Dzisiaj zerknąłem na rewers kartki, z którą przyszła naszywka z Rapha Festive 500. Po lewej stronie były trzy krótkie słowa po angielsku...

Chwała poprzez cierpienie.


Dzisiaj zerknąłem na rewers kartki, z którą przyszła naszywka z Rapha Festive 500. Po lewej stronie były trzy krótkie słowa po angielsku: Glory through suffering. Zaintrygowany zgooglowałem to pojęcie i znalazłem gdzieś na blogu Raphy piękny esej napisany przez Graeme Fife - "Glory through Suffering", który stał się inspiracją do napisania businness planu dla Simona Mottrama, założyciela Raphy. Cały tekst pozwoliłem sobie tutaj przetłumaczyć, mam nadzieję, że oddam tu jego sens :) Zapraszam do czytania!

Historia wyścigów kolarskich obfituje w opowieści o wytrwałości, sile woli oraz odwadze na epicką skalę. Zdolność kolarzy do jazdy nieustannie dzień po dniu, przekraczając próg bólu i daleko poza ten próg, sprawia że kolarze są niejako odrębnym gatunkiem. Redefiniują pojęcie heroizmu w sporcie. Cierpienie jest dobrowolne, odległości jakie pokonują są Herkulesowe, wszystko to tworzy swoisty tygiel, w którym formowana jest unikalna osobowość: pozornie obojętna wobec bólu zadawanego przez rower i drogę, zabarwiona pragnieniem pokonania obu tych rzeczy.

Największą bitwą którą trzeba stoczyć nie jest jednak ta fizyczna, lecz psychologiczna. Demony mówiące nam żeby się poddać gdy ocieramy się o granicę naszych możliwości, nie dadzą się nigdy uciszyć na dobre. Demony te muszą zawsze otrzymywać odpowiedź w postaci wytrwałej godności, która po prostu nie chce się poddać. Nie mówcie że człowiek jest dzielny, jak mawiają Hiszpanie, mówcie tylko że ten człowiek był dzielny w tym określonym dniu. Taka siła charakteru promieniuje z każdego kolarza, który okazał odwagę by nie ulec i zdobywał swoją godność, dzień po dniu.

Prawdziwą próbą charakteru każdego kolarza jest droga. Jak wiele cierpienia możesz znieść na rowerze? Dowiesz się tylko po usłyszeniu głosu w swojej głowie mówiącego: nie, wystarczy już, dość tego maltretowania, zaraz opadniesz z sił. A jednak, z Bóg wiej jakiego powodu, mimo tego dalej będziesz jechać. Za każdym razem gdy to się dzieje, gdy dziki wiatr wieje ci w twarz... na krętych drogach Chiltern Hills ... wlekąc się na szczyt jednego z kontynentalnych potworów, każde te doświadczenie jest częścią kontinuum, powtarzającej się walki z rezygnacją.

Żaden tłum nie dopinguje nas pomniejszych śmiertelników na dużych podjazdach, ale góry są otwarte, i góry rzadko kiedy, a w zasadzie nigdy nie przegrały z tobą. Bez względu na to, jak często na nie podjeżdżasz, nie można ich pokonać: zawsze zaczynasz na samym dole, od początku. Reputacja nie zawiezie cię na szczyt. Ta bitwa fizyczna musi być zawsze powtarzana. Poprzez każde jej powtórzenie, twoja siła psychiczna kumuluje się.

Col du Tourmalet, otoczone przez mgłę. 2000m w Kręgu Śmierci, gdzie Apo Lazaridès zsiadł z roweru by zaczekać na innych, z obawy przed Pirenejskimi niedźwiedziami. Straszliwa Mont Ventoux, Domena Aniołów. Col du Galibier, Olbrzym z Alp - prawdziwy"premier cru" w porównaniu do całej reszty "vin ordinaire". Tam właśnie możesz jechać za Tourem, w rozrzedzonym powietrzu, w górę po bezwzględnych agrafkach, twoje opony będą syczeć na asfaltowym katalogu wszystkich kolarzy Tour de France, którzy odbyli tą samą podróż.

Cierpienie to jedna rzecz; umieć cierpieć to coś zupełnie innego. Spoglądasz na stromy szczyt i  mówisz do siebie: Co? Tam? Niemożliwe... i wtedy dopada cię najtrudniejsze i jednocześnie najbardziej radosne doświadczenie w kolarstwie jakie można osiągnąć. Wielki bój na dwóch kołach, triumf wewnętrznej determinacji nad niedowierzaniem.

Albowiem góry to ten skrajny przypadek, w którym naprawdę dowiesz się czegoś o sobie, w tych strasznych sferach fizycznego i psychicznego wysiłku do granic możliwości. Odległe wysokości geograficzne, w głębi twojego ducha. Istnieją nawet przesądy które tłumaczą dziwne siły działające pomiędzy kolarzem mierzącym się z potwornym podjazdem . To tutaj, jak mówią, jest miejsce, gdzie żyją przynoszące pecha ogry o czarnych sercach: Wiedźma z Zielonymi Zębami sprawiająca że zapominasz o głodzie, czy też Człowiek z Młotkiem, gotowi by zaatakować każdą lukę w obronie twojej determinacji. Straszydła uosabiające tajemnicze czynniki, które mogą zmrozić twoją odwagę samotną perspektywą porażki.

Dlatego mówimy o heroizmie w kolarstwie: tkwi on u samych podstaw.

To ostateczny moment w którym możesz się wykazać. Moment w którym twoja przemęczona głowa wypełnia się bezsensownymi bzdurami i tylko koła, które wciąż reagują na pedałowanie, jak koła zębate obracające się w zegarze twojego mózgu, wydają się mieć jakiejkolwiek sens. Mechanicznie szepczesz do siebie: jeśli droga się nie kończy, to ja też nie kończę. Jak Brian Robinson, pierwszy Brytyjczyk który ukończył Tour de France (1955) powiedział do siebie: Spojrzałem na innych i pomyślałem, są tacy sami jak ja - więc jeśli oni to mogą zrobić, to ja też mogę. Dobre rozumowanie, bo nie sposób obalić jego argumentów. To proste: nie mogę jechać dalej. Muszę jechać dalej. Pojadę dalej.

I w tym ponurym czasie, w którym twój wędrujący umysł zostaje opętany myślą że nie dasz rady, dzieje się TO - trwasz dalej i poznajesz podstawową lekcję kolarstwa, tak jak poznał ją każdy prawdziwy kolarz: na tej drodze, podczas tego wysiłku, żyjesz w tej chwili z całą swoją siłą, w całej intensywności i pełni tego momentu. Czy znasz lepszą definicję radości?

Gdy jechałem górę Col de la Core w pewne upalne popołudnie (pierwsza kategoria, Pireneje) minęła mnie grupa kolarzy Francaise des Jeux. Ostatni z nich pomachał mi ręką. Odwagi. Wszyscy cierpimy. Tak trzymaj.

Ale jeśli coś boli tak bardzo, to jak to może być przyjemne? W miejscu, w którym obciążenie fizyczne przekracza wszystko, co możesz sobie wyobrazić, wkraczasz na nowe terytoria zrozumienia, rozszerzony krajobraz psychologiczny. Towarzystwo na trudnej drodze polega też na tym aby dzielić się tą wiedzą, tak jak dzielimy się śmiechem jadąc w grupie . Rower jest idealnym pojazdem który zabierze Cię w dół tych tajemnych korytarzy oświecenia. Przyjemność przychodzi po prostu od zrozumienia, co działo się w twojej głowie i w duchu. Nie kończy się, gdy rower się zatrzymuje, kiedy dojdziesz na szczyt przełęczy lub złazisz z roweru pod koniec jazdy, tak zmęczony, że ledwie możesz myśleć czy stać prosto. Tu właśnie zaczyna się przyjemność. W samopoznaniu.

Za tą całą chwałą chowa się mozolny trening, ciężka przeprawa przez złe dni, męka jazdy na niższych obrotach niż twoje maksimum i absolutne przekonanie, że rezygnacja nigdy nie jest opcją. Na tym polega heroizm tego pięknego sportu, wewnętrzne objawienie, które sprawia, że kolarz staje się nieczuły na zwykłe słabości, ponieważ każda droga którą pokonał stawia go naprzeciw tym demonom porażki; kolarz poznał je; zmierzył się z nimi i pokonał strach przed nimi; kolejny raz, raz za razem.

Piękne, nieprawdaż? :)

- Arek


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts