8 Marca 2015r. pierwszy wspólny Dzień Kobiet mój i Madzi z tej okazji postanowiliśmy przekroczyć 1000m.n.p.m. Za cel obraliśmy sobie Pr...


8 Marca 2015r. pierwszy wspólny Dzień Kobiet mój i Madzi z tej okazji postanowiliśmy przekroczyć 1000m.n.p.m. Za cel obraliśmy sobie Przełęcz Malinowską niedaleko Wisły.
Rano pakowanie, karmienie i ruszamy w drogę do Białego Krzyża skąd zaczynamy wędrówkę.
Madzia zaraz po starcie zasypia w Chicco które niosę ja. Pogoda wręcz wymarzona słońce odbijające się w białym śniegu a na niebie błękit...


Po ponad  40 minutach docieramy na szczyt i tym samym zdobywamy wysokość 1115m.n.p.m.
Niestety zaczyna wiać straszny wiatr i postanawiamy zawrócić aby nie narażać naszej małej góralki.
Cała wycieczka zajęła nam lekko ponad 1,5 godziny z czego większość czasu Madziulka spała.

- Justyna

- - -

Biegówki... ponad rok na mnie czekały, aż nastał czas, że mogłam je założyć. Jako, że wszystko ostatnio staramy się łączyć z ro...





Biegówki... ponad rok na mnie czekały, aż nastał czas, że mogłam je założyć.
Jako, że wszystko ostatnio staramy się łączyć z rodzicielstwem i tym razem nie mogło być inaczej. Ale jak zabrać takie małe dziecko na biegówki? Sanek nie mieliśmy, ale mieliśmy przyczepkę rowerową! Arek, jak na inżyniera przystało, zajął się przygotowaniem przyczepki pod narciarstwo biegowe.
Ale o tym sam zapewne napisze.
Jako trasę testową wybraliśmy drogę serwisową wzdłuż autostrady.
Muszę przyznać, że jak na początek szło mi całkiem nieźle, a po przejechaniu kilometra może dwóch już byłam zafascynowana tym sportem i żałowałam tyko że tak późno zaczęłam. Po jakimś czasie chciałam zobaczyć jak to jest z obciążeniem i przejęłam przyczepkę, w której spała Magda. Całkiem przyjemnie i lekko ciągnęło się tego naszego Szkraba.


Ale życie byłoby zbyt piękne gdyby na tym się skończyło... Postanowiliśmy skrócić drogę powrotną przez las. Zaraz na początku lekki podjazd następnie lekki zjazd, który Arek dzielnie zamierzał pokonać z Madzią a ja postanowiłam to nagrać. Zjechałam, wypięłam się, nagrałam imponujący zjazd i przy wpinaniu jedno wiązanie zostało mi w ręku... No po prostu dramat. Czasem myślę, że gdy Arek mówi na mnie "moja katastrofa" to coś w tym musi być.
No cóż, stwierdziliśmy że wezmę narty wraz z kijami w dłoń i będę dreprać obok Arka. Przeszliśmy dosłownie kilkadziesiąt metrów i się zaczęło... a raczej przestało... być płasko. Quady, motory itp pojazdy skutecznie o to zadbały. Kiedy po raz kolejny narta z przyczepki się obróciła nie było sensu tego ciągnąć. Arek zdjął swoje narty zdemontowaliśmy narty Madzi i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ja z nartami, kijkami na rękach a Arek pchając przyczepkę i starając się trzymać ja w stabilnej pozycji.

Ogólnie bardzo nam się podobało, czas szybko zleciał na rozmowach i planach o przyszłości i nie wiadomo kiedy zrobiliśmy ok 7km w 1,5h ale za to wiedzieliśmy jak spędzimy kolejny dzień.

- Justyna


Początki bywają trudne. Wiadomo. Zwłaszcza że przed zakupem przyczepki naczytałem się sporo opowieści rodziców którzy twierdzili że taka...


Początki bywają trudne. Wiadomo. Zwłaszcza że przed zakupem przyczepki naczytałem się sporo opowieści rodziców którzy twierdzili że taka podróż z małym dzieckiem zwykle zamyka się wkilkunastu kilometrach, bo maluch albo marudzi, albo broi i nie ma ochoty na dalszą podróż. Więcej z tego wszystkiego stresu dla samych rodziców i dla dziecka niż dobrej zabawy. Tyle ze strony ludu rowerowego. Lud nierowerowy poprostu stwierdził że mam źle w głowie i nie dbam o życie, swoje, żony czy córki. Miałem na uwadze fakt, że przyczepka na szosie to raczej coś niespotykanego, ale co człowiek zrobi - dołączy do tych wszystkich nieszczęśliwych ludzi którzy ciągle w kółko powtarzają "kiedyś jeździłem ale potem było dziecko i koniec"?

Tak więc po przymiarkach Magdy do nowych dwóch kółek udaliśmy się na małą rundę po osiedlu, zobaczyć co się będzie działo. Jako że Burley Honey Bee nie posiada amortyzacji, byłem szczególnie zmartwiony pokonywaniem dziur i progów hamujących - człowiek ciągle spodziewa się głośnego "Ałaaa!" gdzieś z tyłu za każdym razem gdy pokonuję taką przeszkodę. No ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca, Magda szybko przestała interesować się tym co się dzieje i zrobiła sobie drzemkę. Szybka narada i ruszamy w stronę Rud, na leśne asfalty za Opactwem Cystersów. Droga z Knurowa prowadzi przez Pilchowice i Stanicę, i zwykle kojarzy mi się ze spokojnym niedzielnym kręceniem pośród śląskich pól, domków i lasów...

Tymczasem był środek tygodnia i droga wojewódzka 921 zamieniła się w jakąś cholerną tranzytówkę dla tirów. Było tego pełno, nie wiem co im odbiło, miałem wrażenie że tubylcy do pracy jeźdźą osiemnastokołowcami. Hałas i dym z rur wydechowych raczej nie sprzyjają rekreacji, więc zdecydowanie odradzam tą drogę wszystkim w godzinach pracy w tygodniu.
No, muszę też napisać nieco o polskich kierowcach, zwłaszcza tych w ciężarówkach. Ogólnie wypadli na 5 z minusem. "Tirowcy" zawsze szeroko mijają przyczepkę, kierowcy osobówek trochę mniej, raz na sto samochodów trafił się idiota który wyprzedzał tak że miejsca było "na gazetę". Suma summarum nie było tak źle jak myślałem, bardziej przeżywałem to ja niż Magda, która w drodze do Rud chciała pić może ze dwa razy, a potem smacznie spała.

Co nie zmienia faktu że na tą chwilę nie wyobrażam sobie dłuższej jazdy jakąś drogą krajową, np 81 z Żor na Ustroń. Tam nawet niedziela nie pomoże, bo co z tego ze rano jakoś śmigniesz w góry, jak wieczorem hordy wracają do domu i ruch jest przeogromny?

Trochę o prędkości z przyczepką: wszystko w sumie zależy jaką masz nogę. Przy mojej amatorskiej kicie utrzymanie na płaskim 25 km/h było prównywalne do 30 km/h bez przyczepki. Im szybciej tym ciężej, wiadomo.

Wracając do samej wycieczki: W Rudach chwilę pobłądziliśmy w Przeryciu, tam asfalt się urywa i droga ma charakter bardziej leśny,  więc wróciliśmy do drogi głównej i podjechaliśmy pod Opactwo Cystersów. Następnie kawałek dalej wjechaliśmy już do pięknego lasu w którym wytyczone jest wiele ścieżek rowerowych, ale co ważniejsze, jest też kilkanaście kilometrów asfaltu po którym można spokojnie kręcić gdyż auta tam nie mają wstępu (poza leśnikami oczywiście). Pogoda naprawdę nam sprzyjała, gdy Madzia znowu zrobiła sobie drzemkę wyciagnęliśmy kuchenkę i podgrzaliśmy sobie pyszny domowy bigos teściowej (kudosy mamo!). Po wykęceniu całej pętelki pozostało nam nic tylko wracać tą samą drogą do domu. Ruch był już odrobinę mniejszy, za to Magda odrobinę bardziej marudna. 5km od domu miała mały atak płaczu, trzeba było się zatrzymać i wynegocjować zawieszenie broni na te parę kilometrów. W każdym razie pierwsze koty za płoty - jakoś udało się nam zakończyć pierwszy wspólny roadtrip, 60km wpadło z całkiem niezłą średnią :)

- Arek

Nie wiem czemu do tej pory nie byliśmy w Mirowie i Bobolicach. naprawdę nie wiem, zwłaszcza że na Jurę jeździmy już od paru lat, to jaki...


Nie wiem czemu do tej pory nie byliśmy w Mirowie i Bobolicach. naprawdę nie wiem, zwłaszcza że na Jurę jeździmy już od paru lat, to jakimś cudem ta perełka jurajska leżała sobie tam, nieodkryta.

Luty 2015, Magda ma już ponad dwa miesiące, czas jej pokazać Jurę. Ruszamy zatem w stronę Mirowa, gdzie na parkingu pod zamkiem zostawiamy auto. Jest sobota, słonecznie, temperatury lekko poniżej zera i słaby wiatr - pogoda w sam raz na mały spacer. Magdę pakujemy do nosidełka Chicco, dokładna nazwa modelu umyka mojej pamięci. W pełnym rynsztunku bojowym Magda szybko zasypia, skierowana twarzą do Justyny :)

Po zrobieniu paru zdjęć pod piętnastowiecznym zamkiem w Mirowie uszkodzeniu uległ statyw z naszego aparatu. Jak się wkrótce okazuje, było to małe szczęście w nieszczęściu - ośnieżony i śliski kawałek szlaku Orlich Gniazd prowadzący do Bobolic to nie lada wyzwanie dla mamy ze śpiącym maluszkiem przy piersi. Szybko więc demontuję statyw, uzyskując w ten sposób trzy awaryjne kijki trekkingowe, które bardzo ułatwiają nam w dalszą wędrówkę.

Ten kawałek szlaku ma około dwa kilometry długości, co może dziwić - dlaczego dwa Orle Gniazda stoją w takiej odległości od siebie? W każdym razie mnóstwo tu małych i dużych skałek, podejść i zejść i  ciekawej roślinności. Są nawet ogrodzone miejsca do wypasu owiec. Są przede wszystkim piękne widoki na okolicę oraz zamki które w zimowej aurze prezentują się bajkowo.


Po dość długim spacerze po trudnym terenie dotarliśmy do Bobolic, z okazałym zamkiem który obecnie znajduje się w rękach rodziny Laseckich. Obok Zamku stoi okazały zajazd do którego prowadzi droga z Mirowa. Tą właśnie drogą, po zrobieniu paru zdjęć wracamy spacerkiem w stronę samochodu. Szybka rozgrzewająca zupa w "Barze Jurajskim" w Mirowie i czas się zbierać Jak na pierwszy dłuższy spacer w nosidełku było super, Magda prawie cały czas smacznie spała, pomimo że pozycja w której się znajdowała nie wygląda na przesadnie komfortową :)

- Arek

Temat tego wynalazku pojawił się gdy Magda jeszcze siedziała w brzuchu Justyny. Materiał reklamowy rowerów firmy Taga zrobił na nas duże ...



Temat tego wynalazku pojawił się gdy Magda jeszcze siedziała w brzuchu Justyny. Materiał reklamowy rowerów firmy Taga zrobił na nas duże wrażenie i doszliśmy do wniosku ze fajnie by było coś takiego mieć. Cena tego roweru oczywiście była porażająca (koło 5000) więc zacząłem wcześniej buszować po olx i szukać okazji. Okazja trafiła się gdy Magda miała jakieś 3 miesiące - pewna pani z Warszawy sprzedawała taki wózkorower jako prawie nie używany. Nie była to Taga, tylko jakiś polsko-chiński Kangaroo Bike. Pomyślałem że co tam, za 350 złotych można by zaryzykować.

Nadeszła wiosna, wózkorower aż prosił żeby na nim pokręcić, więc przy pomocy uniwersalnych mocowań do fotelików oraz paru kształtowników i śrubek udało mi się zmajstrować adapter do fotelików dla maluchów. Nadeszła pora na testy...

Co z testów wynikło? Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy przy jeździe to fakt że rower nie jest do końca konstrukcją sztywną - zwłaszcza po zamontowaniu naszego fotelika, bo przecież duży fotel sam w sobie też stanowił spory kawałek ramy. Wymuszało to na nas staranne trzymanie kierownicy, aby przednie koła roweru były do siebie równoległe. No ale jak mówiłem, to już nasza wina.

Czas na resztę wrażeń które będą się odnosić do wszystkich wózkorowerów o tej konstrukcji,a nie wspomina o nich żadna z kolorowych reklam w internetach:

- waga! Na reklamie nikt nie mówi nam że Taga waży około 30kg, bez dziecka. Ten nasz wynalazek zapewne ważył więcej. Więc nie jest to wózek dla mam które mają mało krzepy, aby sprawnie przeprowadzić transformację z wózka w rower (i vice versa), trzeba się niestety trochę spocić... nie wspominam tu już o noszeniu tego cuda po klatce schodowej w bloku.

- wózkorower w trybie wózek jest raczej słaby jako spacerówka - ma duże koła ułatwiające pokonywanie przeszkód, ale naprawdę dziwnie i ciężko się tym skręca;

- w trybie rower mamy do czynienia z ciężkim pojazdem o dużym promieniu skrętu który ktoś wyposażył w jeden, JEDEN bieg - niestety, nie pojedziemy tym szybko, a pod górkę naprawdę może być słabo.

- transport tego cuda w samochodzie to już wyższa szkoła jazdy, która wymaga składania siedzeń jeśli nie chcemy zbytnio go rozkręcać na części pierwsze.

- wózkorower absolutnie nie nadaje się do jazdy po drogach w naszym kraju, tu chyba nie ma co z tym faktem polemizować. Jego żywioł to spokojne ścieżki rowerowe (najlepiej asfaltowe lub brukowane) na osiedlach, w parkach lub lasach;

- długość składanej i regulowanej sztycy w naszym modelu wskazywała raczej na to że docelowym użytkownikiem są osoby o wzroście do 160cm, Justyna czuła się na nim dość komfortowo, ja byłem do niego za duży;

Zalety? Jest ich kilka, ale najważniejsza to fakt że dzieciak jest przed tobą i widzi cię cały czas (piszę tu o wersji z fotelikiem samochodowym), a ty widzisz jak twój mały Skarbek reaguje na wszystko co widzi. Żaden fotelik na rower czy przyczepka ci tego nie umożliwi. Nie raz i nie dwa wybuchaliśmy śmiechem patrząc na reakcje Magdy na otoczenie :) Używaliśmy Kangaroo sporadycznie przez parę miesięcy, aż do jesieni 2015 gdy zamieniliśmy go na przyczepkę rowerową.



Krótkie podsumowanie? Jeśli masz napraaaawdę dużo kasy, dom z garażem w którym możesz trzymać to cudo oraz bezpośredni dostęp do ścieżek rowerowych w okolicy - to czemu nie. Kup Tagę, pojedź z tym do serwisu rowerowego - niech założą ci przerzutki Nexus zamiast tylnej piasty (im więcej tym lepiej), będzie się wreszcie dało tym jeździć. W innym przypadku daruj sobie, nie za takie pieniądze. Kangaroo i inne chińskie wynalazki również odradzam, chyba że ktoś bardzo chce się przekonać na własnej skórze jak to jest być rowerowym kangurem :)

- Arek

Serdecznie witamy wszystkich na naszym małym blogu! Tak, wiem - trochę tu jeszcze pusto. Dajcie nam trochę czasu na zebranie myśli i przela...

Serdecznie witamy wszystkich na naszym małym blogu! Tak, wiem - trochę tu jeszcze pusto. Dajcie nam trochę czasu na zebranie myśli i przelanie ich tutaj w formie wpisów, blog niebawem zapełni się ciekawymi (moim skormnym zdaniem) tekstami o naszych wspólnych eskapadach :)

- Arek
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts