Etap drugi naszego Eurotripu to w wielkim skrócie jeden ogromny spontan. W wieeeelkim skrócie. Działo się dużo, szybko i było PIĘKNIE. Ws...

EUROTRIP 2015 - powrót, dzień pierwszy.


Etap drugi naszego Eurotripu to w wielkim skrócie jeden ogromny spontan. W wieeeelkim skrócie. Działo się dużo, szybko i było PIĘKNIE. Wszędzie. Ale po kolei.

Plan pierwszy zakładał że zahaczymy o Włochy w drodze powrotnej, dokładniej mówiąc o Triest. Spakowani ruszliśmy rano i w promieniach wschodzącego słońca i błękitnego nieba żegnaliśmy się z Chorwacją. Minęliśmy bokiem Rijekę, kierując się na przejście graniczne na E61 w okolicach Słoweńskiej wsi Starod. Tereny zrobiły się bardziej górzyste, powoli toczyliśmy się w stronę włoskiej granicy mijając spokojnie Słowenię. Do Italii wpadamy w Pesek di Grozzana i szczerze wam powiem, gdy naszym oczom ukazał się Triest razem z jego stoczniami, kominami itp. to dupy nam nie urwało, że się tak wyrażę. Zerknąłem na mapę metropolii i stwierdziłem że szkoda dnia na kluczenie po dużych miastach i szukanie atrakcji - wspominałem że plan pierwszy był planem opracowanym rano przy śniadaniu? Bez żadnego przewodnika pod ręką Triest wydawał się trochę za duży, więc ruszyliśmy dalej w drogę autostradą. Następne miasto po drodze to Monfalcone, którego nazwa z wiadomych powodów kojażyła mi się z sokołami i jakimś gangsterem z Batmana, dlatego postanowiłem że zatrzymamy się tutaj.

Zjechaliśmy z autostrady i tutaj dopiero zaczęły się Włochy przez duże W! Och te auta! Fiaty Seicento, Cinquecento, Alfy i Lancie, nawet parę maluchów było! Och jak ci włosi fatalnie nimi jeżdżą! Jak pięknie na siebie trąbią i krzyczą przez otwarte szyby! A te rowery?! Oczywiście dominowały Wiliery z racji bliskości Triestu, ale tak pięknych Cinelli, Bianchi, Colnago i innych nie widziałem nigdzie na świecie. Odnosiłem wrażenie że włosi mają droższe rowery niż samochody. Udało się nam trafić na mały parking osiedlowy gdzieś w okolicach centrum. Zakładaliśmy spacer na tutejszy rynek, szybką kawę i pizzę, wszak być w Italii i nie wypić caffe macchiatto czy nie skosztować tutejszych smakołyków to ciężka zbrodnia.
Pierwszy szok to ilość kawiarni. Jest porażająca. Mamy 10 rano w sobotę więc włosi piją kawę w kawiarniach. Najwyraźniej wszyscy, nikt jej w domu chyba nie pije. Co drugi lokal to kawiarnia. W końcu znajdujemy taką w której jest miejsce, siadamy i zamawiamy Macchiato. Cena? Jeden Jurek. Tak jest, prawdziwa pyszna włoska kawa z ekspresu w eleganckiej restauracji z ciasteczkiem z włoską flagą i herbem tutejszej prowincji, do tego szklaneczka wody do popicia kosztują razem cały jeden euro. Pomyślcie o tym następnym razem płacąc kilka złotych za kawę z automatu Nestle. Zresztą kawa nie może tu być droga, dla włochów jest chyba bardziej niezbędna do przetrwania niż chleb. Szok drugi to ilość rowerów w tym mieśnie. To naprawdę inny świat jeśli chodzi o rowery. I nie chodzi mi o to że tu mają drogi rowerowe, infrastrukturę itp. Nic z tych rzeczy, Monfalcone jest ciasne, dość zakorkowane o tej porze, a ludzi na rowerach i samych rowerów przy stojakach są setki.
 

 Teraz zauważam że niektóre z nich wyglądają jakby miały 100 lat, prawdziwe złomy na dwóch kółkach. Nic to, ważne że da się na nich jeździć, więc włosi jeźdżą. Kawiarnie są pełne starszych panów w przyciemnianych okularach, głośno komplementujących (a może krytykujących) swoje żony, tudzież kochanki. Włosi są głośni i bardzo ekspresyjni, mówią całym ciałem, nie tylko ustami.
Po kawie krótki spacer po rynku, na którym miała miejsce jakaś demonstracja. Z tego powodu oprócz zwykłych ludzi znajdowało się tam dość sporo włoskich Carabinieri. No co tu gadać, oni też są piękni! Te mundury, ludzie, przecież przy nich polscy generałowie wyglądają słabo! Na rynku pełno też różnych straganów na których można było kupić dosłownie wszystko.

Justyna do dzisiaj żałuje że nie kupiła żadnej ładnej filiżanki na pamiątkę tej wizyty. Pokręciliśmy się jeszcze trochę i w końcu trafiliśmy do pizzeri, gdzie Magda spróbowała swojej pierwszej prawdziwej włoskiej Prosciutto, prosto z kamiennego pieca.

Pychota! W całym tym zachwycie Włochami zapomnieliśmy że jeszcze długa droga dzisiaj przed nami, więc po obiadku szybko zebraliśmy się i ruszyliśmy do auta. Po drodze mijaliśmy domki i bloki w których włosi sobie mieszkają - ot to prawie takie jak u nas, w końcu Monfalcone ma niewiele więcej mieszkańców niż Knurów. Tylko że w ogródkach przed domami rosną banany, pomarańcze, palmy i kaktusy. Taka subtelna różnica.
 Ruszyliśmy z Monfalcone ponownie w stronę Słowenii, mijając bokiem Udine jechalismy poprzez cudówną pagórkowatą krainę, pełną dojrzałych już winorośli. Ilość pól pełnych winogron była ogromna. Więc co, co ja wam będę tu pisał. Mógłbym napisać że zatrzymał nas sympatyczny Luigi który obdarował nas koszem winogoron bo w życiu piękniejszego dziecka niż Magda nie widział. No ale tak nie było. Zatrzymaliśmy się w szczerym polu na zupełnym odludziu najzwyczajniej za potrzebą, no i napakowaliśmy pełną lodówkę turystyczną winogron :)

Zaopatrzeni w prowiant na dalszą podróż ruszyliśmy w stronę Alp Julijskich, następnego punktu do zaliczenia tego dnia. Naprawdę ciężko mi opisać jak tam jest pięknie. Zbliżając się do granicy ze Słowenią góry stają się wyższe, podjazdy coraz bardziej strome, jednak asfalt jest cały czas bez skazy. Zazdroszczę każdemu kolarzowi którego mijamy. Ajj, trenować w takim miejscu codziennie...

Mijając pomniejsze miejscowości już po stronie słoweńskiej docieramy do miejsca z którego widać pierwsze ośnieżone szczyty Alpejskich Olbrzymów. Razem z Justyną zbieramy szczęki z ziemi i jedziemy dalej. Po drodze zatrzymujemy się aby cyknąć parę fotek rzeki Soczy, której kolor poprostu zwala z nóg.

Ciśniemy dalej, na przełęcz pod Triglavem. Podjazd jest długi i piękny, pełen niekończących się serpentyn po których miejscami stach było jechać. Na samej przełęczy zatrzymjemy się na chwilę aby odpocząć i zrobić parę zdjęć. Bez dwóch zdań, tu trzeba wrócić. Najlepiej na rowerze.

Jako że czas nas gonił ruszyliśmy w dalszą drogę do Austrii, a plan był dość ambitny bo chcieliśmy przenocować w Hollental, Piekielnej Dolinie położonej między masywami Raxy i Shneebergu, na ulubionym (bo całkowicie darmowym) base campie naszych rodaków i sąsiadów z południa. Po kilku godzinach jazdy pośród pięknych gór południowej Austrii, w godzinach późnowieczornych docieramy na pole namiotowe. Nasza mała Magda dzielnie zniosła ten cięzki dzień, tyle godzin w aucie bardzo nas wymęczyło, w efekcie czego córa zasnęła nam około ósmej wieczorem, jakieś 100km od celu podróży. W Hollental przywitały nas ciemności i niebo pełne gwiazd. Na miejscu oczywiście okazało się że miejsca nie ma, pole było wypełnione po brzegi namiotami ludzi gór, a pobocza drogi pękały w szwach od nadmiaru samochodów. Udało się naszczęście znaleść kawałek pobocza, do pary z kawałkiem trawki na której rozłożyliśmy nasz namiocik. Szybka akcja z Magdą, przebraliśmy ją i wrzuciliśmy do jej śpiworka w którym smacznie przespała całą noc. A co to była za noc! Rozmowy innych obozowiczów nie przeszkadzały nam zupełnie, skutecznie tłumił je pobliski potok. Na polu znajduje się sanitariat w całkiem przyzwoitym stanie, doliczając do tego dostęp do czystej wody z potoku oraz fakt że kosztuje to wszystko całe zero złotych - otrzymujemy idealne miejsce na nocleg w Alpach. Kolacja po pańsku, ma się rozumieć. Chociaż jak teraz ją wspominam to chyba trochę przegięliśmy: przygotowanego dzień wcześniej kurczaka z makaronem w sosie podgrzaliśmy na kuchence polowej i wsuwaliśmy pijąc węgierskie wino (kupione w chorwackim Lidlu), na deser zajadając się włoskimi winogronami. Wpatrując się w gwiazdy planowaliśmy kolejny dzień podróży.
- AREK



Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts