Poranek w Hollental przywitał nas błękitem nieba, blaskiem słońca zza gór, oraz nieciekawą temperaturą wynoszącą około 5 stopni. Śpiwor...

EUROTRIP 2015 - powrót, dzień drugi


Poranek w Hollental przywitał nas błękitem nieba, blaskiem słońca zza gór, oraz nieciekawą temperaturą wynoszącą około 5 stopni. Śpiworek Magdy spisywał się znakomicie, nasza córeczka była cieplutka i spała w najlepsze. Śpiwór Justyny już nie był taki ciepły, wstała rano troszkę zziębnięta.


No ale cały ten poranny chłodek sprawił, że zaczęliśmy baaardzo szybko uwijać się z poranną higieną, wstawaniem i składaniem namiotu. Kolejny dzień zapowiadał się ciekawie, więc szkoda było czasu na spanie. Pole namiotowe w Kaiserbrunn też bardzo powoli budziło się do życia. Widzieliśmy ludzi śpiących pod gołym niebem, wszędzie gdzie tylko się dało - ja wiem, że góry i świeże powietrze, ale kawałek betonu obok śmietnika i ubikacji brzmi mało zachęcająco.

 
Z Kaiserbrunn ruszyliśmy w stronę Wiednia, mijając malownicze wioski rozsiane po dolinach między Raxą i Shneebergiem. Kierowaliśmy się w stronę parku krajobrazowego Hohe Wand. Jest to miejsce, które znalazłem kiedyś w internetach, szukając ferrat znajdujących się w miarę blisko Polski.


"Wysoka Ściana" jest jednocześnie bardzo popularnym miejscem na rodzinny wypoczynek, gdyż sam park ma mnóstwo atrakcji dla dzieci, miłośników wspinaczki, paralotniarstwa czy zwykłych wędrówek po górach. Na górę prowadzi kilka dróg wspinaczkowych i parę szlaków turystycznych, jednak z powodu ograniczeń czasowych wybieramy wariant samochodowy - wjechaliśmy na pierwszy parking na górze, płatną drogą (chyba cztery jurki za wjazd były). Stamtąd ruszyliśmy w stronę słynnego Skywalk, punktu widokowego w postaci balkonu zawieszonego nad przepaścią.

 
Pogoda dopisywała i ludzi na szlakach przybywało, a nam zaczynało powoli burczeć w brzuchach. Remedium na ten stan okazały się kiełbaski wiedeńskie podawane w pobliskim Gasthausie, gdzie spędziliśmy kilka miłych chwil posilając się śniadaniem przy gorącej herbacie.


Gasthaus opuściliśmy mając już obrany jako taki kolejny cel tego dnia, którym był Wiedeń.
Oczywiście ciężko było się zdecydować na jedno miejsce które chcieliśmy zwiedzić w mieście, w którym mieszka ponad 1,7 milona ludzi, ale po dłuższej naradzie ustaliliśmy, że jedziemy zobaczyć Prater, wesołe miasteczko obok parku Weiner Prater.


Sam Wiedeń, no cóż, nie urwał nam siedzeń. Park i owszem, okazały, karuzel i budek z różnego rodzaju atrakcjami całe mnóstwo, ale ludzi wszędzie pełno, gwar, hałas i wrzask towarzyszyły nam na terenie całego wesołego miasteczka. Chwilę wytchnienia, której Magda potrzebowała na drzemkę, znaleźliśmy w parku znajdującym się za tym kolorowym kompleksem. Tam też całe tłumy ludzi jeździły rolkach, rowerach, biegały, widać było że jest to zielony zakątek w którym wiedeńczycy lubią wypoczywać.


Jako że gwar miasta zaczynał nam doskwierać i po raz kolejny przypominać, że nie nadajemy się do życia w miejskiej dżungli, kupiliśmy po jednym Langoszu czosnkowym, żeby zapchać brzuchy na dalszą podróż, wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę.

 
Gdzieś między wierszami przeczytaliśmy też w internetach że właśnie owego dnia Węgry i Czechy przywróciły kontrole na granicach w związku z właśnie zaczynającym się boomem migracyjnym, co wpłynęło ostatecznie na naszą decyzję do którego kraju się będziemy kierować.
Kierując się na Bratysławę zastanawialiśmy się co tam tak naprawdę chcemy zobaczyć i czy mamy ochotę na kolejną zakorkowaną europejską stolicę tego dnia. Odpowiedź na to pytanie pewnie was nie zaskoczy, więc zaczęliśmy szukać na mapie ciekawego miejsca w pobliżu stolicy Słowacji, które warto by było odwiedzić. Tym miejscem okazało się pogranicze Węgiersko-Słowackie, a dokładniej mówiąc rozlewisko Dunaju na granicy tych dwóch państw. To już była wycieczka stricte samochodowa, dojechaliśmy do granicznego Cunova gdzie odbiliśmy w kierunku rzeki i jechaliśmy wzdłuż wałów przeciwpowodziowych. Na wałach widzieliśmy spacerujących i kręcących na rowerach ludzi, faktycznie było to miejsce wyśmienicie do tego się nadające, z dala od miejskiego zgiełku. Dotarliśmy do miejscowości Vojka nad Dunajcom, gdzie przepłynęliśmy dużym promem na drugą stronę rzeki, co też było swojego rodzaju atrakcją. Dzień się kończył, więc powoli zaczynaliśmy się rozglądać za noclegiem. No ale jako że jeszcze tego dnia byliśmy stosunkowo wymagający wobec warunków noclegowych (w zasadzie chcieliśmy tylko zjeść i spać w jednym miejscu), to odpuściliśmy kilka mijanych noclegowni i kierowaliśmy się dalej na północny wschód, pokonując kolejne kilometry lokalnych szos biegnących przez doliny Wagu i Nitry. Nasza wybredność stopniowo zmieniła się w rozpacz i desperację gdy było już ciemno, Magda wykończona zasnęła w samochodzie a kolejne punkty noclegowe które były rozrzucone co kilkadzieścia kilometrów od siebie były nieczynne. Szczególnie utkwił nam w pamięci ten który znajdował się na absolutnym zadupiu na końcu polnej drogi. W czarnej nocy pośród pól, obok budynku, w którym miał się znajdować penzion, do którego prowadziły nas drogowskazy, paliła jedna latarnia. Magda i Justyna zostały w samochodzie, a ja zacząłem szukać czegoś co by przypominało wejście lub recepcję. Po kilku chwilach spędzonych na dobijaniu się do drzwi odpuściłem i wróciłem do samochodu, ku uciesze Justyny. Gdy ruszaliśmy w dalszą drogę w jednym z okien zapaliło się słabe światło, co tylko podkręciło narastającą atmosferę niczym z filmu grozy. Justyna wydała komendę "gaz do dechy, spie$%&*amy stąd", tak więc zrobiliśmy i dalej szukaliśmy noclegu jadąc gdzieś na wschód.
Miejscem gdzie wreszcie udało się nam zatrzymać okazała się Radava. Po paru próbach trafiliśmy wreszcie na noclegownię o nazwie "Apartmany Anna", gdzie po raz kolejny przekonaliśmy się że Słowacy są narodem bardzo gościnnym. Za 10 jurków za twarz dostaliśmy bardzo fajne mieszkanko, Madzię ułożyliśmy do snu w sypialni, a wielce rozmowny właściciel udostępnił nam kranik ze Złotym Bażantem w ilości nieograniczonej, licząc jedynie 1 euro za kufel. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, jak to jest że Polacy i Słowacy mogą swobodnie rozmawiać w dwóch różnych językach i tak dobrze się rozumieć... To pewnie przez tego Bażanta :)
 Na kolację resztki prowiantu z chlebem który dostaliśmy całkiem za frajer od naszych przemiłych gospodarzy, na deser włoskie winogrona. Prysznic i ciepłe łóżka których nam brakowało już po ostatniej nocy w Hollental. Jest wypas, jest też happy end bardzo długiego i męczącego dnia.

-AREK



Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts