Kolejnego dnia naszej majówki wybraliśmy się na rowery. Podjechaliśmy do Ojcowa w okolice zamku i tam mieliśmy zamiar wykręcić jakaś...

 
Kolejnego dnia naszej majówki wybraliśmy się na rowery. Podjechaliśmy do Ojcowa w okolice zamku i tam mieliśmy zamiar wykręcić jakaś pętelkę.
 
 
Jako, że był to piękny ciepły wolny i majowy dzień tłumy ludzi z dziećmi dość skutecznie nas spowalniały. Na samym początku Arkowi zerwał się łańcuch, a dodatkowo utknęliśmy w korku!
 
 
Dlatego długo się nie zastanawiając, wróciliśmy do auta i na tym zakończyliśmy ten dzień.
Następnego dnia postanowiliśmy pokręcić w Pieninach. Wybór padł na znajomą już trasę, mianowicie Przełom Dunajca, wraz z pojazdem na Przełęcz pod Tokarnią. Rano standardowo po śniadaniu zebraliśmy się i ruszyliśmy do Krościenka nad Dunajcem, gdzie rozpoczynaliśmy naszą wycieczkę. Pogoda słabo napawała optymizmem, niskie zachmurzenie nie przepuszczało promieni słonecznych, a kiedy wsiedliśmy na rowery poczuliśmy lekkie krople deszczu. Magdzie też się ta aura udzieliła i za nic w świecie nie chciała siedzieć w przyczepce. Nie pozostało nam nic innego jak zatrzymać się przy dość charakterystycznej grocie obok ścieżki rowerowej w Szczawnicy.
 
 
Kilka minut na rześkim powietrzu wystarczyło na poprawę nastroju i ruszyliśmy dalej w stronę Leśnicy, by w Chacie Pieniny zrobić przerwę na małe co nieco  przed podjazdem na przełęcz.
 
 
. Na przełęczy kolejna przerwa, tym razem na kawę, pogoda się znacznie poprawiła, wyjrzało słońce, aż żal było od razu zjeżdżać.


Magda poszalała sobie trochę, my dopiliśmy kawę i z uśmiechami na twarzy ruszyliśmy w dół.


Ani się obejrzeliśmy byliśmy już kolo Czerwonego Klasztoru. Stanęliśmy na krótką przerwę, gdzie Madzia na widok Dunajca zapragnęła kąpieli.


Na nic się zdały tłumaczenia więc, w drogę powrotną ruszyliśmy z wrzaskiem.


Kiedy wjechaliśmy do Szczawnicy pogoda znowu nie zachwycała, więc ile pary w nogach cisnelismy do auta.

- JUSTYNA

    Kolejny dzień naszego długiego powrotu do domu przywitał nas całkiem przyjemną aurą, którą planowaliśmy dobrze wykorzystać. Najpierw...

   
Kolejny dzień naszego długiego powrotu do domu przywitał nas całkiem przyjemną aurą, którą planowaliśmy dobrze wykorzystać. Najpierw jednak straciliśmy parę porannych godzin na próbie uratowania Lumii od Justyny... Gdy już jakoś pogodziliśmy się z faktem, że zostaliśmy z jednym telefonem/aparatem i naszą słabą kamerą sportową, zebraliśmy tyłki w troki i ruszyliśmy dalej na wschód. Naszym celem tego dnia był jedyny park narodowy w Słowacji, w którym wstęp jest płatny - słynny Słowacki Raj.
    Droga prowadziła przez Rużomberk, gdzie zatrzymaliśmy się pod naszym ulubionym niemieckim marketem, który zdawał się być gdziekolwiek się nie ruszymy, aby uzupełnić zapasy szamy i napojów na drogę. Następnie, jako że byliśmy bez winietki słowackiej, objechaliśmy od strony północnej naszą ukochaną Liptovską Marę. Potem za Liptovskim Mikulaszem odbiliśmy znowu na północ, wybierając nieco dłuższy i bardziej widokowy wariant trasy prowadzącej do Popradu, drogą 537 biegnącą u stóp Tatr. Z Popradu to już była szybka piłka do Hrabusic, skąd wyruszaliśmy na szlak.
    Na miejscu zostawiliśmy autko na płatnym parkingu przed wejściem do parku. Przemiły Słowak, który siedział tam w budzie był chyba nie całkiem trzeźwy albo urzekła go roześmiana buźka naszej córki, bo za parking plus wstęp do parku zabrał nam całe dwa euro.


    Wreszcie byliśmy na szlaku! Godziny już popołudniowe a my dopiero zaczynaliśmy naszą wycieczkę. Szybko przemknęliśmy obok bazy gastronomicznej i tutejszego autocampu i znaleźliśmy się na niebieskim szlaku prowadzącym wzdłuż malowniczego przełomu Hornadu. Tutaj zaznaczę, że te straszne zdjęcia zabezpieczeń które pewnie widzieliście na internetach nie oddają w pełni tego co można tam spotkać. Lufy i przepaście nad lustrem wody i skałami nie są aż tak straszne, co jednak kompensuje średni stan kładek i zabezpieczeń.


    Parę razy się spociłem trochę gdy pokonywaliśmy bardziej wymagające miejsca - zwłaszcza te metalowe półki nad samym Hornadem, zakręcające za skałą, razem z nosidełkiem zmusiły mnie do niezłej gimnastyki aby je pokonać i jednocześnie nie sprawiać Magdzie żadnego dyskomfortu niepotrzebnym przechylaniem się. Raz czy dwa ujechała mi też noga na błocie, ale generalnie szlak ten nie jest dużo trudniejszy niż takie np. Janosikowe Diery.


    Niebieski szlak zaprowadził nas do długiej kładki przewieszonej nad Hornadem, tam też znajdowało się skrzyżowanie szlaków na którym odbiliśmy w stronę Klasztorzyska, polany na której znajdują się ruiny klasztoru Kartuzów z przełomu XIII i XIV stulecia.

 

Czekała nas niezła przeprawa przez skalne ścieżki prowadzące dość stromo pod górę, jednak z dwojga złego woleliśmy tam podchodzić niż schodzić, co też podkreślali mijani przez nas polscy turyści.


    Obok ruin znajdował się mały stragan z pamiątkami i kuchnia turystyczna. Obowiązkowy przystanek na zmianę pieluchy oraz karmienie i mogliśmy ruszać w drogę powrotną. Skręciliśmy na zielony szlak, a z niego na drogę która miała prowadzić do parkingu przy wejściu do parku, aby skorzystać z faktu że nasze nosidełko może zamienić się w mały wózek. Resztę drogi przegadaliśmy a Magda przespała i po przeszło godzinie dreptania byliśmy znowu przy aucie.


    Przepakowanie, przebieranie i szybki posiłek, następnie zdecydowaliśmy się że noc spędzimy już w Ojczyźnie, więc ruszyliśmy w stronę Pienin. Po paru godzinach, o zmroku dotarliśmy w okolice Niedzicy, gdzie udało nam się znaleźć działający bankomat. Wybraliśmy ze ściany płaczu pieniądze na nocleg i skierowaliśmy się do Sromowców Niżnych. Tutaj fortuna nam niewątpliwie dopisała, trafiliśmy super nocleg w apartamencie za 90zł za noc za naszą trójkę, nie brakowało nam tam absolutnie niczego :) senną już Madzię zabraliśmy do pobliskiego baru na dania stricte barowe aby szybko napełnić puste już brzuchy i udać się wreszcie na zasłużony odpoczynek po tym długim dniu.

- AREK
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts