Ten wypad planowaliśmy już od jakiegoś czasu. Głównym celem było przejechanie przez Arka pętli wokół Tatr. W piątek popołudniu podjecha...


Ten wypad planowaliśmy już od jakiegoś czasu. Głównym celem było przejechanie przez Arka pętli wokół Tatr. W piątek popołudniu podjechaliśmy po Damiana i ruszyliśmy na nasz Mara Camping. Droga nawet szybko minęła, Madzia była wzorowym podróżnikiem i koło godziny 18:00 zajechaliśmy na miejsce. Radość nasza nie trwała jednak długo,  ponieważ okazało się, że przez cały weekend jest impreza techno i możemy się nie wyspać... no to się zaczęło kombinowanie z noclegiem. Pojechaliśmy na pobliskie pole namiotowe ale cena 200€ za dwie noce na ich polu nas rozśmieszyła delikatnie mówiąc. Pokoje w Liptowskim Trnowcu pozajmowane przez techno maniaków... no po prostu dramat. Zajechaliśmy do Liptowskiego Mikulasza i po kilku pętlach udało nam się tuż przed 20:00 załadować do pokoju. Damian od razu się przebrał i pojechał jeszcze coś wykręcić tego dnia, bo już go nosiło ;)  My się rozpakowaliśmy, zjedliśmy kolację, Damian zdążył wrócić i resztę wieczoru spędziliśmy na balkonie podziwiając Tatry i planując kolejny dzień.
Budzik bez funkcji drzemki zrobił pobudkę o 6:12 i powoli zaczęliśmy się ogarniać.


O 8:00 chłopaki wyruszyli pełni zapału na swoją przejażdżkę, a ja czekałam aż Madzia odpadnie na swoją poranną drzemkę i razem z nią ładowałam baterie na resztę dnia.


O 12 zebrałyśmy się do samochodu i pojechałyśmy na Strbskie Pleso czekać na chłopaków.


Zrobiłyśmy nie mały spacerek wokół jeziora, później deptakiem pod wyciąg i dostałyśmy info od Arka, że zostały im jeszcze 2 kilometry podjazdu.


Ani się obejrzałyśmy a Damian cisnął pod górę, za nim sunął Arek. Dojechali do końca podjazdu i został już im sam zjazd do naszego pokoju :D


Ruszyłyśmy w stronę auta, a mijając Arka i Damiana strzeliłam im kilka fotek ;)


Magda zasnęła po przejechaniu kilku kilometrów i spała już prawie do końca. Dojechałyśmy oczywiście pierwsze, ale wcale długo nie trzeba było czekać na naszych dzielnych kolarzy. Po takim treningu udaliśmy się na późny obiad, do małej klimatycznej restauracji na haluszki <3


Reszta wieczoru upłynęła nam na rozmowach i relacji chłopaków z ich wyczynu.


Następnego dnia Damian ambitnie chciał pojechać do Żywca na rowerze, gdzie mięli czekać na niego rodzice, ale jazda dnia poprzedniego zebrała swoje żniwo ;) spakowaliśmy się wiec do auta i wszyscy pojechaliśmy do Żywca spotkać się z wujkiem i ciocią, zaliczając przy okazji mały spacer i kawę w parku.


- Justyna

W czwartek dostałam wiadomość od Arka z pracy "Może jutro góry?" Nie zastanawiałam się nad odpowiedzią, bo mogła być tylko jed...


W czwartek dostałam wiadomość od Arka z pracy "Może jutro góry?" Nie zastanawiałam się nad odpowiedzią, bo mogła być tylko jedna ;)
Popołudnie, spędziliśmy na dyskutowaniu gdzie jedziemy, wybór padł na Pradziada ale na rowerach! :)
Wydawało się dość ambitnie, na tyle, że w piątek rano Arek zastanawiał się czy dam radę tam wjechać z moim już nie małym brzuchem :D ale ja już tam oczami wyobraźnie wjeżdżałam, więc nie było odwrotu. Spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy w drogę w porze drzemki Madzi. Po przekroczeniu granicy Polsko-Czeskiej zaczęły się piękne asfalty, takie wymarzone wstęgi na szosę. Arek zauroczony obiecał sobie nawet, że przyjedzie tu pokręcić.
Podjazd na Pradziada zaczynał się w Karlovicach, Arek stwierdził że od Karlovej Studanki jest za blisko i nie będzie takiego efektu... Zaparkowaliśmy pod restauracją wypakowaliśmy rumaki i zwarci i gotowi ruszyliśmy w stronę Karlovej Studanki.


Magdzie tego dnia nowe zęby nie dawały spokoju więc i humor miała raczej kiepski. Po nie całych 6km potrzebny był postój na kaszkę i pobieganie po trawce. Niedługo potem zasnęła. Obudziła się dopiero na bruku w Karlowej. Kiedy zaczął się asfalt zrobiliśmy przerwę na suple, bo teraz zaczynał się prawdziwy podjazd :D Madzia się wyszalała i mogliśmy ruszyć dalej. O dziwo nie było tak ciężko jak się spodziewałam. Całkiem przyjemnie zdobywaliśmy kolejne metry w górę. Kręciliśmy tak, aż nagle znak 12% w dół... mówię do Arka: "Fajnie, że w dół ale trzeba to będzie nadrobić" i puściłam się przodem :D


Nagle słyszę ryk! Ale jaki! Jak jakiś potwór "ZATRZYMAJ SIĘ!!!!!" Serce mi stanęło, zahamowałam i czekam na Arka. Podjeżdża i mówi: "Coś mi tu nie pasuje, poczekaj zerknę na mapę" Kiedy zaczęła lecieć łacina wiedziałam już, że chyba nie jedziemy na Pradziada ;)))) W Karlovej Studance, za tym brukiem, na którym Madzia się obudziła pojechaliśmy źle. Nie było sensu już wracać, czas nas gonił, więc pojechaliśmy dalej tą drogą ku niezadowoleniu Magdy! Cały zjazd słyszałam w uszach świst wiatru przeplatany z jej okrzykami. Jej sprzeciw do dalszej jazdy był tak silny, że musieliśmy się zatrzymać bo Arek złapał gumę :D


Przymusowy postój od razu poprawił jej nastrój i czym prędzej zabrała się do pomocy tacie przy wymianie dętki
.

Nie długo po Arku jakiś Czech w passacie też złapał gumę chyba na tej samej dziurze. Mijaliśmy go parę kilometrów dalej jak wymieniał koło.


Mimo to, nadal uważamy, że te czeskie asfalty mimo gorszych odcinków, są w dużo lepszym stanie niż nie jedna droga rowerowa w Polsce ;)


Ta wycieczka nauczyła nas po raz kolejny pokory. Nie ważne ile razy byłeś w danym miejscu, nigdy nie zaszkodzi sprawdzić swojego położenia na mapie, a tym bardzie jeżeli do celu obierasz zupełnie inny środek transportu niż dotychczas ;) Wydawało nam się, że nie da się tam zgubić skoro na szczyt prowadzi jena jedyna droga asfaltowa... a tu proszę jaka niespodzianka. Humory jednak nam dopisywały i to jeszcze bardziej chyba niż gdybyśmy wjechali na tego Pradziada.


Ale co się odwlecze to nie uciecze...


- JUSTYNA

  Pierwszy raz tą malowniczą drogę rowerową zobaczyliśmy 3 lata temu kiedy przyjechaliśmy tam na ferraty. Już wtedy wiedzieliśmy, że w...

 
Pierwszy raz tą malowniczą drogę rowerową zobaczyliśmy 3 lata temu kiedy przyjechaliśmy tam na ferraty. Już wtedy wiedzieliśmy, że wrócimy w to miejsce.


Początek drogi rowerowej jest tuż przed Belianskim Rybnikiem.
 
 
Mały stawek hodowlany, przy nim jeden bar,  wokół ścieżka, ławeczki a to wszystko z widokiem na Tatry.
 
 
Nie mogliśmy się powstrzymać aby chwilkę tam nie pospacerować z Madzią. W piaskownicy znalazła jakąś lokomotywę wydającą niemieckie komendy i musiała ją zabrać na przejażdżkę.
 
 
Chcieliśmy zajechać do Tatrzańskiej Łomnicy ale na szczytach Tatr siedziały ciężkie cumulonimbusy i stwierdziliśmy, że dojedziemy do końca drogi rowerowej i zobaczymy jak sytuacja się rozwinie.
 
 
Droga skończyła się po 9km w Tatrzańskiej Kotlinie. Słoneczko grzało aż miło, więc postanowiliśmy zatrzymać się na małe co nieco.
 
 
Posileni zupą czosnkową ruszyliśmy z powrotem. Tatry drzemały pod pierzynką cumulusów a my kręciliśmy w najlepsze.


Przy aucie podjęliśmy decyzję, że wykręcimy jeszcze dwie długości. Na końcu trasy stała spalona restauracja "Kolyba" przy, której zatrzymaliśmy się na chwilkę by ruszyć w szybką drogę powrotną po ujrzeniu pięknej błyskawicy nad Tatrami.
 
 
Wracaliśmy już w akompaniamencie grzmotów i tylko wyczekiwaliśmy pierwszych kropel deszczu. Na szczęście udało się dotrzeć do auta nim schodzące z Tatr chmury nas dogoniły. 
 
- JUSTYNA 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts