Jak to w święta bywa u nas w domu, ciężko nam usiedzieć w jednym miejscu ;-) W niedzielę, po śniadaniu u jednych rodziców pojechali...

 
Jak to w święta bywa u nas w domu, ciężko nam usiedzieć w jednym miejscu ;-)
W niedzielę, po śniadaniu u jednych rodziców pojechaliśmy na Pogórze Rożnowskie do drugich, którzy tam postanowili spędzić Wielkanoc. Niedziela upłynęła dość leniwe, nie licząc małej aktywności Madzi, która przeszła na swoich nóżkach ponad kilometrowy spacer!
W poniedziałek rano obie zostałyśmy zlane - jak tradycja nakazuje... Magda perfumami przez dziadka, a ja zimną wodą przez Arka. Głupia myślałam, że niesie mi wodę rano żebym się napiła :-) Po śniadaniu standardowo pakowanie i w drogę. Kierunek Beskid Niski. Naszym dzisiejszym celem była Magura Małastowska.
Wystartowaliśmy z parkingu kościelnego we wsi Oderne. Na początku szlak okazał się pięknym asfalcikiem ku uciesze Arka, który nie musiał od razu ładować naszego zajączka na plecy. Kiedy tylko wyszliśmy na polną drogę, dołączył do nas czworonożny lokalny przewodnik, którego bardzo szybko ochrzciliśmy "Cygan", ponieważ przy pierwszym rozstaju dróg próbował wyprowadzić nas w pole ;-)
 
 
Madzia co chwilę pokazywała na niego palcem, w razie gdybyśmy stracili go z oczu.
Im dalej szliśmy tym bardziej klimat tej dzikiej krainy nas otaczał, wiatr jakby ustał a jedynym dźwiękiem wokół był ćwierkot ptaków, wiosna wisiała w powietrzu. Madzia po wczorajszym spacerze była spragniona dalszych wędrówek dlatego zatrzymaliśmy się na mijanej właśnie polanie.
 

 
Gdy napiełniliśmy żołądki, oraz nacieszyliśmy oczy widokami zebraliśmy się w dalszą wędrówkę. Szlak zrobił się bardziej dziki, wijący błotnistą ścieżką pośród drzew i krzewów. W pewnym momencie Cygan stanął dęba z wzrokiem utkwionym w las. Kiedy zaczął ujadać, nie wiedzieliśmy czy uciekać, czy robić zdjęcia.
 
 
Źródłem niepokoju naszego przewodnika okazał się leśniczy, którego serdecznie pozdrowiliśmy i ruszyliśmy dalej.
Dziki beskidzki gąszcz ustąpił miejsca asfaltowej drodze, która prowadziła na przełęcz, my jednak skręciliśmy nieco wcześniej, kierując się w stronę schroniska na Magurze Małastowskiej.
Tam czekał już Cygan z kolegą oraz roznegliżowani turyści świętujący na całego Lany Poniedziałek :-)
 

My rozłożyliśmy się przed schroniskiem na stylowych skórzanych sofach.
 
 
Naładowaliśmy baterie. Cygan postanowił zostać, a my udaliśmy się na przełęcz Małastowską, na której znajdował się Cmentarz Wojenny nr 58. Pomodliliśmy  się za poległych i zaczęliśmy wracać do samochodu.
 

Już nie szlakiem lecz drogą asfaltową prowadzącą przez wieś Nowica.
 
 
Mijaliśmy charakterystyczne dla tego regionu krzyże, kapliczki, cerkwie oraz lokalną atrakcję - cudowne źródełko.
 

Madzia ucięła sobie drzemkę, której nie był w stanie przerwać zdenerwowany pies pilnujący mijanego przez nas gospodarstwa.
 

Około kilometr od samochodu nasz zajączek obudził się i zaczął domagać się swobody. Po chwili swobody zaczął domagać się noszenia w matczynych (koniecznie w matczynych!) objęciach.
W samochodzie szybka toaleta, mleczko i zauważyliśmy, że gdzieś po drodze zgubiliśmy Madzi ulubioną pieluszkę (z metką!) o zgrozo!  Jak ona teraz zaśnie?!
Nie pozostało nam nic innego jak wrócić po swoich śladach (samochodem na szczęście) w poszukiwaniu zguby. Niedaleko punktu widokowego na środku jezdni leżała niczym szmata :-D oddaliśmy ją właścicielce i teraz dopiero mogliśmy ze spokojem wracać do domu...
 
W blasku zachodzącego słońca zobaczyliśmy jeszcze "naszego" Cygana, zapewne szukającego kolejnych zbłąkanych turystów :-)
 
 
- JUSTYNA & AREK

Poranek w Hollental przywitał nas błękitem nieba, blaskiem słońca zza gór, oraz nieciekawą temperaturą wynoszącą około 5 stopni. Śpiwor...


Poranek w Hollental przywitał nas błękitem nieba, blaskiem słońca zza gór, oraz nieciekawą temperaturą wynoszącą około 5 stopni. Śpiworek Magdy spisywał się znakomicie, nasza córeczka była cieplutka i spała w najlepsze. Śpiwór Justyny już nie był taki ciepły, wstała rano troszkę zziębnięta.


No ale cały ten poranny chłodek sprawił, że zaczęliśmy baaardzo szybko uwijać się z poranną higieną, wstawaniem i składaniem namiotu. Kolejny dzień zapowiadał się ciekawie, więc szkoda było czasu na spanie. Pole namiotowe w Kaiserbrunn też bardzo powoli budziło się do życia. Widzieliśmy ludzi śpiących pod gołym niebem, wszędzie gdzie tylko się dało - ja wiem, że góry i świeże powietrze, ale kawałek betonu obok śmietnika i ubikacji brzmi mało zachęcająco.

 
Z Kaiserbrunn ruszyliśmy w stronę Wiednia, mijając malownicze wioski rozsiane po dolinach między Raxą i Shneebergiem. Kierowaliśmy się w stronę parku krajobrazowego Hohe Wand. Jest to miejsce, które znalazłem kiedyś w internetach, szukając ferrat znajdujących się w miarę blisko Polski.


"Wysoka Ściana" jest jednocześnie bardzo popularnym miejscem na rodzinny wypoczynek, gdyż sam park ma mnóstwo atrakcji dla dzieci, miłośników wspinaczki, paralotniarstwa czy zwykłych wędrówek po górach. Na górę prowadzi kilka dróg wspinaczkowych i parę szlaków turystycznych, jednak z powodu ograniczeń czasowych wybieramy wariant samochodowy - wjechaliśmy na pierwszy parking na górze, płatną drogą (chyba cztery jurki za wjazd były). Stamtąd ruszyliśmy w stronę słynnego Skywalk, punktu widokowego w postaci balkonu zawieszonego nad przepaścią.

 
Pogoda dopisywała i ludzi na szlakach przybywało, a nam zaczynało powoli burczeć w brzuchach. Remedium na ten stan okazały się kiełbaski wiedeńskie podawane w pobliskim Gasthausie, gdzie spędziliśmy kilka miłych chwil posilając się śniadaniem przy gorącej herbacie.


Gasthaus opuściliśmy mając już obrany jako taki kolejny cel tego dnia, którym był Wiedeń.
Oczywiście ciężko było się zdecydować na jedno miejsce które chcieliśmy zwiedzić w mieście, w którym mieszka ponad 1,7 milona ludzi, ale po dłuższej naradzie ustaliliśmy, że jedziemy zobaczyć Prater, wesołe miasteczko obok parku Weiner Prater.


Sam Wiedeń, no cóż, nie urwał nam siedzeń. Park i owszem, okazały, karuzel i budek z różnego rodzaju atrakcjami całe mnóstwo, ale ludzi wszędzie pełno, gwar, hałas i wrzask towarzyszyły nam na terenie całego wesołego miasteczka. Chwilę wytchnienia, której Magda potrzebowała na drzemkę, znaleźliśmy w parku znajdującym się za tym kolorowym kompleksem. Tam też całe tłumy ludzi jeździły rolkach, rowerach, biegały, widać było że jest to zielony zakątek w którym wiedeńczycy lubią wypoczywać.


Jako że gwar miasta zaczynał nam doskwierać i po raz kolejny przypominać, że nie nadajemy się do życia w miejskiej dżungli, kupiliśmy po jednym Langoszu czosnkowym, żeby zapchać brzuchy na dalszą podróż, wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę.

 
Gdzieś między wierszami przeczytaliśmy też w internetach że właśnie owego dnia Węgry i Czechy przywróciły kontrole na granicach w związku z właśnie zaczynającym się boomem migracyjnym, co wpłynęło ostatecznie na naszą decyzję do którego kraju się będziemy kierować.
Kierując się na Bratysławę zastanawialiśmy się co tam tak naprawdę chcemy zobaczyć i czy mamy ochotę na kolejną zakorkowaną europejską stolicę tego dnia. Odpowiedź na to pytanie pewnie was nie zaskoczy, więc zaczęliśmy szukać na mapie ciekawego miejsca w pobliżu stolicy Słowacji, które warto by było odwiedzić. Tym miejscem okazało się pogranicze Węgiersko-Słowackie, a dokładniej mówiąc rozlewisko Dunaju na granicy tych dwóch państw. To już była wycieczka stricte samochodowa, dojechaliśmy do granicznego Cunova gdzie odbiliśmy w kierunku rzeki i jechaliśmy wzdłuż wałów przeciwpowodziowych. Na wałach widzieliśmy spacerujących i kręcących na rowerach ludzi, faktycznie było to miejsce wyśmienicie do tego się nadające, z dala od miejskiego zgiełku. Dotarliśmy do miejscowości Vojka nad Dunajcom, gdzie przepłynęliśmy dużym promem na drugą stronę rzeki, co też było swojego rodzaju atrakcją. Dzień się kończył, więc powoli zaczynaliśmy się rozglądać za noclegiem. No ale jako że jeszcze tego dnia byliśmy stosunkowo wymagający wobec warunków noclegowych (w zasadzie chcieliśmy tylko zjeść i spać w jednym miejscu), to odpuściliśmy kilka mijanych noclegowni i kierowaliśmy się dalej na północny wschód, pokonując kolejne kilometry lokalnych szos biegnących przez doliny Wagu i Nitry. Nasza wybredność stopniowo zmieniła się w rozpacz i desperację gdy było już ciemno, Magda wykończona zasnęła w samochodzie a kolejne punkty noclegowe które były rozrzucone co kilkadzieścia kilometrów od siebie były nieczynne. Szczególnie utkwił nam w pamięci ten który znajdował się na absolutnym zadupiu na końcu polnej drogi. W czarnej nocy pośród pól, obok budynku, w którym miał się znajdować penzion, do którego prowadziły nas drogowskazy, paliła jedna latarnia. Magda i Justyna zostały w samochodzie, a ja zacząłem szukać czegoś co by przypominało wejście lub recepcję. Po kilku chwilach spędzonych na dobijaniu się do drzwi odpuściłem i wróciłem do samochodu, ku uciesze Justyny. Gdy ruszaliśmy w dalszą drogę w jednym z okien zapaliło się słabe światło, co tylko podkręciło narastającą atmosferę niczym z filmu grozy. Justyna wydała komendę "gaz do dechy, spie$%&*amy stąd", tak więc zrobiliśmy i dalej szukaliśmy noclegu jadąc gdzieś na wschód.
Miejscem gdzie wreszcie udało się nam zatrzymać okazała się Radava. Po paru próbach trafiliśmy wreszcie na noclegownię o nazwie "Apartmany Anna", gdzie po raz kolejny przekonaliśmy się że Słowacy są narodem bardzo gościnnym. Za 10 jurków za twarz dostaliśmy bardzo fajne mieszkanko, Madzię ułożyliśmy do snu w sypialni, a wielce rozmowny właściciel udostępnił nam kranik ze Złotym Bażantem w ilości nieograniczonej, licząc jedynie 1 euro za kufel. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, jak to jest że Polacy i Słowacy mogą swobodnie rozmawiać w dwóch różnych językach i tak dobrze się rozumieć... To pewnie przez tego Bażanta :)
 Na kolację resztki prowiantu z chlebem który dostaliśmy całkiem za frajer od naszych przemiłych gospodarzy, na deser włoskie winogrona. Prysznic i ciepłe łóżka których nam brakowało już po ostatniej nocy w Hollental. Jest wypas, jest też happy end bardzo długiego i męczącego dnia.

-AREK

Dziś z okazji otwarcia DTŚ była możliwość przejechania się nią na rowerze. Wzięliśmy oczywiście udział w tym wydarzeniu ;) Wyjazd zaplan...


Dziś z okazji otwarcia DTŚ była możliwość przejechania się nią na rowerze. Wzięliśmy oczywiście udział w tym wydarzeniu ;)
Wyjazd zaplanowany był z Knurowa o 8:45 większą grupą rowerzystów. Nie spodziewaliśmy się, że będzie nas taka fajna grupka, a raczej mały peletonik :)
Droga minęła bardzo przyjemnie i szybko, a na miejscu czekał już spory tłum rowerzystów.
Organizatorzy podzielili wszystkich na sektory, które kolejno wypuszczali na DTŚkę.
Czekając w naszym wesołym towarzystwie na start niespodziewanie dołączyli do nas wujek i ciocia, których serdecznie pozdrawiamy :)
Magda o dziwo smacznie spała i nie przeszkadzał jej nawet dźwięk rowerowych dzwonków,który unosił się w tunelu. Zaraz za startem szybka nawrotka i kręciliśmy w stronę Zabrza. W planach mięliśmy nagrać cały przejazd ale po kilku kilometrach Arek zorientował się, że karta pamięci jest pełna! (Nieeeeee!!!) Zatrzymaliśmy się więc i Arek usunął kilka starych filmików (dwie sieroty nie zrobiliśmy tego dzień wcześniej - bo po co!? wrrr).
Magda się obudziła, ale do końca drogi, którą już nagrywaliśmy ;) z zainteresowaniem obserwowała pozostałych rowerzystów.
Przy mecie zostaliśmy obdarowani bidonami z logo Gliwic, później przerwa na jedzonko naszej małej kamerzystki, pamiątkowe zdjęcia ze znajomymi i ruszyliśmy do domu.

Na stravie zobaczyłam że mam QOMA na DTŚ! Jedyny, którego nikt mi nie zabierze :D
Dziękujemy wszystkim, którzy z nami jechali oraz tym, którzy do nas dołączyli na miejscu - do zobaczenia na szosie! :)

- JUSTYNA

Uwielbiam góry Opawskie. Pisałem już o tym? Uwielbiam je. Głownie dlatego że są blisko, w sensie do 100km, czyli dystansie, który wystar...


Uwielbiam góry Opawskie. Pisałem już o tym? Uwielbiam je. Głownie dlatego że są blisko, w sensie do 100km, czyli dystansie, który wystarczy Magdzie na drzemkę, gdy jedziemy gdzieś w góry. No i kochane Czechy też są blisko, a to zawsze jest plus.
Wybraliśmy się w te okolice z zamiarem sprawdzenia jak się robi podjazdy z dzieciakiem w przyczepce ciągnącej cię w dół. Wystartowaliśmy z parkingu niedaleko Klasztora Franciszkanów, który już wcześniej odwiedzaliśmy gdy Magda jeszcze siedziała w brzuszku Justyny. Krótki zjazd i kierunek zachód, kierowaliśmy się dalej na Dębowiec. Pogoda się robiła coraz lepsza, pomimo porannych przymrozków jechało się całkiem znośnie. Następnym przystankiem było owiane legendą zaginione miasto Rosenau, a w zasadzie to kompleks wypoczynkowy w Pokrzywnej, w którym znajduje się największy w Europie zamek dmuchany. Z samą legendą dotyczącą miasta Rosenau zachęcam do zapoznania się czy to za pomocą internetów, czy też poprzez wizytę w tym kompleksie. W każdym razie pan na wejściu zarządał po 12 złotych za twarz za zobaczenie zamku i nieczynnych basenów z bliska. Z całą powagą odpowiedziałem, że musimy to przemyśleć z żoną, po czym ruszyliśmy dalej w stronę Złotych Gór.
Przemknęliśmy żwawo przez Jarnołtówek i Złote Góry, a raczej Zlate Hory, już po stronie czeskiej. No tak, jesteśmy już na Zlatohorskiej Vrchovinie, trzeba szanować lokalny język i nazwy. Tak więc kierujemy się na podjazd na Petrovy Boudy, przełęcz pod Biskupią kopą na wysokości 706 m n.p.m. która w tym wariancie jest podjazdem kategorii 2 lub 3, zależy komu wierzyć, Altimetrowi czy Stravie. Wspominam ten podjazd dość miło, chociaż fakt faktem, musiałem się na nim nieźle napracować gdy pokonywaliśmy kolejne metry.

Na samej przełęczy zatrzymaliśmy się na szybkie foto, których swoją drogą tak mało mieliśmy z tego dnia, i nie tracąc dalej czasu ruszyliśmy w dół do Petrovic. Zjazd był świetny, trochę agrafek i potem dłuuga prosta, razem z Magdą w pewnym momencie lecieliśmy ponad 60 km/h :) Asfalcik był super, jak to ostatnio u Czechów często bywa, więc dalej śmiało galopowaliśmy na naszych aluminiowych rumakach w stronę Janova. Tutaj obowiązkowe piwko Nealko pod sklepem aby uzupełnić płyny, i czas na kolejny podjazd, wzgórze Święgo Rocha, przez które prowadziła nitka nowego asfaltu prowadząca do Polski. Z podjazdu roztaczają się piękne widoki na całą okolicę, niestety czas nas gonił i nie zrobiliśmy ani jednej fotki, więc na osłodę tego nudnego posta bez żadnych zdjęć wrzucam tutaj link do panoramy z podjazdu:

https://goo.gl/maps/EZw3As7nzvR2


Po kolejnej hopce i dwóch zakrętach byliśmy spowrotem na drodze którą jechaliśmy wcześniej. Teraz było z górki, wiatr wiał w plecy, więc prując 40km/h wracamy do Prudnika, ostatni mały podjazd pod Klasztor obok jednej z wielu wież w Górach Opawskich i pierwsze kręcenie z Magdą po górach możemy uznać za odhaczone :)

- AREK

Etap drugi naszego Eurotripu to w wielkim skrócie jeden ogromny spontan. W wieeeelkim skrócie. Działo się dużo, szybko i było PIĘKNIE. Ws...


Etap drugi naszego Eurotripu to w wielkim skrócie jeden ogromny spontan. W wieeeelkim skrócie. Działo się dużo, szybko i było PIĘKNIE. Wszędzie. Ale po kolei.

Plan pierwszy zakładał że zahaczymy o Włochy w drodze powrotnej, dokładniej mówiąc o Triest. Spakowani ruszliśmy rano i w promieniach wschodzącego słońca i błękitnego nieba żegnaliśmy się z Chorwacją. Minęliśmy bokiem Rijekę, kierując się na przejście graniczne na E61 w okolicach Słoweńskiej wsi Starod. Tereny zrobiły się bardziej górzyste, powoli toczyliśmy się w stronę włoskiej granicy mijając spokojnie Słowenię. Do Italii wpadamy w Pesek di Grozzana i szczerze wam powiem, gdy naszym oczom ukazał się Triest razem z jego stoczniami, kominami itp. to dupy nam nie urwało, że się tak wyrażę. Zerknąłem na mapę metropolii i stwierdziłem że szkoda dnia na kluczenie po dużych miastach i szukanie atrakcji - wspominałem że plan pierwszy był planem opracowanym rano przy śniadaniu? Bez żadnego przewodnika pod ręką Triest wydawał się trochę za duży, więc ruszyliśmy dalej w drogę autostradą. Następne miasto po drodze to Monfalcone, którego nazwa z wiadomych powodów kojażyła mi się z sokołami i jakimś gangsterem z Batmana, dlatego postanowiłem że zatrzymamy się tutaj.

Zjechaliśmy z autostrady i tutaj dopiero zaczęły się Włochy przez duże W! Och te auta! Fiaty Seicento, Cinquecento, Alfy i Lancie, nawet parę maluchów było! Och jak ci włosi fatalnie nimi jeżdżą! Jak pięknie na siebie trąbią i krzyczą przez otwarte szyby! A te rowery?! Oczywiście dominowały Wiliery z racji bliskości Triestu, ale tak pięknych Cinelli, Bianchi, Colnago i innych nie widziałem nigdzie na świecie. Odnosiłem wrażenie że włosi mają droższe rowery niż samochody. Udało się nam trafić na mały parking osiedlowy gdzieś w okolicach centrum. Zakładaliśmy spacer na tutejszy rynek, szybką kawę i pizzę, wszak być w Italii i nie wypić caffe macchiatto czy nie skosztować tutejszych smakołyków to ciężka zbrodnia.
Pierwszy szok to ilość kawiarni. Jest porażająca. Mamy 10 rano w sobotę więc włosi piją kawę w kawiarniach. Najwyraźniej wszyscy, nikt jej w domu chyba nie pije. Co drugi lokal to kawiarnia. W końcu znajdujemy taką w której jest miejsce, siadamy i zamawiamy Macchiato. Cena? Jeden Jurek. Tak jest, prawdziwa pyszna włoska kawa z ekspresu w eleganckiej restauracji z ciasteczkiem z włoską flagą i herbem tutejszej prowincji, do tego szklaneczka wody do popicia kosztują razem cały jeden euro. Pomyślcie o tym następnym razem płacąc kilka złotych za kawę z automatu Nestle. Zresztą kawa nie może tu być droga, dla włochów jest chyba bardziej niezbędna do przetrwania niż chleb. Szok drugi to ilość rowerów w tym mieśnie. To naprawdę inny świat jeśli chodzi o rowery. I nie chodzi mi o to że tu mają drogi rowerowe, infrastrukturę itp. Nic z tych rzeczy, Monfalcone jest ciasne, dość zakorkowane o tej porze, a ludzi na rowerach i samych rowerów przy stojakach są setki.
 

 Teraz zauważam że niektóre z nich wyglądają jakby miały 100 lat, prawdziwe złomy na dwóch kółkach. Nic to, ważne że da się na nich jeździć, więc włosi jeźdżą. Kawiarnie są pełne starszych panów w przyciemnianych okularach, głośno komplementujących (a może krytykujących) swoje żony, tudzież kochanki. Włosi są głośni i bardzo ekspresyjni, mówią całym ciałem, nie tylko ustami.
Po kawie krótki spacer po rynku, na którym miała miejsce jakaś demonstracja. Z tego powodu oprócz zwykłych ludzi znajdowało się tam dość sporo włoskich Carabinieri. No co tu gadać, oni też są piękni! Te mundury, ludzie, przecież przy nich polscy generałowie wyglądają słabo! Na rynku pełno też różnych straganów na których można było kupić dosłownie wszystko.

Justyna do dzisiaj żałuje że nie kupiła żadnej ładnej filiżanki na pamiątkę tej wizyty. Pokręciliśmy się jeszcze trochę i w końcu trafiliśmy do pizzeri, gdzie Magda spróbowała swojej pierwszej prawdziwej włoskiej Prosciutto, prosto z kamiennego pieca.

Pychota! W całym tym zachwycie Włochami zapomnieliśmy że jeszcze długa droga dzisiaj przed nami, więc po obiadku szybko zebraliśmy się i ruszyliśmy do auta. Po drodze mijaliśmy domki i bloki w których włosi sobie mieszkają - ot to prawie takie jak u nas, w końcu Monfalcone ma niewiele więcej mieszkańców niż Knurów. Tylko że w ogródkach przed domami rosną banany, pomarańcze, palmy i kaktusy. Taka subtelna różnica.
 Ruszyliśmy z Monfalcone ponownie w stronę Słowenii, mijając bokiem Udine jechalismy poprzez cudówną pagórkowatą krainę, pełną dojrzałych już winorośli. Ilość pól pełnych winogron była ogromna. Więc co, co ja wam będę tu pisał. Mógłbym napisać że zatrzymał nas sympatyczny Luigi który obdarował nas koszem winogoron bo w życiu piękniejszego dziecka niż Magda nie widział. No ale tak nie było. Zatrzymaliśmy się w szczerym polu na zupełnym odludziu najzwyczajniej za potrzebą, no i napakowaliśmy pełną lodówkę turystyczną winogron :)

Zaopatrzeni w prowiant na dalszą podróż ruszyliśmy w stronę Alp Julijskich, następnego punktu do zaliczenia tego dnia. Naprawdę ciężko mi opisać jak tam jest pięknie. Zbliżając się do granicy ze Słowenią góry stają się wyższe, podjazdy coraz bardziej strome, jednak asfalt jest cały czas bez skazy. Zazdroszczę każdemu kolarzowi którego mijamy. Ajj, trenować w takim miejscu codziennie...

Mijając pomniejsze miejscowości już po stronie słoweńskiej docieramy do miejsca z którego widać pierwsze ośnieżone szczyty Alpejskich Olbrzymów. Razem z Justyną zbieramy szczęki z ziemi i jedziemy dalej. Po drodze zatrzymujemy się aby cyknąć parę fotek rzeki Soczy, której kolor poprostu zwala z nóg.

Ciśniemy dalej, na przełęcz pod Triglavem. Podjazd jest długi i piękny, pełen niekończących się serpentyn po których miejscami stach było jechać. Na samej przełęczy zatrzymjemy się na chwilę aby odpocząć i zrobić parę zdjęć. Bez dwóch zdań, tu trzeba wrócić. Najlepiej na rowerze.

Jako że czas nas gonił ruszyliśmy w dalszą drogę do Austrii, a plan był dość ambitny bo chcieliśmy przenocować w Hollental, Piekielnej Dolinie położonej między masywami Raxy i Shneebergu, na ulubionym (bo całkowicie darmowym) base campie naszych rodaków i sąsiadów z południa. Po kilku godzinach jazdy pośród pięknych gór południowej Austrii, w godzinach późnowieczornych docieramy na pole namiotowe. Nasza mała Magda dzielnie zniosła ten cięzki dzień, tyle godzin w aucie bardzo nas wymęczyło, w efekcie czego córa zasnęła nam około ósmej wieczorem, jakieś 100km od celu podróży. W Hollental przywitały nas ciemności i niebo pełne gwiazd. Na miejscu oczywiście okazało się że miejsca nie ma, pole było wypełnione po brzegi namiotami ludzi gór, a pobocza drogi pękały w szwach od nadmiaru samochodów. Udało się naszczęście znaleść kawałek pobocza, do pary z kawałkiem trawki na której rozłożyliśmy nasz namiocik. Szybka akcja z Magdą, przebraliśmy ją i wrzuciliśmy do jej śpiworka w którym smacznie przespała całą noc. A co to była za noc! Rozmowy innych obozowiczów nie przeszkadzały nam zupełnie, skutecznie tłumił je pobliski potok. Na polu znajduje się sanitariat w całkiem przyzwoitym stanie, doliczając do tego dostęp do czystej wody z potoku oraz fakt że kosztuje to wszystko całe zero złotych - otrzymujemy idealne miejsce na nocleg w Alpach. Kolacja po pańsku, ma się rozumieć. Chociaż jak teraz ją wspominam to chyba trochę przegięliśmy: przygotowanego dzień wcześniej kurczaka z makaronem w sosie podgrzaliśmy na kuchence polowej i wsuwaliśmy pijąc węgierskie wino (kupione w chorwackim Lidlu), na deser zajadając się włoskimi winogronami. Wpatrując się w gwiazdy planowaliśmy kolejny dzień podróży.
- AREK

Nie pamiętam od jak dawna marzyłam o Chorwacji. Ale nie przypuszczałabym, że na taką podróż wybierzemy się na nasze pierwsze rodzinne...



Nie pamiętam od jak dawna marzyłam o Chorwacji. Ale nie przypuszczałabym, że na taką podróż wybierzemy się na nasze pierwsze rodzinne wakacje. A Chorwacja to był początek naszego Eurotripu. O pakowaniu, planowaniu trasy oraz samej podróży będzie osobny post bo jest tego wszytskiego zwyczajnie za dużo jak na jednorazową dawkę informacji ;)
Ledwo dotarliśmy do naszego apartamentu, rzuciliśmy torby i nie mogąc się dłużej powstrzymać poszliśmy na plaże wykąpać się w Adriatyku. A ja myślałam że Bałtyk jest słony! Kiedy wyszliśmy z wody, słońce bardzo szybko nas wysuszyło i na skórze została sól, wtedy zrozumieliśmy skąd tyle natrysków przy plaży.


Na Chorwacji spędziliśmy tydzień a dni upływały nam podobnie. Rano Arek wyskakiwał pokręcić na tutejszych zjazdach i podjazdach, przyjeżdżał na śniadanie, potem zabierał Madzię na spacer, na którym zazwyczaj ucinała sobie drzemkę a ja wychodziłam pobiegać na słonecznej promenadzie.


Potem obiad na naszym tarasie i wspólne popołudnia, czyli nurkowanie w Adriatyku (nie wiem czy kiedyś by mi się to znudziło) lub niedługie wycieczki.
Na pierwszą wybraliśmy się na wyspę Krk i oczywiście postanowiliśmy wejść na jej najwyższy szczyt - Obzovą (569 m.n.p.m.). Szlak na początku był asfaltową drogą wijącą się przez las sosnowy, następnie przekształcił się w ubitą kamienistą dróżkę pośród kosodrzewiny i murków zbudowanych z tamtejszych białych kamieni. Nagle ni stąd ni z owąd pojawiły się owce. Pokaźne stada czmychały kiedy tylko zbyt blisko podchodziliśmy, na kamienistych zboczach Obzovej żwawo skacząc że skały na skałę poszukiwały jedzenia wśród iglaków i jeżyn. Goniąc tak te owce i starając się nagrać jakiś filmik z ich udziałem zgubiliśmy szlak. Oczywiste było że mamy iść w górę więc długo nie myśląc, zaczęliśmy się wspinać po zboczu usłanym kamieniami. Odgłos spadających kamieni przypominał tłuczenie szkła. W końcu naszym oczom ukazał się obelisk szczytu z prostym rysunkiem kota i napisem "Hello" :D



Wiało niemiłosiernie, Magda była ubrana dość grubo, ale ten wiatr naprawdę znacznie obniżał temperaturę odczuwalną. Szybkie foto na szczycie i zaczęliśmy schodzić widocznym już szlakiem.
Kolejnym miejscem które polecił nam kolega Arka była Zavratnica, słusznie uznawana za jedną z najpiękniejszych zatoczek na Chorwacji. Otoczona wysokimi skałami, główną jej atrakcją jest wrak niemieckiej barki transportowej zatopionej tam podczas drugiej wojny światowej. Wrak można zwiedzać mając podstawowy sprzęt do snorkelingu czyli maskę i rurkę za którą będę dozgonnie wdzięczna koledze Arka :)



Ciężko było mi wychodzić z wody. Pływając wokół wraku co chwilę natykało się na ławce małych rybek a przy dnie wędrowały żyjątka, których nigdy wcześniej nie widziałam. Niesamowite wrażenie.
Na końcówkę naszego pobytu wybraliśmy się do pobliskiego Parku Narodowego Risnjak. Swoją nazwę zawdzięcza obecności w nim rysia białego, niestety nie udało nam się go spotkać ;) Arek sprawdził szlak, znalazł leśny parking i wyruszyliśmy. Jadąc tak coraz głębiej w las droga zaczęła robić się leśna... wijąca w górę i wąska, o zawróceniu nie było mowy wiec z przerażeniem w oczach jechaliśmy dalej.


W końcu naszym oczom ukazał się leśny parking. Zaparkowaliśmy i ruszyliśmy w drogę. Szlak okazał się krótki, kiedy tylko wyszliśmy z lasu naszym oczom ukazał się Risnjak! Biały wapienny szczyt na tle zieleni zachwycał. Robił ogromne wrażenie i patrząc na niego już chciałam tam być! Pod szczytem, na który nie prowadzi żaden sensownie oznaczony szlak, było schronisko. W każdym razie odpoczynek był krótki, zrobiliśmy kilka fotek i wracaliśmy do auta, gdyż aura zmieniała się na gorsze.


Następnego dnia czekało nas pakowanie i droga do domu, która jak się później okazało trwała kilka dni, wypełnionych przygodami. Pożegnaliśmy piękną Chorwację i ruszyliśmy na północ...




- JUSTYNA


Tego dnia nie mogliśmy się zdecydować czy iść do Chatki Puchatka, którą odwiedziliśmy we wrześniu zeszłego roku, czy na Rawki....






Tego dnia nie mogliśmy się zdecydować czy iść do Chatki Puchatka, którą odwiedziliśmy we wrześniu zeszłego roku, czy na Rawki. Jadąc autem i obserwując niebo wybraliśmy Chatkę, bo nie była skąpana w chmurach, przez co malowała się szansa na jakieś ładne widoki na szczycie.
Wędrówkę zaczynaliśmy z Przełęczy Wyżnej, a według znaku na Połoninę Wetlińską była 1 godzina i 15 minut dreptania. Tym szlakiem szliśmy po raz pierwszy i mimo dość dużej ilości śniegu i lodu początkowo nie było wcale ciężko, bo ścieżka była ładnie udeptana. Wraz z wysokością robiło się jednak coraz bardziej ślisko. Magda na początku troszkę marudziła, więc uciszyłam ją słodkim rogalikiem i reszta drogi minęła już spokojnie.



Dopóki nie wyszliśmy z lasu i naszym oczom ukazały się połoniny. Magda zaczęła znów marudzić i domagać się jedzenia i picia, więc na widok tłumów ludzi zmierzających w tym samym kierunku co my przyspieszyliśmy kroku. Ostatnie metry pokonywaliśmy już truchcikiem, wiatr wiał lekko w plecy więc było łatwiej. Zimą nie spodziewaliśmy się aż tylu turystów.
W Chatce jak jest wie ten kto tam był :-) według rankingu schronisk, jest to najgorsze schronisko PTTK w Polsce :-)
Napis przy barze głosił: "Napoje podajemy schłodzone z piwnicy, nie ma wody i prądu o lodówkę nie pytać" nie jest to bynajmniej awaria, bo napis ten wisi od lat, ale właśnie w tym tkwi urok tego miejsca. Warunki są iście spartańskie, a my mimo wszystko mamy stąd same pozytywne wspomnienia. I będziemy tu wracać dopóki starczy nam sił :-)

W schronisku naładowaliśmy baterie (te nasze moralne rzecz jasna, bo przecież w Chatce nie ma prądu :D ) i ruszyliśmy w drogę powrotną.


Wiatr się zerwał trochę silniejszy a Arek połowę dystansu do linii lasu pokonywał tyłem żeby nie wiało w Madzię. Był płacz i łzy ale jak tylko schowaliśmy się między drzewami Magda się uspokoiła i niedługo potem zasnęła.


Zaczął padać śnieg a im niżej schodziliśmy tym robiło się ciemniej.


Nastroje mimo psującej się aury mieliśmy doskonałe i na zakończenie wycieczki udaliśmy się do Oberży Biesisko aby uzupełnić kalorie :) tak swoją drogą to też miejsce godne polecenia ;)

-JUSTYNA
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts