Początki bywają trudne. Wiadomo. Zwłaszcza że przed zakupem przyczepki naczytałem się sporo opowieści rodziców którzy twierdzili że taka...

Rudy Raciborskie, czli pierwszy raz Magdy na szosie.


Początki bywają trudne. Wiadomo. Zwłaszcza że przed zakupem przyczepki naczytałem się sporo opowieści rodziców którzy twierdzili że taka podróż z małym dzieckiem zwykle zamyka się wkilkunastu kilometrach, bo maluch albo marudzi, albo broi i nie ma ochoty na dalszą podróż. Więcej z tego wszystkiego stresu dla samych rodziców i dla dziecka niż dobrej zabawy. Tyle ze strony ludu rowerowego. Lud nierowerowy poprostu stwierdził że mam źle w głowie i nie dbam o życie, swoje, żony czy córki. Miałem na uwadze fakt, że przyczepka na szosie to raczej coś niespotykanego, ale co człowiek zrobi - dołączy do tych wszystkich nieszczęśliwych ludzi którzy ciągle w kółko powtarzają "kiedyś jeździłem ale potem było dziecko i koniec"?

Tak więc po przymiarkach Magdy do nowych dwóch kółek udaliśmy się na małą rundę po osiedlu, zobaczyć co się będzie działo. Jako że Burley Honey Bee nie posiada amortyzacji, byłem szczególnie zmartwiony pokonywaniem dziur i progów hamujących - człowiek ciągle spodziewa się głośnego "Ałaaa!" gdzieś z tyłu za każdym razem gdy pokonuję taką przeszkodę. No ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca, Magda szybko przestała interesować się tym co się dzieje i zrobiła sobie drzemkę. Szybka narada i ruszamy w stronę Rud, na leśne asfalty za Opactwem Cystersów. Droga z Knurowa prowadzi przez Pilchowice i Stanicę, i zwykle kojarzy mi się ze spokojnym niedzielnym kręceniem pośród śląskich pól, domków i lasów...

Tymczasem był środek tygodnia i droga wojewódzka 921 zamieniła się w jakąś cholerną tranzytówkę dla tirów. Było tego pełno, nie wiem co im odbiło, miałem wrażenie że tubylcy do pracy jeźdźą osiemnastokołowcami. Hałas i dym z rur wydechowych raczej nie sprzyjają rekreacji, więc zdecydowanie odradzam tą drogę wszystkim w godzinach pracy w tygodniu.
No, muszę też napisać nieco o polskich kierowcach, zwłaszcza tych w ciężarówkach. Ogólnie wypadli na 5 z minusem. "Tirowcy" zawsze szeroko mijają przyczepkę, kierowcy osobówek trochę mniej, raz na sto samochodów trafił się idiota który wyprzedzał tak że miejsca było "na gazetę". Suma summarum nie było tak źle jak myślałem, bardziej przeżywałem to ja niż Magda, która w drodze do Rud chciała pić może ze dwa razy, a potem smacznie spała.

Co nie zmienia faktu że na tą chwilę nie wyobrażam sobie dłuższej jazdy jakąś drogą krajową, np 81 z Żor na Ustroń. Tam nawet niedziela nie pomoże, bo co z tego ze rano jakoś śmigniesz w góry, jak wieczorem hordy wracają do domu i ruch jest przeogromny?

Trochę o prędkości z przyczepką: wszystko w sumie zależy jaką masz nogę. Przy mojej amatorskiej kicie utrzymanie na płaskim 25 km/h było prównywalne do 30 km/h bez przyczepki. Im szybciej tym ciężej, wiadomo.

Wracając do samej wycieczki: W Rudach chwilę pobłądziliśmy w Przeryciu, tam asfalt się urywa i droga ma charakter bardziej leśny,  więc wróciliśmy do drogi głównej i podjechaliśmy pod Opactwo Cystersów. Następnie kawałek dalej wjechaliśmy już do pięknego lasu w którym wytyczone jest wiele ścieżek rowerowych, ale co ważniejsze, jest też kilkanaście kilometrów asfaltu po którym można spokojnie kręcić gdyż auta tam nie mają wstępu (poza leśnikami oczywiście). Pogoda naprawdę nam sprzyjała, gdy Madzia znowu zrobiła sobie drzemkę wyciagnęliśmy kuchenkę i podgrzaliśmy sobie pyszny domowy bigos teściowej (kudosy mamo!). Po wykęceniu całej pętelki pozostało nam nic tylko wracać tą samą drogą do domu. Ruch był już odrobinę mniejszy, za to Magda odrobinę bardziej marudna. 5km od domu miała mały atak płaczu, trzeba było się zatrzymać i wynegocjować zawieszenie broni na te parę kilometrów. W każdym razie pierwsze koty za płoty - jakoś udało się nam zakończyć pierwszy wspólny roadtrip, 60km wpadło z całkiem niezłą średnią :)

- Arek


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts