Doczekaliśmy się śniegu! W końcu będziemy mogli powiedzieć że widzieliśmy zimę w Bieszczadach. Arek zaplanował nam trasę z Muczneg...




Doczekaliśmy się śniegu! W końcu będziemy mogli powiedzieć że widzieliśmy zimę w Bieszczadach. Arek zaplanował nam trasę z Mucznego na Bukowe Berdo. Szlak krótki, ze względu na Madzie. Wiedzieliśmy, że popołudniu ma być okno pogodowe i słaby wiatr, ale na połoninach zawsze wieje bardziej.
Auto udało nam się zostawić w Mucznem pod hotelem mysliwskim nic za to nie płacąc za co serdecznie dziękujemy właściciele :-)
Już po paru minutach weszliśmy w kompletną dzicz.
Korony drzew stykały się ze sobą i szliśmy jak w ciemnym tunelu.

Arek nie omieszkał mnie uświadomić w jakim położeniu jesteśmy, że niedźwiedzie nie śpią, co potwierdziła pani przy hotelu i właśnie w tym momencie usłyszałam warkniecie! Nawet Magda się uciszyła madudząc do tej pory.
Idąc w górę słyszeliśmy jeszcze w oddali jakieś pomruki, a w śniegu na śladach kogoś, kto szedł przed nami widniały odciski małych łapek, dodatkowo kilkakrotnie szlak przecinały ślady większych zwierząt.
Kiedy wyszliśmy z tej gęstwiny szlak wiódł przez goły las. Tuż przed szczytem słońce zaczęło walczyć z chmurami o swoją pozycję na niebie i wyjaśniła się tajemnica małych łapek, otóż sympatyczni państwo z córką, mięli w torbie małego yorka, który na nasz widok trząsł się z radości. Tajemnica pozostałych śladów, jak i odgłosów pozostaje tajemnicą do dziś (może to i lepiej ;-))

Wraz z połoninami zaczęło wiać. Magdzie po raz setny tego dnia zsunal się but, co doprowadzało mnie do białej gorączki. Uporalismy się z tym problemem zrobiliśmy pamiątkowe fotki na szczycie i zaczęliśmy schodzić.
Magda zasnęła, słońce wygrywało z chmurami coraz częściej i w doskonałych nastrojach doszliśmy do samochodu.

Wracając do hotelu postanowiliśmy zatrzymać się na jakiś mały obiad.
Wybór padł na Walczą Jamę w Lutowiskach. W środku dominuje klimat myśliwski, na ścianach poroża jeleni i łosi przeplatane czaszkami wilków. Z belki pod sufitem spoglądał na nas wypchane ptaki, niedźwiedzie i inne dzikie zwierzęta leśne.

Moją uwagę przykuły schody, które zamiast poręczy pięły się na górę między ścianami z poroży. Uwielbiam takie miejsca. Dodatkowo właściciel okazał się miłym gawędziarzem. Będąc w pobliżu warto tam zajrzeć i zakosztować w regionalnej kuchni.
Kiedy Zaostrzylismy swoje apetyty dziczyzną wychodząc, powiedzieliśmy sobie, że na pewno tu jeszcze wrócimy.

- JUSTYNA

  Bieszczady to takie nasze miejsce , w które obowiązkowo raz w roku jechać po prostu trzeba. Od Bieszczad zaczęła się nasza podró...

 


Bieszczady to takie nasze miejsce , w które obowiązkowo raz w roku jechać po prostu trzeba. Od Bieszczad zaczęła się nasza podróż poślubna, stąd taki sentyment do tej krainy. Byliśmy tu wiosną, latem i jesienią, ale nigdy zimą. Dlatego na zimowy urlop w lutym obraliśmy kierunek Bieszczady. Zima jaka jest, każdy widzi ;-) więc do auta spakowaliśmy wszystko: raki, narty biegowe, rowery i oto jesteśmy! Przy okazji polecamy stronę travelist.pl na której znaleźliśmy hotel, po rejestracji na portalu, Arek otrzymał 100 zł zniżki na zakupy! :-) 
Zatrzymaliśmy się w Myczkowcach nad samą zaporą nad jeziorem Myczkowskim.
Wczoraj był czas tylko na rozpakowanie, ale od dzisiaj urlop w pełni.
Po śniadaniu zaczęliśmy się szykować do wyjścia, kiedy Arek zauważył kapcia w swoim przednim kole. Kompresora brak, więc ile pary w rękach napompował koło i ruszyliśmy w kierunku Polańczyka, wpatrując stacji benzynowych. Taką z kompresorem znaleźliśmy przed samym Polańczykiem (Stacja benzynowa Ewka). Już od samego początku droga wiodła pod górkę i pod wiatr, czasem opadając w dół by znowu piąć się ku niebu. Szczególnie wymagająca okazała się wspinaczka nad zaporę w Solinie.

 Ale za to widoki naprawdę zapierały miejscami dech w piersiach i wynagradzały zmęczenie na podjazdach. San o tej porze roku (jesienią i wiosną nie zauważyłam) ma obłędny kolor! Nie mogłam się napatrzeć. Na drodze w stronę Bukowca, mając już przejechane 20 kilometrów zawróciliśmy do centrum uzdrowiskowego Polańczyka na obiad, po drodze zatrzymując się na dłuższą chwilę na plaży.

Wybór padł na kuchnię łemkowsko-bojkowską, bo w oberży o nazwie Zakapior grzechem byłoby zamówić kurczaka i frytki! W środku na drewnianej desce znaleźliśmy odpowiedź, kim byli kiedyś, a kim są dzisiaj zakapiory. Na ścianach wisiała piękna galeria obrazów przedstawiających najsłynniejszych bieszczadzkich zakapiorów.

Najedzeni mogliśmy wracać. Wiatr wiał już większość w plecy więc podjazdy nie wydawały się już takie strasznie. Arka odbiła ostatnia górka przed samą zaporą, na którą nie przygotował się p
sychicznie, bo o niej zwyczajnie zapomniał. W końcu w tamtą stronę było z górki ;-)


Zrobiliśmy 40km a suma przewyższeń na trasie wyniosła, nie całe 900m. Jak na rozgrzewkę to całkiem nieźle :-)
Pisząc to, siedzimy na balkonie, w śpiworach (właśnie po to je zabraliśmy) i słuchając odgłosów bieszczadzkich lasów, planujemy jutrzejszy dzień!

-JUSTYNA

Dzisiaj zerknąłem na rewers kartki, z którą przyszła naszywka z Rapha Festive 500. Po lewej stronie były trzy krótkie słowa po angielsku...


Dzisiaj zerknąłem na rewers kartki, z którą przyszła naszywka z Rapha Festive 500. Po lewej stronie były trzy krótkie słowa po angielsku: Glory through suffering. Zaintrygowany zgooglowałem to pojęcie i znalazłem gdzieś na blogu Raphy piękny esej napisany przez Graeme Fife - "Glory through Suffering", który stał się inspiracją do napisania businness planu dla Simona Mottrama, założyciela Raphy. Cały tekst pozwoliłem sobie tutaj przetłumaczyć, mam nadzieję, że oddam tu jego sens :) Zapraszam do czytania!

Historia wyścigów kolarskich obfituje w opowieści o wytrwałości, sile woli oraz odwadze na epicką skalę. Zdolność kolarzy do jazdy nieustannie dzień po dniu, przekraczając próg bólu i daleko poza ten próg, sprawia że kolarze są niejako odrębnym gatunkiem. Redefiniują pojęcie heroizmu w sporcie. Cierpienie jest dobrowolne, odległości jakie pokonują są Herkulesowe, wszystko to tworzy swoisty tygiel, w którym formowana jest unikalna osobowość: pozornie obojętna wobec bólu zadawanego przez rower i drogę, zabarwiona pragnieniem pokonania obu tych rzeczy.

Największą bitwą którą trzeba stoczyć nie jest jednak ta fizyczna, lecz psychologiczna. Demony mówiące nam żeby się poddać gdy ocieramy się o granicę naszych możliwości, nie dadzą się nigdy uciszyć na dobre. Demony te muszą zawsze otrzymywać odpowiedź w postaci wytrwałej godności, która po prostu nie chce się poddać. Nie mówcie że człowiek jest dzielny, jak mawiają Hiszpanie, mówcie tylko że ten człowiek był dzielny w tym określonym dniu. Taka siła charakteru promieniuje z każdego kolarza, który okazał odwagę by nie ulec i zdobywał swoją godność, dzień po dniu.

Prawdziwą próbą charakteru każdego kolarza jest droga. Jak wiele cierpienia możesz znieść na rowerze? Dowiesz się tylko po usłyszeniu głosu w swojej głowie mówiącego: nie, wystarczy już, dość tego maltretowania, zaraz opadniesz z sił. A jednak, z Bóg wiej jakiego powodu, mimo tego dalej będziesz jechać. Za każdym razem gdy to się dzieje, gdy dziki wiatr wieje ci w twarz... na krętych drogach Chiltern Hills ... wlekąc się na szczyt jednego z kontynentalnych potworów, każde te doświadczenie jest częścią kontinuum, powtarzającej się walki z rezygnacją.

Żaden tłum nie dopinguje nas pomniejszych śmiertelników na dużych podjazdach, ale góry są otwarte, i góry rzadko kiedy, a w zasadzie nigdy nie przegrały z tobą. Bez względu na to, jak często na nie podjeżdżasz, nie można ich pokonać: zawsze zaczynasz na samym dole, od początku. Reputacja nie zawiezie cię na szczyt. Ta bitwa fizyczna musi być zawsze powtarzana. Poprzez każde jej powtórzenie, twoja siła psychiczna kumuluje się.

Col du Tourmalet, otoczone przez mgłę. 2000m w Kręgu Śmierci, gdzie Apo Lazaridès zsiadł z roweru by zaczekać na innych, z obawy przed Pirenejskimi niedźwiedziami. Straszliwa Mont Ventoux, Domena Aniołów. Col du Galibier, Olbrzym z Alp - prawdziwy"premier cru" w porównaniu do całej reszty "vin ordinaire". Tam właśnie możesz jechać za Tourem, w rozrzedzonym powietrzu, w górę po bezwzględnych agrafkach, twoje opony będą syczeć na asfaltowym katalogu wszystkich kolarzy Tour de France, którzy odbyli tą samą podróż.

Cierpienie to jedna rzecz; umieć cierpieć to coś zupełnie innego. Spoglądasz na stromy szczyt i  mówisz do siebie: Co? Tam? Niemożliwe... i wtedy dopada cię najtrudniejsze i jednocześnie najbardziej radosne doświadczenie w kolarstwie jakie można osiągnąć. Wielki bój na dwóch kołach, triumf wewnętrznej determinacji nad niedowierzaniem.

Albowiem góry to ten skrajny przypadek, w którym naprawdę dowiesz się czegoś o sobie, w tych strasznych sferach fizycznego i psychicznego wysiłku do granic możliwości. Odległe wysokości geograficzne, w głębi twojego ducha. Istnieją nawet przesądy które tłumaczą dziwne siły działające pomiędzy kolarzem mierzącym się z potwornym podjazdem . To tutaj, jak mówią, jest miejsce, gdzie żyją przynoszące pecha ogry o czarnych sercach: Wiedźma z Zielonymi Zębami sprawiająca że zapominasz o głodzie, czy też Człowiek z Młotkiem, gotowi by zaatakować każdą lukę w obronie twojej determinacji. Straszydła uosabiające tajemnicze czynniki, które mogą zmrozić twoją odwagę samotną perspektywą porażki.

Dlatego mówimy o heroizmie w kolarstwie: tkwi on u samych podstaw.

To ostateczny moment w którym możesz się wykazać. Moment w którym twoja przemęczona głowa wypełnia się bezsensownymi bzdurami i tylko koła, które wciąż reagują na pedałowanie, jak koła zębate obracające się w zegarze twojego mózgu, wydają się mieć jakiejkolwiek sens. Mechanicznie szepczesz do siebie: jeśli droga się nie kończy, to ja też nie kończę. Jak Brian Robinson, pierwszy Brytyjczyk który ukończył Tour de France (1955) powiedział do siebie: Spojrzałem na innych i pomyślałem, są tacy sami jak ja - więc jeśli oni to mogą zrobić, to ja też mogę. Dobre rozumowanie, bo nie sposób obalić jego argumentów. To proste: nie mogę jechać dalej. Muszę jechać dalej. Pojadę dalej.

I w tym ponurym czasie, w którym twój wędrujący umysł zostaje opętany myślą że nie dasz rady, dzieje się TO - trwasz dalej i poznajesz podstawową lekcję kolarstwa, tak jak poznał ją każdy prawdziwy kolarz: na tej drodze, podczas tego wysiłku, żyjesz w tej chwili z całą swoją siłą, w całej intensywności i pełni tego momentu. Czy znasz lepszą definicję radości?

Gdy jechałem górę Col de la Core w pewne upalne popołudnie (pierwsza kategoria, Pireneje) minęła mnie grupa kolarzy Francaise des Jeux. Ostatni z nich pomachał mi ręką. Odwagi. Wszyscy cierpimy. Tak trzymaj.

Ale jeśli coś boli tak bardzo, to jak to może być przyjemne? W miejscu, w którym obciążenie fizyczne przekracza wszystko, co możesz sobie wyobrazić, wkraczasz na nowe terytoria zrozumienia, rozszerzony krajobraz psychologiczny. Towarzystwo na trudnej drodze polega też na tym aby dzielić się tą wiedzą, tak jak dzielimy się śmiechem jadąc w grupie . Rower jest idealnym pojazdem który zabierze Cię w dół tych tajemnych korytarzy oświecenia. Przyjemność przychodzi po prostu od zrozumienia, co działo się w twojej głowie i w duchu. Nie kończy się, gdy rower się zatrzymuje, kiedy dojdziesz na szczyt przełęczy lub złazisz z roweru pod koniec jazdy, tak zmęczony, że ledwie możesz myśleć czy stać prosto. Tu właśnie zaczyna się przyjemność. W samopoznaniu.

Za tą całą chwałą chowa się mozolny trening, ciężka przeprawa przez złe dni, męka jazdy na niższych obrotach niż twoje maksimum i absolutne przekonanie, że rezygnacja nigdy nie jest opcją. Na tym polega heroizm tego pięknego sportu, wewnętrzne objawienie, które sprawia, że kolarz staje się nieczuły na zwykłe słabości, ponieważ każda droga którą pokonał stawia go naprzeciw tym demonom porażki; kolarz poznał je; zmierzył się z nimi i pokonał strach przed nimi; kolejny raz, raz za razem.

Piękne, nieprawdaż? :)

- Arek

Pewnie słyszeliście o tej słuchawce, "że 41 megapikseli, ze najlepszy aparat, że zdjęcia jak lustrzanka bla bla bla". Praw...



Pewnie słyszeliście o tej słuchawce, "że 41 megapikseli, ze najlepszy aparat, że zdjęcia jak lustrzanka bla bla bla". Prawda jak zwykle leży gdzieś po środku. Lumia 1020 to całkiem sprawnie działający telefon pod kontrolą systemu Windows Phone 8.1. System jaki jest, każdy widzi - jednym się może podobać, drugim nie. Jednak niezaprzeczalną wadą numer jeden jest ciągle wspominany brak aplikacji. Jasne, 99% najpopularniejszych aplikacji tam jest. Ale czego nie ma? Na przykład: większości aplikacji bankowych nie ma na WP. Brak aplikacji umożliwiających obsługę kamer sportowych i innych podobnych urządzeń sterowanych przez wifi. Brak Stravy :)

No ale wróćmy do telefonu i jego aparatu. Żeby było jasne, zdjęcia wykonane 1020 są naprawdę świetne. Niestety słaby procesor i cała reszta sprzętu nie nadąża za ogromnym sensorem i zrobienie jednego zdjęcia trwa kilka dobrych sekund. Ostrzenie też pozostawia wiele do życzenia, wydłużając czas zrobienia jednego zdjęcia. Więc jeśli ktoś chce robić zdjęcia dzieci, ptaków czy innych ruchliwych obiektów to niestety, nie tym telefonem. Można co prawda wykorzystać do tego możliwość kręcenia filmów full HD i używania cyfrowego bezstratnego zoomu x4 co daje duże możliwości kadrowania, a następnie "robić" zdjęcia z klatek z nakręconego filmu.

Samo kadrowanie to piękna sprawa. Najpierw robimy zdjęcie, a następnie je sobie kadrujemy kiedy znajdziemy na to wolny czas, np. po powrocie do domu. Oczywiście aparat wtedy cały czas skaluje zdjęcie do 5Mp, co i tak w dalszym ciągu jest zdjęciem dobrej jakości. Sprawia to że 1020 jest naprawdę dobrym aparatem do robienia zdjęć krajobrazów. Makro niestety nie wychodzi już tak dobrze - minimalna odległość do złapania ostrości to 15cm.

http://smartcam.club/node/3296

Na koniec najsmutniejsza sprawa. Szukając po internetach można trafić na przykre informacje o tym że płyty główne w Lumiach 1020 zwyczajnie po jakimś czasie się psują. Tak było z Lumią Justyny, połowa zdjęć z Eurotripu 2015 została stracona bo Lumia przestała działać gdy byliśmy w Słowacji. Danych nie udało się odzyskać (brak karty SD się kłania), a telefonu nie dało się naprawić. Swoją Lumię sprzedałem jakiś czas później. Co jak co, ale te telefony z uwagi na swój gigantyczny aparat, podobnie jak Nokia 808 trzymają dość mocno cenę. Ocena ogólna - teraz nie polecam tego telefonu, chyba że na krótko żeby zrobić nim parę zdjęć i sprzedać. Lumia 920 jest prawie tak samo dobra a kosztuje już teraz sporo mniej. A nadchodzącą 1030 radzę potraktować z dużą dawką ostrożności, do tego pewnie będzie kosmicznie droga.

- AREK

Są Walentynki, więc jest okazja do posta. Dziś zajechaliśmy do Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Mikołowie. Rano standardowo śniadan...




Są Walentynki, więc jest okazja do posta. Dziś zajechaliśmy do Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Mikołowie. Rano standardowo śniadanie, kawa i wskoczylismy na rowery przed godziną 10:00. Magda jako, że dzisiaj wstała przed godziną 7:00 zasnęła tuż po wyjechaniu z Knurowa. Jechaliśmy bocznymi drogami, więc trasa zleciała nam na luźnych rozmowach.
Po 1,5 godziny dotarliśmy w końcu do celu.

Sam Ogród Botaniczny chyba najlepiej opiszemy jak wybierzemy się tam wiosną lub latem. Już teraz nas zachwyca jako miejsce na odpoczynek dla rodziny z dzieckiem. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie ciepło i Madzia w pełni będzie mogła wykorzystać tamtejszą przestrzeń przeznaczoną dla maluchów.

Dzisiaj niestety czas naglił, a chcieliśmy w drodze powrotnej zatrzymać się na obiad.
W ogrodzie chwila na rozprostowanie nóżek naszego śpiocha, chwila na huśtawce i w drogę. Niestety Magdzie, nie do końca ten plan się spodobał i podniosła alarm. W drodze okupionej przez łzy dojechaliśmy do Chudowa. Zatrzymaliśmy się w Oberży Czarny Koń.

Na widok jedzenia dziecko wyraźnie się uspokoiło. Pojedliśmy i ruszyliśmy do domu. Zostało nam coś ponad 10 kilometrów, z czego połowa drogi to był absolutny sprzeciw do jazdy w przyczepce. Dzisiejszy jakże piękny nastrój nie wszystkim najwyraźniej się udzielił.
Do domu dotarliśmy o 13:38. Nie wiem jak mi się to udało, ale zdążyłam wziąć prysznic i nie spóźnić się na 14:00 do pracy, wyglądając przy tym jak człowiek!

- JUSTYNA

Drugi wypad miał być bardziej ambitny - strasznie korciło mnie żeby sprawdzić jak to będą wyglądały podjazdy z przyczepką. Wybór padł ...


Drugi wypad miał być bardziej ambitny - strasznie korciło mnie żeby sprawdzić jak to
będą wyglądały podjazdy z przyczepką. Wybór padł więc na Górę Św Anny, dodatkowo z nami
zabrała się koleżanka Agnieszka na swojej starej Meridzie Kalahari. Magda w przyczepce
skutecznie obniżała nam tempo do takiego że i mtb nadąży za szosą, poza tym miał to być
przede wszystkim relaks. Ruszyliśmy grubo po dziewiątej, po uporaniu się z paroma problemami technicznymi. Zaczep przyczepki okleiłem taśmą i nie było już tego drażniącego skrzypienia z okolic przegubu łączącego rower z przyczepką - wreszcie zasada absolutnej ciszy była zachowana :)

Z Knurowa wyskoczyliśmy na drogę techniczną wzdłuż A4, na której zawsze fajnie się śmiga, pomimo tego że akurat wiał bardzo mocny boczny wiatr. Na końcu technicznej skręciliśmy na Sośnicowice, następnie już spokojniejszą drogą kręciliśmy w stronę Kotlarni. Po drodze Magda zarządziła postój na piciu i łakocie, i swoim zachowaniem dała nam do zrozumienia że może te 120 km dzisiaj to nie najlepszy pomysł. Zdecydowaliśmy że wpadniemy do Sławięcic na świetne i tanie (6 zł za talerz!) pierogi ruskie w stołówce obok lokalnego liceum (nie pamiętam nazwy). Ruszyliśmy więc z Kotlarni jedną z najładniejszych dróg w Rudach prowadzącą przez Starą Kuźnię, a zaczynająca się właśnie złota jesień tylko dodawała jej uroku. I jeszcze ten mały ruch, tylko żeby nawierzchnia była lepsza... W Starej Kuźni zatrzymaliśmy się na krótką przerwę pod zabytkową strażnicą pożarową, następnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Minęliśmy bokiem pozostałości obozu koncentracyjnego, trochę zbyt ponure miejsce na niedzielne wycieczki z dzieckiem.


W Sławięcicach mijamy wesoły peleton który pozdrawia nas uśmiechami (nikogo z was nie było na Stravie???), robimy stopkę we wcześniej wspomnianej jadłodajni na również wcześniej już wspomniane pierogi. Gdy już mieliśmy pełne brzuchy zaczęlismy się powoli zbierać w drogę powrotną, co jak co ale pierogi pomimo tego że mają sporo węglowodanów to jakoś poweru w nogę nie dają. Zaczęła się powolna podróż w stronę Rudzińca i dalej do Pławniowic, ale kto by się spieszył przy takiej ładnej pogodzie. W Pławkach zrobiliśmy znowu przerwę koło restauracji Panorama - obleganej zresztą przez rowerzystów, cały parking rowerowy był zajęty. Nic to, w przyczepce był kocyk który rozłożyliśmy na plaży, wreszcie przez chwilę był tylko relaxing, plażing i "ojakmisieniechcewracać"... 15 minut gapienia się w błękit nieba, żagle jachtów i czas się zbierać.


Z Pławniowic szybko ruszyliśmy na Taciszów, potem Kleszczów gdzie wpadliśmy na nowy asfalt prowadzący do Gliwic. Na wysokości strefy przemysłowej odbiliśmy na Kozłów. Nigdy nie lubiałem tej drogi, a wiele razy miałem okazję tędy jeździć. Oczywiście nic się nie zmieniło na tym odcinku, ograniczenie do 40 i dziury, dziury, dziury. W dodatku przypomniał o sobie wiatr, dokładniej mówiąc wmordewind. Cały odcinek do Sośnicowic to była już niezła walka, potem jakoś udało się nam odetchnąć jadąc na Ostropę. Końcówka to już Magda która protestowała że hoho co za dużo to niezdrowo, serwisówka wzdłuż autostrady, zawieszone endomondo i takie tam. Na szczęście Agnieszka rzuciła nam swoim treningiem więc mogliśmy go importować do siebie, wyszło z tego jakieś 90 km. I śmiało mogę powiedzieć że da się więcej, ale była już jesień a dni stawały się coraz krótsze...
 
- Arek

Plan na ten dzień był zupełnie inny, rano odstawiam auto do mechanika (wahacze nam skrzypiały) wracam do domu biegiem przez miasto, z...


Plan na ten dzień był zupełnie inny, rano odstawiam auto do mechanika (wahacze nam skrzypiały) wracam do domu biegiem przez miasto, zaliczając od razu trening i po śniadaniu jedziemy z Madzią pokręcić korzystając z pogody.
No ale... bycie kobietą zobowiązuje, pomyliłam numery do mechaników i w efekcie owszem, byłam umówiona na rano ale nie u naszego mechanika, który mnie o tym uświadomił z uśmiechem na twarzy. Umówiłam się więc na wolny termin z właściwym warsztatem i wróciłam do domu samochodem.
Zostaliśmy z dniem wolnym i samochodem, który należało wykorzystać, stąd Jura i pomysł abyśmy pojechali w jakieś nowe miejsce.
Dolina Będkowska.
Auto zostawiliśmy przy cmentarzu w Będkowicach i ruszyliśmy na azymut przed siebie. Żadnych szlaków turystycznych, drogi czy nawet jej namiastki. Po kilkunastu minutach staliśmy na szczycie jakiejś skały i mieliśmy możliwości dwie, zawrócić albo skoczyć w dół, gdzie widać było nasz cel. Cofnęliśmy się więc kawałek i przecinając nieźle zarośnięty las wytracaliśmy wysokość, aż dotarliśmy do drogi, która okazała się żółtym szlakiem - według Arka szlak na mapie przebiega zupełnie gdzie indziej (skoro Arek mówi, że na mapie jest inaczej to ja nie mam zamiaru z nim polemizować bo w końcu jestem kobietą, a czytanie map nie jest moją mocną stroną).
Minęliśmy Bramę Bedkowską czyli tzw. bramę skalną i droga zamieniła się w piękny asfalt dzięki czemu Arek mógł ściągnąć Magdę z pleców.

Po 900 metrach dotarliśmy do Gospodarstwa Agroturystycznego - Brandysówka. Jest to jednocześnie baza dla wspinaczy, oraz pole namiotowe. Nie udało nam się tam dotrzeć latem zeszłego roku, ale w tym na pewno jeszcze tu wrócimy z namiotem i resztą ekwipunku :-)
Miejscówka jest bardzo ładnie położona wśród skał, lasów i w bliskiej odległości małego potoczku, który latem może zwiększyć swe rozmiary.
Przy drzwiach gospodarstwa kusiło menu, na które nie pozostaliśmy obojętni i zamówiliśmy pierogi ruskie dla Arka i naleśniki po meksykańsku dla mnie. Nasz mały głód dzielnie nam pomagał, aby na talerzach nic nie zostało (jak byśmy mięli z tym problem).

Najedzeni ruszyliśmy w drogę powrotną, bo Sokolica - plan Arka na dzisiaj, okazała się tą skałą, na której wylądowaliśmy na początku! Taka niespodzianka.

Tuż za Brandysówką mijaliśmy mały wodospadzik o nazwie Szum a po przeciwnej stronie drogi jakże okazałą iglicę, najbardziej jednak charakterystyczną skałą w pobliżu jest "Dupa Słonia"  której nie sposób pomylić z żadną inną :)
I tak w 2,5 godziny przeszliśmy 7 kilometrów.

- JUSTYNA

Wróciłam do pracy, wiec wspólne wolne weekendy to już rzadkość. Trafiła się wolna niedziela do wykorzystania, my cierpielismy na chr...




Wróciłam do pracy, wiec wspólne wolne weekendy to już rzadkość. Trafiła się wolna niedziela do wykorzystania, my cierpielismy na chroniczny brak wysokości, więc postanowiliśmy wyruszyć w góry. Za cel wyznaczyliśmy sobie Rysiankę.
Startowaliśmy z parkingu w Żabnicy, a połowa drogi do schroniska na hali Boraczej okazała się pięknym asfaltem, dzięki czemu nasze nosidełko przekształciliśmy w wózek i spacerując lekko pod górkę oszczędzaliśmy plecy Arka.



Magda co jakiś czas zachwycała się pięknem przyrody pokazując nam rączką co akurat zwróciło jej uwagę. Tak dotarliśmy do pierwszego postoju. Czas na gorącą czekoladę i banana i po takim zastrzyku energii mogliśmy ruszyć dalej.
Szlak okazał się bardzo oblodzony ale byliśmy przygotowani na taką ewentualność i wyposażyliśmy się w "raczki" i oczywiści kije bez których byłoby ciężko (przynajmniej Arkowi z Magdą na plecach). Madzia zdążyła uciąć sobie drzemkę jak to zwykle na szlaku ;)


Do Rysianki dotarliśmy po nie spełna 3,5h, posililiśmy się zupą pomidorową, Magda rozprostowała nóżki zwiedzając salę schroniska i ruszyliśmy w drogę powrotną. Powrót był już łagodniejszy i w sumie po prawie 6 godzinach dotarliśmy do samochodu. Cała wycieczka okazała się, nie bagatela 20 kilometrowym spacerem! Byliśmy w szoku, no ale nogi wieczorem upominały się o odpoczynek.


- JUSTYNA

Liptovska Mara to takie nasze miejsce, do którego chyba już zawsze będziemy wracać. Arek odkrył je przypadkiem (jak zwykle) kilka lat wc...


Liptovska Mara to takie nasze miejsce, do którego chyba już zawsze będziemy wracać. Arek odkrył je przypadkiem (jak zwykle) kilka lat wcześniej.
Połączenie wody i gór, tak najkrócej można opisać to miejsce. Mara Caming bo tam się zatrzymaliśmy to jedyny camping nad zalewem Liptowska Mara, który jest największym sztucznym akwenem na Słowacji.
Na wyjazd pojechała z nami koleżanka Ola z synem Bastkiem, który jechał w jednym celu - zaliczyć Tatralandię znajdującą się ok 3km od naszego campingu.

Pierwszego dnia rozbiliśmy namiot (2sypialnie i przedsionek wypasiony jak to Bastek powiedział) i reszta dnia upłynęła nam na lenistwie. Zastanawialiśmy się jak Magda odnajdzie się w nowej sytuacji, a że namiot mamy spory to mogliśmy sobie pozwolić na zabranie łóżeczka turystycznego, tym samym urządziliśmy jej mały kącik do spania i pozostało czekać na godzinę W.
Wieczorem czekała nas miła niespodzianka, dziecko zjadło kolacje i zasnęło nawet nie wiedzieliśmy kiedy. Pobudka w nocy na mleczko i następnego dnia o godzinie 7:30 ze względu na temperaturę panującą w namiocie. 


Pogoda nam dopisała wyśmienicie. Po śniadaniu Ola z Bastkiem wybrali się do Tatralandii a my z Madzią na jej pierwszy dwutysięcznik.
Przed wyjazdem pomysł oczywiście skonsultowaliśmy z pediatrą oraz dużo czytaliśmy o tego typu wędrówkach z małym dzieckiem. Nie my pierwsi i zapewne nie ostatni chodzimy z takim maluszkiem po górach, więc pełni optymizmu ruszyliśmy na szlak.
Podjechaliśmy do Szczyrbskiego Plesa, gdzie na początku wydaliśmy ostatnie Euro na kolejkę krzesełkową, która zawiozła nas na wysokość prawie 1400m.n.p.m. Ostatnie 700m pokonujemy już na piechotę. Do góry postanowiłam wnieść Magdę ja. Po niecałej godzinie zdobywamy
szczyt - Solisko 2093m.n.p.m.

Przed samym finiszem Madzia podniosła alarm na mleko, więc gdy tylko znaleźliśmy kawałek miejsca ja zaczęłam przygotowywać mleko a Arek starał się udobruchać Madziulę, którą słychać było chyba na dole. Kiedy po raz któryś usłyszeliśmy tekst: "po co brać takie dziecko w góry przecież i tak tego nie zapamięta" Arek grzecznie poinformował Pana, że to nasze dziecko i to my będziemy decydować o tym jak je wychowujemy i gdzie z nim jeździmy. Nastała cisza gdyż dziecko dostało upragnione mleko, przerwana jednak brawami pewnego słowaka i jego gromkim "brawo!" dla naszego heroicznego wyczynu ;)
Zazwyczaj wzbudzamy pozytywne reakcje wędrując z takim szkrabem po górach, no ale płacz dziecka na wysokości dwóch tysięcy metrów nie jest raczej normą, więc myślę że stąd taka reakcja. Cały powrót na dół Magda przespała już u taty na plecach.
Dość szybko nam to poszło, więc postanowiliśmy jeszcze przespacerować się wokół Szczyrbskiego Jeziora (Strbskie Pleso) otoczonego lasem świerkowym. Uroczy zakątek, do którego zapewne wrócimy.


Jako ciekawostkę nadmienię iż w 20114 roku usytuowana była tutaj meta jednego z etapów Tour de Pologne, który wygrał wtedy Rafał Majka.
Wędrowaliśmy ok 3h 15min. i przeszliśmy 6km, z uśmiechami na twarzach dotarliśmy do samochodu i wróciliśmy na camping świętować urodziny moje i Oli.

-JUSTYNA

22 grudzień Arek podchodzi do mnie i mówi standardowe "Justyś bo mam pomysł..." Chodziło o Przejechanie Rapha Festive 500 z Ma...


22 grudzień Arek podchodzi do mnie i mówi standardowe "Justyś bo mam pomysł..." Chodziło o Przejechanie Rapha Festive 500 z Magdą... Zawsze tak jest, że to Arek ma szalony pomysł a ja, albo go podchwycę albo nie... W tym przypadku przejechanie z Magdą nie całe 70km dziennie nie wydawało mi się szalonym pomysłem mając na uwadzę "zimę" w tym roku :)
Nie będę opisywać każdego dnia osobno,bo samej, nie chciałoby mi się tego czytać ;)
Na początku, obliczyliśmy ile kilometrów dziennie musimy przejechać i tego się trzymaliśmy. W święta wszystko było na styk. Rano śniadanie, potem wskakiwaliśmy na rowery, powrót do domu szybki prysznic i święta z rodziną...
Pogoda na początku dopisywała wyśmienicie, Magda zasypiała zaraz na starcie czyli ok godziny 10:00 i budziła się na świąteczne obżarstwo.Po świętach jednak postanowiliśmy wykręcić jakiś zapas kilometrów, gdyż nie wiadomo było jak pogoda dopisze.

Najtrudniejszy dla mnie był 30.12 - przedostatni dzień wyzwania. Na Sylwestra wybraliśmy się na Jurę Krakowsko_Częstochowską a konkretnie do Olsztyna i tam dwa ostatnie dni roku jeździliśmy.
Temperatura spadła do -5 stopni C i naprawdę zmarzłam. Magda jednak miała termofor w przyczepce, ubrana była jak na Sybir plus opatulona kocami i poduszkami, więc jej było najcieplej.
No i udało się! Przejechaliśmy te 500km w trójkę. Rozpierała nas ogromną radość i ciężko mi tu opisać wszystkie uczucia jakie nam w tym momencie towarzyszyły.
Po sylwestrze wróciliśmy do domu i Arek zajął się montowaniem filmu, który wysłaliśmy wraz z zgłoszeniem do komisji konkursu Rapha.

Pisałam wcześniej, że rozpierała mnie radość? W takim razie to co się działo 29 stycznia kiedy Arek oznajmił mi, że wygraliśmy główną nagrodę jest absolutnie nie opisywalne. Popłakałam się, kiedy czytaliśmy na blogu Rapha, co o nas napisali. 
Jako pierwsi Polacy otrzymaliśmy te wyróżnienie ale niepodważalnym faktem jest, że wszystko jest zasługą Magdy. Tej naszej małej kruszynki, która od ponad roku, znosi nasze szalone i mniej szalone pomysły cierpliwie i z uśmiechem na buźce.

http://pages.rapha.cc/en_AU/rides-cat-en_au/unwrapping-the-festive-500-the-winners

JUSTYNA
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts