Plan na ten dzień był zupełnie inny, rano odstawiam auto do mechanika (wahacze nam skrzypiały) wracam do domu biegiem przez miasto, z...

Spontaniczna Jura - Brandysówka i okolice


Plan na ten dzień był zupełnie inny, rano odstawiam auto do mechanika (wahacze nam skrzypiały) wracam do domu biegiem przez miasto, zaliczając od razu trening i po śniadaniu jedziemy z Madzią pokręcić korzystając z pogody.
No ale... bycie kobietą zobowiązuje, pomyliłam numery do mechaników i w efekcie owszem, byłam umówiona na rano ale nie u naszego mechanika, który mnie o tym uświadomił z uśmiechem na twarzy. Umówiłam się więc na wolny termin z właściwym warsztatem i wróciłam do domu samochodem.
Zostaliśmy z dniem wolnym i samochodem, który należało wykorzystać, stąd Jura i pomysł abyśmy pojechali w jakieś nowe miejsce.
Dolina Będkowska.
Auto zostawiliśmy przy cmentarzu w Będkowicach i ruszyliśmy na azymut przed siebie. Żadnych szlaków turystycznych, drogi czy nawet jej namiastki. Po kilkunastu minutach staliśmy na szczycie jakiejś skały i mieliśmy możliwości dwie, zawrócić albo skoczyć w dół, gdzie widać było nasz cel. Cofnęliśmy się więc kawałek i przecinając nieźle zarośnięty las wytracaliśmy wysokość, aż dotarliśmy do drogi, która okazała się żółtym szlakiem - według Arka szlak na mapie przebiega zupełnie gdzie indziej (skoro Arek mówi, że na mapie jest inaczej to ja nie mam zamiaru z nim polemizować bo w końcu jestem kobietą, a czytanie map nie jest moją mocną stroną).
Minęliśmy Bramę Bedkowską czyli tzw. bramę skalną i droga zamieniła się w piękny asfalt dzięki czemu Arek mógł ściągnąć Magdę z pleców.

Po 900 metrach dotarliśmy do Gospodarstwa Agroturystycznego - Brandysówka. Jest to jednocześnie baza dla wspinaczy, oraz pole namiotowe. Nie udało nam się tam dotrzeć latem zeszłego roku, ale w tym na pewno jeszcze tu wrócimy z namiotem i resztą ekwipunku :-)
Miejscówka jest bardzo ładnie położona wśród skał, lasów i w bliskiej odległości małego potoczku, który latem może zwiększyć swe rozmiary.
Przy drzwiach gospodarstwa kusiło menu, na które nie pozostaliśmy obojętni i zamówiliśmy pierogi ruskie dla Arka i naleśniki po meksykańsku dla mnie. Nasz mały głód dzielnie nam pomagał, aby na talerzach nic nie zostało (jak byśmy mięli z tym problem).

Najedzeni ruszyliśmy w drogę powrotną, bo Sokolica - plan Arka na dzisiaj, okazała się tą skałą, na której wylądowaliśmy na początku! Taka niespodzianka.

Tuż za Brandysówką mijaliśmy mały wodospadzik o nazwie Szum a po przeciwnej stronie drogi jakże okazałą iglicę, najbardziej jednak charakterystyczną skałą w pobliżu jest "Dupa Słonia"  której nie sposób pomylić z żadną inną :)
I tak w 2,5 godziny przeszliśmy 7 kilometrów.

- JUSTYNA


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts