Praca w niedzielę to generalnie wtopa jest. Zwłaszcza gdy rano budzi cię blask słońca, bezchmurne niebo i śpiew ptaków, wtedy ta wtopa...

Pracująca niedziela

 
Praca w niedzielę to generalnie wtopa jest. Zwłaszcza gdy rano budzi cię blask słońca, bezchmurne niebo i śpiew ptaków, wtedy ta wtopa jest ze dwa, trzy razy większa. Przynajmniej takie wrażenie mam patrząc na Justynę, sam weekendów na szczęście nie pracuję. No ale nie ma co się łamać, pół dnia w połowie kwietnia to już całkiem sporo słoneczka i czasu na to żeby się gdzieś ruszyć. Dzień wcześniej pokręciliśmy po Rudzkich lasach z uwagi na niepewną pogodę, za to dzisiaj plan był taki żeby w końcu wykorzystać fakt istnienia autostrady A1 i zapewnionego przez nią dogodnego połączenia z naszymi południowymi sąsiadami.
  Nasze ograniczone ramy czasowe pozwoliły nam na wypad do Chałupek, a właściwie zaraz za granicę, w okolice pola golfowego w miejscowości Šilheřovice. Tam też zostawiliśmy samochód i przeskoczyliśmy na ulubiony środek transportu, czyli nasze rowery szosowe. Od samego początku trasa zapowiadała się na ciekawą, z uwagi, że znajdowaliśmy się już na terenie Płaskowyżu Głubczyckiego, słynącego z wielu hopek, które dają dużo radości kolarzom. No właśnie, kolarze. Pełno ich tu! Jeśli pod kościołem stoją pełne stojaki rowerowe, to znaczy że prawdopodobnie nie jesteś w Polsce :)


  Liczne pagórki urozmaicał również dość mocny wiatr z południa który dawał się nam na początku we znaki. Ciesząc się możliwością treningu w takich fajnych warunkach dotarliśmy do linii Czechosłowackich umocnień wybudowanych tutaj przed drugą wojną światową.

 
W jednym z nich znajduje się obecnie Muzeum, a w otoczeniu większości z nich stoją czołgi - podejrzewam, że dzieciaki mają tutaj niezłą frajdę mogąc zobaczyć tyle ciekawych rzeczy. W każdym razie nie nasza Magda, ona wolała spać i zbierać siły na później. 


  Następnie skręciliśmy na północ kierując się ku miejscowości Píšť, po drodze mijając kolejne bunkry i pokonując kolejne pagórki.
Minęliśmy też rezerwat przyrody Daranec, tam już wiosna rozwijała skrzydła, gałęzie drzew pokryły się listkami o charakterystycznym dla tej pory roku żywym zielonym kolorem. Runo leśne pokrywały zawilce, całości dopełniał oczywiście głośny świergot ptaków. Za rezerwatem czekał nas bardzo przyjemny zjazd do centrum, gdzie odbiliśmy dalej na południowy wschód do Zavady, powoli odrabiając utraconą wysokość i ponownie walcząc ze wzmagającym się wiatrem. Magda stwierdziła wtedy że czas zrobić przerwę na rozprostowanie kości, informując nas o tym regulaminowym wrzaskiem o wysokiej tonacji. Zawsze stara się wybrać moment gdy akurat pokonujemy stromy kawałek jezdni bez żadnego pobocza i możliwości postoju, tak też było tym razem. Jej wrzaski oczywiście działają na nas bardzo motywująco, o czym chyba Magda wie, więc zmotywowani podciągnęliśmy do końca podjazdu i zatrzymaliśmy się przy zjeździe w szczere pole.


Tu następuje przerwa, euforia Magdy związana z możliwością biegania po trawie i uciekania rodzicom, jej płacz podczas zmiany pieluchy i ponowna euforia wynikająca z konsumpcji banana. 
  Justyna przypomniała mi o upływającym czasie i zdecydowaliśmy się skrócić dzisiejszą trasę. W Zavadzie odbiliśmy na południe, następnie na wschód, ciesząc się że wreszcie wiatr zaczyna wiać nam w plecy. Kolejną mijaną miejscowością była ponownie Vresina (o której wcześniej nie wspomniałem bo przelecieliśmy przez nią na pełnym gazie), tym razem chwilkę kluczyliśmy tutaj między osiedlami, docierając w końcu do cudnej asfaltowej drogi rowerowej prowadzącej prosto do Darkovic. Po drodze Magda ponownie odstawiła numer z marudzeniem na podjazdach, więc trzeba było się zatrzymać i dać się jej trochę wyszaleć.


Widoczność tego dnia była bardzo dobra, więc nie narzekaliśmy na przymusowy postój i cieszyliśmy się słońcem i widokami na Beskidy.
  W Darkovicach znowu odrobina kluczenia po osiedlowych uliczkach (dlaczego nam to robisz, Stravo? :) ) po dłuższej chwili wyskoczyliśmy na drogę prowadzącą prosto do miejscowości Hat, gdzie już spokojnie kręciliśmy sobie wzdłuż płynącego przez nią potoku w stronę Polski.
 Po drodze zatrzymaliśmy się w restauracji Hostinec U Svatého Mikuláše, którą wcześniej znalazłem na mapie.


Z mapy nie wyczytałem że restauracja ta znajduje się na liście punktów przyjaznym rowerzystom zamieszczonym na stronie cyklistevitani.cz. Na placu przed tarasem było kilka stojaków rowerowych, a rowerzystów na tarasie było PEŁNO. Chyba nikt się tutaj nie wybiera innym środkiem transportu. Był tam też plac zabaw z piaskownicą, dzięki czemu mogliśmy swobodnie usiąść przy stoliku i odpocząć podczas gdy Magda bawiła się z innymi dzieciakami.


Spróbowaliśmy tutejszej zupy czosnkowej która raczej nas nie porwała, za to Magda trafiła w dziesiątkę ze swoimi kluskami nadziewanymi makiem, posypanymi kakao i podanymi z bitą śmietaną - pycha!


Rowerzystów spragnionych tutejszych przysmaków ciagle przybywało, a kelnerzy uwijali się jak mogli aby wszystkich obsłużyć. Tak przyjemnie nam się tam siedziało że zrobiło się już dość późno, a jeszcze trzeba było wrócić do domu tak co by Justyna mogła się sensownie ogarnąć przed pracą. Zawinęliśmy Magdę która oczywiście na sam koniec musiała pokazać Czechom że płakać potrafi równie głośno jak śmiać się. Obiecując sobie że na pewno wrócimy w tutejsze okolice ruszyliśmy w stronę parkingu z którego startowaliśmy. Po kilku kilometrach byliśmy znowu przy aucie, gdzie nastąpiła szybka akcja pakowania sprzętu i dziecka. Z piskiem opon wyruszyliśmy w kierunku Polski i po niecałych czterdziestu minutach byliśmy w domu. Justyna miała caałe dziesięć minut aby "spokojnie" się odświeżyć, przebrać i z mokrymi włosami popędzić do pracy na godzinę czternastą. Nie spóźniła się! ;) Część dnia, którą miała wolną od pracy wykorzystała w stu procentach. Bo przecież to się właśnie powinno robić zawsze! :)

- AREK



Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts