy szaloną parę z UK, Rossa i Lottie, których przygody możecie śledzić na Instagramie pod @this_is_a_trip (https://www.instagram.com/this_is_a_trip/), wieczorem wypiliśmy parę piwek i pogadaliśmy o rowerach, świecie i życiu. Ross i Lottie jadą na ciężkich rowerach trekkingowych i planowali nazajutrz przejechać całą Transfogaraską.
No właśnie, Transfogaraska... chcecie wiedzieć czy Jeremy Clarkson miał rację, gdy w jednym z odcinków "Top Gear" powiedział że tak zwana Transfagarian Highway jest najlepszą drogą świata? Lepszą niż słynna wstążka na Passo dello Stelvio? Czytajcie dalej, Arek postara się wam pomóc odpowiedzieć na to pytanie.

Ruszyłem w trasę późnym porankiem. niestety ogranicza mnie czas i plan naszego tripa, więc decydujemy z Justyną że wjadę na Lac Balea i zjadę tą samą trasą. Niecałe 40km w jedną stronę z pola namiotowego w Cârţa, chyba mało, co nie?
Jak już pisałem - ruszyłem późno, dałem fory Rossowi i Lottie tak, aby mniej więcej podobnie wylądować na Lac Balea i jeszcze kulturalnie się z nimi pożegnać. Zaraz za rondem łączącym trasy DN1 oraz DN7C zaczyna się segment na Stravie, stoi jak byk że to 35 kilometrów oraz 1595 metrów przewyższeń, co daje nam jakieś 5% średnio oraz kategorię podjazdu HC. Początek jest prawie płaski, góry są jeszcze daleko przede mną, aż wierzyć się nie chce że to tylko 30 kilometrów. Przeleciałem całkiem sprawnie przez wieś Cârţişoara, i tam właśnie zaczyna się wspinaczka. Pierwsze agrafki nie napawają optymizmem. Nawierzchnia wcale nie urywa przysłowiowej dupy, powiem więcej - jest słaba. Mijałem dziury w drodze które były zaznaczone krzykliwym różowym sprayem, jakiś czas później spotkałem również artystę odpowiedzialnego za te uliczne graffiti - był to pracownik firmy która naprawiała nawierzchnię na szosie. No tak, pomyślałem, mamy lipiec, Transfogaraska jest otwarta tylko kilka miesięcy, więc naprawy pewnie robią na początku sezonu, czyli wychodzi że właśnie w lipcu... Chwilę później jechałem już po zerwanym asfalcie i mijałem małe wahadełka, niestety średnio to wszystko wyglądało. 
Po początkowych dziurawych serpentynkach zrobiło się już lepiej, i bardziej prosto, zaczęły się również pojawiać pierwsze panoramki na góry przede mną. No i te tunele! Czad! Pamiętam je z włoch i ze zdjęć Szymonbajka - tunele które nie były całkiem zamknięte, a jedynie osłaniały drogę przed spadającymi głazami z góry.


Minąłem kilka takich, uśmiech rósł na twarzy i jechało się już lepiej. Na horyzoncie pojawił się dystrykt Balea, który najwyraźniej należał dalej do Cârţişoara - parę straganów i hotel Bâlea Cascadă, stojący niedaleko malowniczego wodospadu, z którego też zaczerpnął nazwę. Nie było czasu na jakieś tam wodospady, trzeba było pruć w górę ile noga podała! Zwrot przez rufę i jechałem na północ dość mocno nabierając wysokości z każdym pokonanym kilometrem, widok na północ mówił sam za siebie - byłem wysoko ponad dolinami z których zaczynałem trasę. Wreszcie droga zawraca z powrotem na południe i mniej więcej w tych okolicach spotkałem Rossa i Lottie, z którymi zamieniłem parę słów i obiecałem, że zaczekam na nich u góry.


Jechałem dalej w górę a po mojej prawej stronie stopniowo powiększała się przepaść, w którą normalnie strach było zerknąć, skupiałem się więc na malujących się już w oddali, słynnych serpentynach pod Lac Balea. Widoki pomagały w walce z gotującymi się nogami i prawie pustymi bidonami, ale robiło się już słabo ze mną. Na jednym z tuneli po drodze był wodospad, jednak chciałem dojechać jeszcze kawałek do jakiegoś bardziej normalnego potoku i tam uzupełnić buteleczki. 
Gdy już minąłem ścianę na której spływał wodospad Cascada Bâlea, o mało nie spadłem z roweru gdy rozejrzałem się wokół siebie. Otaczały mnie góry pośród których jakiś komunistyczny szaleniec kazał wybudować najbardziej wariacką drogę na świecie. Gdzieś obok stała sobie szopka niedaleko potoku, a obok szopki wesoło biegały sobie dwie świnki. Na poboczach stało sporo samochodów, przy których zmotoryzowaniu turyści robili zdjęcia i podobnie jak ja zachwycali się tym niesamowitym miejscem. Taka trasa nie powinna istnieć, nie było sensownego powodu żeby istniała, nie łączyła żadnych ważnych miejsc. A jednak istnieje i ja po niej jechałem dalej w górę. Zatrzymałem się na chwilkę nad potokiem aby uzupełnić zapasy wody, rozejrzałem się i to był chyba ostatni moment w którym pamiętam że odczuwałem zmęczenie. Nie wiem co oni w tej lodowatej wodzie mają, ale po chwili wskoczyłem na rower i jechałem jak świeżak. Ross i Lottie mnie dogonili, cyknąłem im parę snimek i prułem dalej po tej zwariowanej wstążce, po nie całkiem idealniej nawierzchni, po mostach nad potokami, pośród krów, owiec, pasterzy i ich psów pasterskich...


Tu już naprawdę nie ma co pisać, tu trzeba tylko zdjęcia pokazać i zastanawiać się kiedy się tam znowu wróci, popatrzcie


Pamiętam tylko że pod sam koniec byłem smutny, że nawet taka droga, jak zresztą każda inna, musi mieć swój koniec.
Pod Lac Balea czekała już Justyna z Magdą,


pożegnaliśmy się z Lottie i Rossem, którzy ruszyli w dalszą drogę do Turcji.


Zjazdu nie opisuję, myślę że wystarczy ten krótki film który znajduje się pod opisem ;)


Wracając do pytania z początku tego opisu: czy to naprawdę jest najlepsza droga na świecie? Cóż, odpowiedź poznacie tylko wtedy, gdy sami ją pokonacie, czego wszystkim Wam życzę :)


https://www.youtube.com/watch?v=NRoP7PPxw9A

- JUSTYNA & AREK
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts