Uwielbiam góry Opawskie. Pisałem już o tym? Uwielbiam je. Głownie dlatego że są blisko, w sensie do 100km, czyli dystansie, który wystar...

Wokół Biskupiej Kopy


Uwielbiam góry Opawskie. Pisałem już o tym? Uwielbiam je. Głownie dlatego że są blisko, w sensie do 100km, czyli dystansie, który wystarczy Magdzie na drzemkę, gdy jedziemy gdzieś w góry. No i kochane Czechy też są blisko, a to zawsze jest plus.
Wybraliśmy się w te okolice z zamiarem sprawdzenia jak się robi podjazdy z dzieciakiem w przyczepce ciągnącej cię w dół. Wystartowaliśmy z parkingu niedaleko Klasztora Franciszkanów, który już wcześniej odwiedzaliśmy gdy Magda jeszcze siedziała w brzuszku Justyny. Krótki zjazd i kierunek zachód, kierowaliśmy się dalej na Dębowiec. Pogoda się robiła coraz lepsza, pomimo porannych przymrozków jechało się całkiem znośnie. Następnym przystankiem było owiane legendą zaginione miasto Rosenau, a w zasadzie to kompleks wypoczynkowy w Pokrzywnej, w którym znajduje się największy w Europie zamek dmuchany. Z samą legendą dotyczącą miasta Rosenau zachęcam do zapoznania się czy to za pomocą internetów, czy też poprzez wizytę w tym kompleksie. W każdym razie pan na wejściu zarządał po 12 złotych za twarz za zobaczenie zamku i nieczynnych basenów z bliska. Z całą powagą odpowiedziałem, że musimy to przemyśleć z żoną, po czym ruszyliśmy dalej w stronę Złotych Gór.
Przemknęliśmy żwawo przez Jarnołtówek i Złote Góry, a raczej Zlate Hory, już po stronie czeskiej. No tak, jesteśmy już na Zlatohorskiej Vrchovinie, trzeba szanować lokalny język i nazwy. Tak więc kierujemy się na podjazd na Petrovy Boudy, przełęcz pod Biskupią kopą na wysokości 706 m n.p.m. która w tym wariancie jest podjazdem kategorii 2 lub 3, zależy komu wierzyć, Altimetrowi czy Stravie. Wspominam ten podjazd dość miło, chociaż fakt faktem, musiałem się na nim nieźle napracować gdy pokonywaliśmy kolejne metry.

Na samej przełęczy zatrzymaliśmy się na szybkie foto, których swoją drogą tak mało mieliśmy z tego dnia, i nie tracąc dalej czasu ruszyliśmy w dół do Petrovic. Zjazd był świetny, trochę agrafek i potem dłuuga prosta, razem z Magdą w pewnym momencie lecieliśmy ponad 60 km/h :) Asfalcik był super, jak to ostatnio u Czechów często bywa, więc dalej śmiało galopowaliśmy na naszych aluminiowych rumakach w stronę Janova. Tutaj obowiązkowe piwko Nealko pod sklepem aby uzupełnić płyny, i czas na kolejny podjazd, wzgórze Święgo Rocha, przez które prowadziła nitka nowego asfaltu prowadząca do Polski. Z podjazdu roztaczają się piękne widoki na całą okolicę, niestety czas nas gonił i nie zrobiliśmy ani jednej fotki, więc na osłodę tego nudnego posta bez żadnych zdjęć wrzucam tutaj link do panoramy z podjazdu:

https://goo.gl/maps/EZw3As7nzvR2


Po kolejnej hopce i dwóch zakrętach byliśmy spowrotem na drodze którą jechaliśmy wcześniej. Teraz było z górki, wiatr wiał w plecy, więc prując 40km/h wracamy do Prudnika, ostatni mały podjazd pod Klasztor obok jednej z wielu wież w Górach Opawskich i pierwsze kręcenie z Magdą po górach możemy uznać za odhaczone :)

- AREK


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts