Liptovska Mara to takie nasze miejsce, do którego chyba już zawsze będziemy wracać. Arek odkrył je przypadkiem (jak zwykle) kilka lat wc...

Pierwszy weekend pod namiotem i przy okazji 2000m.n.p.m. przekroczone


Liptovska Mara to takie nasze miejsce, do którego chyba już zawsze będziemy wracać. Arek odkrył je przypadkiem (jak zwykle) kilka lat wcześniej.
Połączenie wody i gór, tak najkrócej można opisać to miejsce. Mara Caming bo tam się zatrzymaliśmy to jedyny camping nad zalewem Liptowska Mara, który jest największym sztucznym akwenem na Słowacji.
Na wyjazd pojechała z nami koleżanka Ola z synem Bastkiem, który jechał w jednym celu - zaliczyć Tatralandię znajdującą się ok 3km od naszego campingu.

Pierwszego dnia rozbiliśmy namiot (2sypialnie i przedsionek wypasiony jak to Bastek powiedział) i reszta dnia upłynęła nam na lenistwie. Zastanawialiśmy się jak Magda odnajdzie się w nowej sytuacji, a że namiot mamy spory to mogliśmy sobie pozwolić na zabranie łóżeczka turystycznego, tym samym urządziliśmy jej mały kącik do spania i pozostało czekać na godzinę W.
Wieczorem czekała nas miła niespodzianka, dziecko zjadło kolacje i zasnęło nawet nie wiedzieliśmy kiedy. Pobudka w nocy na mleczko i następnego dnia o godzinie 7:30 ze względu na temperaturę panującą w namiocie. 


Pogoda nam dopisała wyśmienicie. Po śniadaniu Ola z Bastkiem wybrali się do Tatralandii a my z Madzią na jej pierwszy dwutysięcznik.
Przed wyjazdem pomysł oczywiście skonsultowaliśmy z pediatrą oraz dużo czytaliśmy o tego typu wędrówkach z małym dzieckiem. Nie my pierwsi i zapewne nie ostatni chodzimy z takim maluszkiem po górach, więc pełni optymizmu ruszyliśmy na szlak.
Podjechaliśmy do Szczyrbskiego Plesa, gdzie na początku wydaliśmy ostatnie Euro na kolejkę krzesełkową, która zawiozła nas na wysokość prawie 1400m.n.p.m. Ostatnie 700m pokonujemy już na piechotę. Do góry postanowiłam wnieść Magdę ja. Po niecałej godzinie zdobywamy
szczyt - Solisko 2093m.n.p.m.

Przed samym finiszem Madzia podniosła alarm na mleko, więc gdy tylko znaleźliśmy kawałek miejsca ja zaczęłam przygotowywać mleko a Arek starał się udobruchać Madziulę, którą słychać było chyba na dole. Kiedy po raz któryś usłyszeliśmy tekst: "po co brać takie dziecko w góry przecież i tak tego nie zapamięta" Arek grzecznie poinformował Pana, że to nasze dziecko i to my będziemy decydować o tym jak je wychowujemy i gdzie z nim jeździmy. Nastała cisza gdyż dziecko dostało upragnione mleko, przerwana jednak brawami pewnego słowaka i jego gromkim "brawo!" dla naszego heroicznego wyczynu ;)
Zazwyczaj wzbudzamy pozytywne reakcje wędrując z takim szkrabem po górach, no ale płacz dziecka na wysokości dwóch tysięcy metrów nie jest raczej normą, więc myślę że stąd taka reakcja. Cały powrót na dół Magda przespała już u taty na plecach.
Dość szybko nam to poszło, więc postanowiliśmy jeszcze przespacerować się wokół Szczyrbskiego Jeziora (Strbskie Pleso) otoczonego lasem świerkowym. Uroczy zakątek, do którego zapewne wrócimy.


Jako ciekawostkę nadmienię iż w 20114 roku usytuowana była tutaj meta jednego z etapów Tour de Pologne, który wygrał wtedy Rafał Majka.
Wędrowaliśmy ok 3h 15min. i przeszliśmy 6km, z uśmiechami na twarzach dotarliśmy do samochodu i wróciliśmy na camping świętować urodziny moje i Oli.

-JUSTYNA


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts