W czwartek dostałam wiadomość od Arka z pracy "Może jutro góry?" Nie zastanawiałam się nad odpowiedzią, bo mogła być tylko jed...

Prawie Pradziad - czyli o tym jak (nie)wjechaliśmy na Pradziada :D


W czwartek dostałam wiadomość od Arka z pracy "Może jutro góry?" Nie zastanawiałam się nad odpowiedzią, bo mogła być tylko jedna ;)
Popołudnie, spędziliśmy na dyskutowaniu gdzie jedziemy, wybór padł na Pradziada ale na rowerach! :)
Wydawało się dość ambitnie, na tyle, że w piątek rano Arek zastanawiał się czy dam radę tam wjechać z moim już nie małym brzuchem :D ale ja już tam oczami wyobraźnie wjeżdżałam, więc nie było odwrotu. Spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy w drogę w porze drzemki Madzi. Po przekroczeniu granicy Polsko-Czeskiej zaczęły się piękne asfalty, takie wymarzone wstęgi na szosę. Arek zauroczony obiecał sobie nawet, że przyjedzie tu pokręcić.
Podjazd na Pradziada zaczynał się w Karlovicach, Arek stwierdził że od Karlovej Studanki jest za blisko i nie będzie takiego efektu... Zaparkowaliśmy pod restauracją wypakowaliśmy rumaki i zwarci i gotowi ruszyliśmy w stronę Karlovej Studanki.


Magdzie tego dnia nowe zęby nie dawały spokoju więc i humor miała raczej kiepski. Po nie całych 6km potrzebny był postój na kaszkę i pobieganie po trawce. Niedługo potem zasnęła. Obudziła się dopiero na bruku w Karlowej. Kiedy zaczął się asfalt zrobiliśmy przerwę na suple, bo teraz zaczynał się prawdziwy podjazd :D Madzia się wyszalała i mogliśmy ruszyć dalej. O dziwo nie było tak ciężko jak się spodziewałam. Całkiem przyjemnie zdobywaliśmy kolejne metry w górę. Kręciliśmy tak, aż nagle znak 12% w dół... mówię do Arka: "Fajnie, że w dół ale trzeba to będzie nadrobić" i puściłam się przodem :D


Nagle słyszę ryk! Ale jaki! Jak jakiś potwór "ZATRZYMAJ SIĘ!!!!!" Serce mi stanęło, zahamowałam i czekam na Arka. Podjeżdża i mówi: "Coś mi tu nie pasuje, poczekaj zerknę na mapę" Kiedy zaczęła lecieć łacina wiedziałam już, że chyba nie jedziemy na Pradziada ;)))) W Karlovej Studance, za tym brukiem, na którym Madzia się obudziła pojechaliśmy źle. Nie było sensu już wracać, czas nas gonił, więc pojechaliśmy dalej tą drogą ku niezadowoleniu Magdy! Cały zjazd słyszałam w uszach świst wiatru przeplatany z jej okrzykami. Jej sprzeciw do dalszej jazdy był tak silny, że musieliśmy się zatrzymać bo Arek złapał gumę :D


Przymusowy postój od razu poprawił jej nastrój i czym prędzej zabrała się do pomocy tacie przy wymianie dętki
.

Nie długo po Arku jakiś Czech w passacie też złapał gumę chyba na tej samej dziurze. Mijaliśmy go parę kilometrów dalej jak wymieniał koło.


Mimo to, nadal uważamy, że te czeskie asfalty mimo gorszych odcinków, są w dużo lepszym stanie niż nie jedna droga rowerowa w Polsce ;)


Ta wycieczka nauczyła nas po raz kolejny pokory. Nie ważne ile razy byłeś w danym miejscu, nigdy nie zaszkodzi sprawdzić swojego położenia na mapie, a tym bardzie jeżeli do celu obierasz zupełnie inny środek transportu niż dotychczas ;) Wydawało nam się, że nie da się tam zgubić skoro na szczyt prowadzi jena jedyna droga asfaltowa... a tu proszę jaka niespodzianka. Humory jednak nam dopisywały i to jeszcze bardziej chyba niż gdybyśmy wjechali na tego Pradziada.


Ale co się odwlecze to nie uciecze...


- JUSTYNA



Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts