Drugi wypad miał być bardziej ambitny - strasznie korciło mnie żeby sprawdzić jak to będą wyglądały podjazdy z przyczepką. Wybór padł ...

Z cyklu "Niedzielne Pętle": Stara Kuźnia i Pławniowice


Drugi wypad miał być bardziej ambitny - strasznie korciło mnie żeby sprawdzić jak to
będą wyglądały podjazdy z przyczepką. Wybór padł więc na Górę Św Anny, dodatkowo z nami
zabrała się koleżanka Agnieszka na swojej starej Meridzie Kalahari. Magda w przyczepce
skutecznie obniżała nam tempo do takiego że i mtb nadąży za szosą, poza tym miał to być
przede wszystkim relaks. Ruszyliśmy grubo po dziewiątej, po uporaniu się z paroma problemami technicznymi. Zaczep przyczepki okleiłem taśmą i nie było już tego drażniącego skrzypienia z okolic przegubu łączącego rower z przyczepką - wreszcie zasada absolutnej ciszy była zachowana :)

Z Knurowa wyskoczyliśmy na drogę techniczną wzdłuż A4, na której zawsze fajnie się śmiga, pomimo tego że akurat wiał bardzo mocny boczny wiatr. Na końcu technicznej skręciliśmy na Sośnicowice, następnie już spokojniejszą drogą kręciliśmy w stronę Kotlarni. Po drodze Magda zarządziła postój na piciu i łakocie, i swoim zachowaniem dała nam do zrozumienia że może te 120 km dzisiaj to nie najlepszy pomysł. Zdecydowaliśmy że wpadniemy do Sławięcic na świetne i tanie (6 zł za talerz!) pierogi ruskie w stołówce obok lokalnego liceum (nie pamiętam nazwy). Ruszyliśmy więc z Kotlarni jedną z najładniejszych dróg w Rudach prowadzącą przez Starą Kuźnię, a zaczynająca się właśnie złota jesień tylko dodawała jej uroku. I jeszcze ten mały ruch, tylko żeby nawierzchnia była lepsza... W Starej Kuźni zatrzymaliśmy się na krótką przerwę pod zabytkową strażnicą pożarową, następnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Minęliśmy bokiem pozostałości obozu koncentracyjnego, trochę zbyt ponure miejsce na niedzielne wycieczki z dzieckiem.


W Sławięcicach mijamy wesoły peleton który pozdrawia nas uśmiechami (nikogo z was nie było na Stravie???), robimy stopkę we wcześniej wspomnianej jadłodajni na również wcześniej już wspomniane pierogi. Gdy już mieliśmy pełne brzuchy zaczęlismy się powoli zbierać w drogę powrotną, co jak co ale pierogi pomimo tego że mają sporo węglowodanów to jakoś poweru w nogę nie dają. Zaczęła się powolna podróż w stronę Rudzińca i dalej do Pławniowic, ale kto by się spieszył przy takiej ładnej pogodzie. W Pławkach zrobiliśmy znowu przerwę koło restauracji Panorama - obleganej zresztą przez rowerzystów, cały parking rowerowy był zajęty. Nic to, w przyczepce był kocyk który rozłożyliśmy na plaży, wreszcie przez chwilę był tylko relaxing, plażing i "ojakmisieniechcewracać"... 15 minut gapienia się w błękit nieba, żagle jachtów i czas się zbierać.


Z Pławniowic szybko ruszyliśmy na Taciszów, potem Kleszczów gdzie wpadliśmy na nowy asfalt prowadzący do Gliwic. Na wysokości strefy przemysłowej odbiliśmy na Kozłów. Nigdy nie lubiałem tej drogi, a wiele razy miałem okazję tędy jeździć. Oczywiście nic się nie zmieniło na tym odcinku, ograniczenie do 40 i dziury, dziury, dziury. W dodatku przypomniał o sobie wiatr, dokładniej mówiąc wmordewind. Cały odcinek do Sośnicowic to była już niezła walka, potem jakoś udało się nam odetchnąć jadąc na Ostropę. Końcówka to już Magda która protestowała że hoho co za dużo to niezdrowo, serwisówka wzdłuż autostrady, zawieszone endomondo i takie tam. Na szczęście Agnieszka rzuciła nam swoim treningiem więc mogliśmy go importować do siebie, wyszło z tego jakieś 90 km. I śmiało mogę powiedzieć że da się więcej, ale była już jesień a dni stawały się coraz krótsze...
 
- Arek


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts