Bieszczady to takie nasze miejsce , w które obowiązkowo raz w roku jechać po prostu trzeba. Od Bieszczad zaczęła się nasza podró...

Zima nad Soliną

 


Bieszczady to takie nasze miejsce , w które obowiązkowo raz w roku jechać po prostu trzeba. Od Bieszczad zaczęła się nasza podróż poślubna, stąd taki sentyment do tej krainy. Byliśmy tu wiosną, latem i jesienią, ale nigdy zimą. Dlatego na zimowy urlop w lutym obraliśmy kierunek Bieszczady. Zima jaka jest, każdy widzi ;-) więc do auta spakowaliśmy wszystko: raki, narty biegowe, rowery i oto jesteśmy! Przy okazji polecamy stronę travelist.pl na której znaleźliśmy hotel, po rejestracji na portalu, Arek otrzymał 100 zł zniżki na zakupy! :-) 
Zatrzymaliśmy się w Myczkowcach nad samą zaporą nad jeziorem Myczkowskim.
Wczoraj był czas tylko na rozpakowanie, ale od dzisiaj urlop w pełni.
Po śniadaniu zaczęliśmy się szykować do wyjścia, kiedy Arek zauważył kapcia w swoim przednim kole. Kompresora brak, więc ile pary w rękach napompował koło i ruszyliśmy w kierunku Polańczyka, wpatrując stacji benzynowych. Taką z kompresorem znaleźliśmy przed samym Polańczykiem (Stacja benzynowa Ewka). Już od samego początku droga wiodła pod górkę i pod wiatr, czasem opadając w dół by znowu piąć się ku niebu. Szczególnie wymagająca okazała się wspinaczka nad zaporę w Solinie.

 Ale za to widoki naprawdę zapierały miejscami dech w piersiach i wynagradzały zmęczenie na podjazdach. San o tej porze roku (jesienią i wiosną nie zauważyłam) ma obłędny kolor! Nie mogłam się napatrzeć. Na drodze w stronę Bukowca, mając już przejechane 20 kilometrów zawróciliśmy do centrum uzdrowiskowego Polańczyka na obiad, po drodze zatrzymując się na dłuższą chwilę na plaży.

Wybór padł na kuchnię łemkowsko-bojkowską, bo w oberży o nazwie Zakapior grzechem byłoby zamówić kurczaka i frytki! W środku na drewnianej desce znaleźliśmy odpowiedź, kim byli kiedyś, a kim są dzisiaj zakapiory. Na ścianach wisiała piękna galeria obrazów przedstawiających najsłynniejszych bieszczadzkich zakapiorów.

Najedzeni mogliśmy wracać. Wiatr wiał już większość w plecy więc podjazdy nie wydawały się już takie strasznie. Arka odbiła ostatnia górka przed samą zaporą, na którą nie przygotował się p
sychicznie, bo o niej zwyczajnie zapomniał. W końcu w tamtą stronę było z górki ;-)


Zrobiliśmy 40km a suma przewyższeń na trasie wyniosła, nie całe 900m. Jak na rozgrzewkę to całkiem nieźle :-)
Pisząc to, siedzimy na balkonie, w śpiworach (właśnie po to je zabraliśmy) i słuchając odgłosów bieszczadzkich lasów, planujemy jutrzejszy dzień!

-JUSTYNA


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts