Może zaczniemy od tego skąd pomysł na kolejny, nie tak znowu potrzebny namiot? W końcu mieliśmy już trzy namioty, kompaktową jedynkę...

 
Może zaczniemy od tego skąd pomysł na kolejny, nie tak znowu potrzebny namiot? W końcu mieliśmy już trzy namioty, kompaktową jedynkę z Bundeswehry, dwójkę Hannah Troll S która świetnie nam służy oraz wielkiego Campri Quest 6 z dwoma sypialniami i ogromnym przedsionkiem. No tutaj przyznam, że wrażenie zrobiły na mnie reklamy namiotu w TV/youtube. System dmuchanych namiotów jest obecny w ofercie Decathlonu już od paru lat, ale połączony z systemem Fresh & Black, który zaraz omówię... Wydawało się, że namiot ten wyeliminuje wszystkie niedogodności, z którym spotykamy się na co dzień w pozostałych, zwykłych namiotach. Ale po kolei.

   Opiszę Wam jak wygląda rozkładanie, korzystanie i składanie namiotu w paru zdaniach. Zaczynamy od otwarcia torby, wyciągamy z niej woreczek ze śledziami i zestawem naprawczym do stelaża, oraz sam namiot. Namiot rozwijamy, odkręcamy zawór ze stelaża, podłączamy pompkę i zaczynamy pompować. Po kilkunastu "dmuchnięciach" i napompowaniu namiotu do 7 psi odłączamy pompkę i zakręcamy zawór. Teraz można wbić kilka śledzi mocujących namiot, oraz ewentualnie odciągi. I koniec! Nie ma żadnego wkładania stelaża, składania pałąków, zakładania tropiku, nic z tych rzeczy! Trwa to dosłownie chwilę.

   Co dalej? Wskakujemy do namiotu. Wewnątrz okazuje się że jest ciemno. Nie czarno, tak jak pokazują to reklamy, ale jest naprawdę ciemno i można spokojnie tam spać w dzień. Zapytacie, zaraz zaraz, po co mam jechać pod namiot, żeby spać w nim w dzień? Otóż moi mili, słońce które wstaje o czwartej rano latem rozświetlało naszą Hannę i dużego Campri tak że człowiek się budził wcześniej niż chciał. A zwłaszcza ten mały człowiek, który od niedawna z nami podróżuje. Połączmy to teraz razem ze sprawnym systemem wentylacji, białym kolorem namiotu na zewnątrz, który sprawia że namiot wolniej się nagrzewa, oraz kosmiczną technologią użytą do produkcji samej tkaniny namiotu (serio, zobaczcie obrazek poniżej):



   Miejsce? Namiot w konstrukcji igloo z dmuchanym stelażem zapewnia nam przestrzeń 210 cm x 210 cm, wysokość po środku to ponad metr. My spaliśmy na standardowym dmuchanym materacu , Magda we własnym łóżeczku turystycznym i mieściło się to na "styk". Trzy dorosłe osoby spokojnie się tam wyśpią, albo rodzice plus dwójka małych dzieci.


   Wentylacja? Standardowe dwa otwory u góry namiotu, do tego dwa otwory po bokach podciągające tropik oraz ewentualnie okno z przodu namiotu. Tu pojawia się mój pierwszy problem z tym namiotem - okno jest zrobione z siateczki, więc gdy otworzymy je w czasie deszczu to woda zaczyna wlewać się nam do namiotu - generalnie przy tak wydajnym systemie wentylacji który tutaj mamy wolałbym, żeby okno było zrobione z przezroczystego tworzywa sztucznego spełniającego rolę szyby - nie wypuszczało by wtedy ciepła o poranku i z powodzeniem można by zerkać przez nie czy pogoda jest dobra na wyjście z namiotu. W środku są też dwie kieszenie boczne oraz dwie pętelki na których można powiesić lampki. Brak górnej półki podobnej do tej w namiotach Hannah Troll niespecjalnie mi przeszkadzał, ale może warto by o tym pomyśleć przy kolejnych latach.

  Zastawiający jest też brak decathlonowskiego systemu Illumin, czyli zintegrowanego oświetlenia w namiocie - nie wiem czy ten system się nie przyjął, ale jeśli tak, to aż prosi się o zrobienie takiego "wszystkomającego"   namiotu, wersja full wypas.

  Wady? Najpoważniejsza to fakt że Decathlon zaleca pompowanie namioty tylko i wyłącznie dedykowaną do tego pompką, którą trzeba kupić osobno. Nie mówię, że jest ona zła, namiot pompuje się naprawdę mniej niż minutę, ale jeśli mam potem tą pompką nadmuchać materac na którym będę spał to już będę musiał się nieźle narobić. Dmuchanie namiotu pompką elektryczną może skutkować jego uszkodzeniem, pomimo tego że komory są naprawdę solidnie zrobione - nie wiem jak z tym jest naprawdę, boję się sprawdzać. Z wad pozostałych mamy tutaj wagę i rozmiar całego namiotu po złożeniu - 6 kg to może nie aż tak dużo, ale do tego musimy zabrać jeszcze dość sporą pompkę. Da się ją upchać razem z namiotem do jednej torby, wtedy ewentualny turysta pieszy który chce zabrać taki namiot musiałby wypełnić nim cały swój wielki plecak. Umówmy się, to jest namiot dla turystów z samochodem. Widzę tutaj też możliwość wrzucenia namiotu do przyczepki dla turysty rowerowego - znowu Decathlon mógł to lepiej przemyśleć i dodać do tej pompki jeszcze przejściówkę na wentyle rowerowe, wtedy zabieranie jej miało by dodatkową korzyść.

   Wracamy do dobrych rzeczy, czyli jakie jest nasze ogólne wrażenie z użytkowania namiotu, który kosztuje niemałe 700 polskich złotych? Jednym słowem: rewelacja. Namiot przetrwał naprawdę intensywne opady deszczu podczas burzy nad Liptovską Marą i długotrwałe ulewy w Dolinie Pięknej Pani celująco. Zimny poranek w Słowackim Raju zaskoczył nas dopiero gdy otwarliśmy okno żeby zobaczyć sytuację na zewnątrz - w środku jest naprawdę cieplutko, aluminium działa w obie strony, namiot nie nagrzewa się z zewnątrz, ale też nie wpuszcza zimnego powietrza kiedy wentylacja boczna i okno są zamknięte. Upalne poranki i 40 stopni w namiocie? Nic z tych rzeczy, w Fogaraszach zaczynało być gorąco dopiero gdy wychodziliśmy z namiotu wyspani sporo po godzinie siódmej rano. Sam charakter naszej podróży sprawiał że namiot był składany i rozkładany codziennie w różnych warunkach atmosferycznych - i było to z każdym razem szybkie, łatwe i przyjemne.

   Podsumowując, czy 700 złotych za ten namiot to dużo? Odpowiem w ten sposób, zerknijcie proszę na ofertę innych sklepów z namiotami dla trzech osób i wniosek nasuwa się sam - tak, są na rynku lżejsze namioty, są tańsze. Ale żaden z nich nie oferuje wam takich rozwiązań jak AIR SECONDS XL FRESH & BLACK, nie ma dmuchanego stelaża, nie ma ciemności w środku i izolacji termicznej nawet w połowie tak dobrej jaką mamy tutaj. Rozwiązań moim zdaniem rewolucyjnych, jeśli chodzi o namioty. A już na pewno nie ma tego wszystkiego w jednej zgrabnej paczce jaką jest ten namiot. Duże brawa dla Decathlonu za tak udaną konstrukcję w tak atrakcyjnej cenie.

   Na koniec jeszcze łyżka dziegciu w beczce miodu - namiot kupiłem w Niemczech w Decathlonie w Ludwigshafen. Mieli ich tam może z sześć sztuk, to chyba więcej niż jest w całej Polsce :) namiotu nie da się kupić obecnie w sprzedaży online, i jest go bardzo ciężko dostać w sklepach stacjonarnych. Dotarłem gdzieś do informacji na FB że to z powodu bardzo dużego zainteresowania tym modelem. Jeśli chodzi o mnie - wcale się nie dziwę.

- AREK

Rano wstaliśmy wyspani o godzinie 7:20 i zaczęliśmy standardowe śniadanie i pakowanie. Dziś naszym celem była Gyula a w planach pełen c...


Rano wstaliśmy wyspani o godzinie 7:20 i zaczęliśmy standardowe śniadanie i pakowanie. Dziś naszym celem była Gyula a w planach pełen chill. Do przejechania mieliśmy lekko ponad 200 km więc bez pośpiechu zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę żegnając się z Panią w recepcji małą flaszeczką żubrówki ;) w połowie drogi, kiedy  słonce grzało dość mocno a Madzia zaczęła domagać się postoju postanowiliśmy zatrzymać się nad jakimś jeziorkiem i ugotować sobie obiad, a raczej zagotować wodę i zalać kubki Vifona, które sprawdzają się perfekcyjnie w podróży :D


Madzia się wybiegała, pozbierała kwiatki i ruszyliśmy dalej, poprzez drogi między polami słoneczników.


Na miejsce dotarliśmy ok 14 i pierwsze co nas zaskoczyło to cisza i pustka na campingu. Ale od razu podeszła do nas przemiła właścicielka z dwoma psiakami i znów po angielsku, bez problemów załatwiliśmy wszystkie formalności.

Na terenie campingu było mini zoo a w nim między innymi dwa małe kangurki, które podbiły moje serce :)


Po rozbiciu obozu i nacieszeniu się widokiem kangurów ruszyliśmy na termy. Ogrom tego obiektu mnie po prostu powalił. Ilość i różnorodność basenów była na prawdę wielka.



Madzia wyszalała się chyba za wszystkie czasy w wodzie, a na koniec nie odmówiliśmy sobie oczywiście kąpieli w prawdziwych, brązowych, o charakterystycznym zapachu termach ;)


Reszta dnia upłynęła na spacerze po Gyuli i relaksie na campingu.
Następnego dnia pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w stronę miejscowości Carta w Rumuni. Tam, blisko początku Transfogaraskiej, mieliśmy spędzić noc by rano Arek mógł zmierzyć się z tą podobno najpiękniejszą droga swiata...
Droga upłynęła nam dość szybko i bez specjalnych nieprzyjemności. Po południu dotarliśmy do Carty, która okazała się malutką wioską z jedna główną ulicą, swojskim zapachem i dwoma sklepikami. Sami nie wiedzieliśmy czego spodziewać się za bramą z napisem camping...
Widok nas jednak zaskoczył bardzo pozytywnie. Już na początku przemiła pani (ta uprzejmość na prawdę aż bije od tych ludzi) przywitała nas po angielsku! :D (uffff co za ulga) i po załatwieniu formalności wręczyła malutką buteleczkę z truskawkowej nalewki! <3 Love Romania! :D
Camping był ogromny, bardzo zadbany i mówiąc szczerze najlepszy pod względem sanitarnym na jakim do tej pory byliśmy. Naprawdę byliśmy mile zaskoczeni.
Przy wjeżdżaniu zaczepił nas pewien anglik pytając o mój rower 8-) po krótkiej rozmowie okazało się, że nas kojarzy z wygranej w Festive 500! Tak właśnie poznaliśmy szaloną parę z UK, Rossa i Lottie, których przygody możecie śledzić na Instagramie pod @this_is_a_trip (https://www.instagram.com/this_is_a_trip/), wieczorem wypiliśmy parę piwek i pogadaliśmy o rowerach, świecie i życiu. Ross i Lottie jadą na ciężkich rowerach trekkingowych i planowali nazajutrz przejechać całą Transfogaraską.
No właśnie, Transfogaraska... chcecie wiedzieć czy Jeremy Clarkson miał rację, gdy w jednym z odcinków "Top Gear" powiedział że tak zwana Transfagarian Highway jest najlepszą drogą świata? Lepszą niż słynna wstążka na Passo dello Stelvio? Czytajcie dalej, Arek postara się wam pomóc odpowiedzieć na to pytanie.

Ruszyłem w trasę późnym porankiem. niestety ogranicza mnie czas i plan naszego tripa, więc decydujemy z Justyną że wjadę na Lac Balea i zjadę tą samą trasą. Niecałe 40km w jedną stronę z pola namiotowego w Cârţa, chyba mało, co nie?
Jak już pisałem - ruszyłem późno, dałem fory Rossowi i Lottie tak, aby mniej więcej podobnie wylądować na Lac Balea i jeszcze kulturalnie się z nimi pożegnać. Zaraz za rondem łączącym trasy DN1 oraz DN7C zaczyna się segment na Stravie, stoi jak byk że to 35 kilometrów oraz 1595 metrów przewyższeń, co daje nam jakieś 5% średnio oraz kategorię podjazdu HC. Początek jest prawie płaski, góry są jeszcze daleko przede mną, aż wierzyć się nie chce że to tylko 30 kilometrów. Przeleciałem całkiem sprawnie przez wieś Cârţişoara, i tam właśnie zaczyna się wspinaczka. Pierwsze agrafki nie napawają optymizmem. Nawierzchnia wcale nie urywa przysłowiowej dupy, powiem więcej - jest słaba. Mijałem dziury w drodze które były zaznaczone krzykliwym różowym sprayem, jakiś czas później spotkałem również artystę odpowiedzialnego za te uliczne graffiti - był to pracownik firmy która naprawiała nawierzchnię na szosie. No tak, pomyślałem, mamy lipiec, Transfogaraska jest otwarta tylko kilka miesięcy, więc naprawy pewnie robią na początku sezonu, czyli wychodzi że właśnie w lipcu... Chwilę później jechałem już po zerwanym asfalcie i mijałem małe wahadełka, niestety średnio to wszystko wyglądało. 
Po początkowych dziurawych serpentynkach zrobiło się już lepiej, i bardziej prosto, zaczęły się również pojawiać pierwsze panoramki na góry przede mną. No i te tunele! Czad! Pamiętam je z włoch i ze zdjęć Szymonbajka - tunele które nie były całkiem zamknięte, a jedynie osłaniały drogę przed spadającymi głazami z góry.


Minąłem kilka takich, uśmiech rósł na twarzy i jechało się już lepiej. Na horyzoncie pojawił się dystrykt Balea, który najwyraźniej należał dalej do Cârţişoara - parę straganów i hotel Bâlea Cascadă, stojący niedaleko malowniczego wodospadu, z którego też zaczerpnął nazwę. Nie było czasu na jakieś tam wodospady, trzeba było pruć w górę ile noga podała! Zwrot przez rufę i jechałem na północ dość mocno nabierając wysokości z każdym pokonanym kilometrem, widok na północ mówił sam za siebie - byłem wysoko ponad dolinami z których zaczynałem trasę. Wreszcie droga zawraca z powrotem na południe i mniej więcej w tych okolicach spotkałem Rossa i Lottie, z którymi zamieniłem parę słów i obiecałem, że zaczekam na nich u góry.


Jechałem dalej w górę a po mojej prawej stronie stopniowo powiększała się przepaść, w którą normalnie strach było zerknąć, skupiałem się więc na malujących się już w oddali, słynnych serpentynach pod Lac Balea. Widoki pomagały w walce z gotującymi się nogami i prawie pustymi bidonami, ale robiło się już słabo ze mną. Na jednym z tuneli po drodze był wodospad, jednak chciałem dojechać jeszcze kawałek do jakiegoś bardziej normalnego potoku i tam uzupełnić buteleczki. 
Gdy już minąłem ścianę na której spływał wodospad Cascada Bâlea, o mało nie spadłem z roweru gdy rozejrzałem się wokół siebie. Otaczały mnie góry pośród których jakiś komunistyczny szaleniec kazał wybudować najbardziej wariacką drogę na świecie. Gdzieś obok stała sobie szopka niedaleko potoku, a obok szopki wesoło biegały sobie dwie świnki. Na poboczach stało sporo samochodów, przy których zmotoryzowaniu turyści robili zdjęcia i podobnie jak ja zachwycali się tym niesamowitym miejscem. Taka trasa nie powinna istnieć, nie było sensownego powodu żeby istniała, nie łączyła żadnych ważnych miejsc. A jednak istnieje i ja po niej jechałem dalej w górę. Zatrzymałem się na chwilkę nad potokiem aby uzupełnić zapasy wody, rozejrzałem się i to był chyba ostatni moment w którym pamiętam że odczuwałem zmęczenie. Nie wiem co oni w tej lodowatej wodzie mają, ale po chwili wskoczyłem na rower i jechałem jak świeżak. Ross i Lottie mnie dogonili, cyknąłem im parę snimek i prułem dalej po tej zwariowanej wstążce, po nie całkiem idealniej nawierzchni, po mostach nad potokami, pośród krów, owiec, pasterzy i ich psów pasterskich...


Tu już naprawdę nie ma co pisać, tu trzeba tylko zdjęcia pokazać i zastanawiać się kiedy się tam znowu wróci, popatrzcie


Pamiętam tylko że pod sam koniec byłem smutny, że nawet taka droga, jak zresztą każda inna, musi mieć swój koniec.
Pod Lac Balea czekała już Justyna z Magdą,


pożegnaliśmy się z Lottie i Rossem, którzy ruszyli w dalszą drogę do Turcji.


Zjazdu nie opisuję, myślę że wystarczy ten krótki film który znajduje się pod opisem ;)


Wracając do pytania z początku tego opisu: czy to naprawdę jest najlepsza droga na świecie? Cóż, odpowiedź poznacie tylko wtedy, gdy sami ją pokonacie, czego wszystkim Wam życzę :)


https://www.youtube.com/watch?v=NRoP7PPxw9A

- JUSTYNA & AREK

Dzień trzeci rozpoczęliśmy przy pełnej lampie, wyspani i gotowi do dalszej trasy. Pożegnaliśmy przemiłych właścicieli penzionu, jednoc...

Dzień trzeci rozpoczęliśmy przy pełnej lampie, wyspani i gotowi do dalszej trasy. Pożegnaliśmy przemiłych właścicieli penzionu, jednocześnie obiecując, że gdy następnym razem zgubimy się gdzieś w okolicy to na pewno ich odwiedzimy. 
Dalsza droga prowadziła na północny wschód.  Nie spiesząc się specjalnie i omijając główne drogi zatrzymaliśmy się na szybkie śniadanie z niemieckiego dyskontu, zatkaliśmy dziury w plombach kajzerkami z parówką i ruszyliśmy w stronę serca Wielkiej Fatry.
Donovaly  spory zimowy słowacki  kurort,  który latem, podobnie jak większość zimowych kurortów, jest dość opustoszały, a większość lokali i noclegowni jest zamknięta. Udaje nam się dość szybko znaleść tani nocleg w internetach, oczywiście nie obyło się bez biegania po centralnym parkingu w poszukiwaniu wifi.
Rozpakowaliśmy podstawowy zestaw bagażu, ogarnęliśmy Madzię i ruszyliśmy w góry. Donovaly leżą u stóp Zwolenia, więc nie szukaliśmy daleko i obraliśmy go jako cel dzisiejszej wędrówki. Szlak początkowo prowadził wzdłuż głównej ulicy, aby następnie zacząć ostro piąć się pod górę. Poranne opady w górach sprawiły że szlak był nieco śliski ale dość dobrze nam się maszerowało.
Po drodze na szczyt była zwyczajowa przerwa na butelkę mleka i krótki odpoczynek. Pogoda zaczynała być kapryśna więc nie traciliśmy czasu i zaczęliśmy zagęszczać ruchy.
Po osiągnięciu grani zobaczyliśmy niezwykłą panoramę Wielkiej Fatry, pasma nieco przypominającego nasze Bieszczady swoją dzikością i trawiastymi partiami szczytowymi. Po krótkim spacerze byliśmy na szczycie, gdzie zdecydowaliśmy, że zahaczymy jeszcze o stację kolejki na Novej Holi.
Mieliśmy nadzieję że kolejka będzie czynna i uda nam się załapać na zjazd do domu. Niestety była nieczynna, tak więc pokluczyliśmy po chaszczach w pobliżu kolejki w poszukiwaniu sensownego zejścia w dół, jednak południowe zbocza Novej Holi były pełne ogrodzonych pastwisk. W końcu jednak wróciliśmy na czerwony szlak, którym zeszliśmy do naszego lokum.
Reszta dnia minęła spokojnie, czyli obiad, mały spacer po Donovalach i wieczór  spędzony na planowaniu przy słowackich serach, Radlerach i resztkach winogron ze słonecznej Italii.
Tego dnia także Lumia 1020 Justyny dokonała swojego żywota, razem z prawie wszystkimi zdjęciami zrobionymi w czasie urlopu!
Na szczęście smutniejszych momentów w czasie tego urlopu już miało nie być :-)

- AREK

Plan na dzień pierwszy nie wyglądał jakoś skomplikowanie.  Dojechać na nasz ulubiony Maracamping i tam przenocować. Od samego początku ...


Plan na dzień pierwszy nie wyglądał jakoś skomplikowanie.  Dojechać na nasz ulubiony Maracamping i tam przenocować. Od samego początku jednak wszystko szło nie tak jak powinno. Wyruszyliśmy chwilę po trzynastej z domu i na dzień dobry utknęliśmy w korku na autostradzie. Po niecałej godzinie Arek tak od niechcenia zapytał czy wzięłam kamerę.???  NIE!!!  Daleko nie zdążyliśmy zajechać, więc szybki nawrót i do domu :D a to był dopiero początek! Później był objazd po decathlonach po kartusze do kuchenki turystycznej, których nigdzie dosłownie nie było, nawet na magazynach! Daliśmy już sobie spokój z tymi kartuszami po trzecim sklepie, bo nie miało to sensu i stwierdziliśmy, że jakoś sobie poradzimy z tym co mamy... dalej w drodze zawiesiła nam się nawigacja wyprowadzając nas lekko w pole... Wrrr Ale kiedy wjechaliśmy na znajome serpentyny tuż przed campingiem odetchnęliśmy z ulgą, do czasu kiedy pan policjant nie pomachał nam wesoło czerwonym lizakiem!  Trzy km do celu i mandat 50€, a pan zaczynał rozmowę od 180€ więc i tak nie skończyło się źle ;) i tym pięknym akcentem po sześciu godzinach jazdy i przejechaniu coś ponad 200 km dotarliśmy do celu.


Limit pecha wyczerpany i opłacony na cały urlop - przynajmniej taką mieliśmy nadzieję ;) Szybko nadmuchaliśmy namiot (tak, nadmuchaliśmy :D o tym namiocie później napiszemy kilka zdań ;) ) i poszliśmy nad wodę podziwiać znajome, ale nie znudzone jeszcze widoki. Madzia, w drodze marudna trochę, teraz odzyskała werwę do zabawy i szaleństw.


Poszliśmy spać wszyscy ok. dwudziestej drugiej, wykończeni dniem pełnym wrażeń. Nad ranem obudziła nas mega burza. W sensie mnie i Arka, bo Magda chrapała w najlepsze. Byliśmy w szoku, bo burza pod namiotem w górach to jednak nie to samo co w domu,  no ale postraszyło i przeszło, tak że zdążyliśmy jeszcze iść dalej spać. Obudziła nas Magda o 7:30 - kolejny szok, ten śpioch w domu jak wstaje o siódmej to jest luksus a tu proszę program wakacje chyba się załączył :D pozbieraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę w stronę Węgier. Tuż przed granicą zatrzymaliśmy się na obiad i rozprostowanie kości. Naszym celem na dziś był camping pod najwyższym szczytem Węgier - Kekesem. Kiedy tylko opuściliśmy Słowację naszym oczom ukazały się piękne widoki pól pełnych słoneczników. Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Zawsze mi się te kwiaty podobały, ale taki widok po prostu mnie zachwycał. Zaczęliśmy rozglądać się za bankomatem aby wypłacić trochę Forintów. Nie sprawdziliśmy obecnego kursu, więc kiedy Arek wrócił i oznajmił, że wybrał 25000 to aż się zdziwiłam jacy bogaci jesteśmy ;)) i tak z tysiącami forintów udaliśmy się do Mátra Kemping és Motel w miejscowości Sástó. Wszelkie nazwy miejscowości oczywiście były dla nas niepoczytalne ;) na szczęście Arek już w Polsce ustawił miejsca naszych punktów docelowych w nawigacji. Na campingu bez problemu dogadaliśmy się po angielsku i po załatwieniu wszystkich formalności udaliśmy się szukać odpowiedniego miejsca do szybkiego nadmuchania namiotu. Przebraliśmy się w kolarskie stroje i postanowiliśmy wjechać jeszcze tego dnia na najwyższy szczyt Węgier czyli Kékes.


Podjazd miał ok 8 km i po niecałej godzinie stanęliśmy na szczycie. Nie powiem że było mi łatwo ale też dużych problemów z tym podjazdem nie miałam ;) Brzuszek i spora przerwa w jeżdżeniu też zrobiły swoje :) Ze względu na dość późną już godzinę cyknęliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, kupiliśmy magnes na lodówkę i zjechaliśmy do campingu.


Po powrocie szybka toaleta i udaliśmy się na mały spacer połączony z kolacją przy orkiestrze na żywo. Przed dwudziestą drugą już spaliśmy, bo rano trzeba było znowu wstać i jechać dalej...
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts