Plan na dzień pierwszy nie wyglądał jakoś skomplikowanie.  Dojechać na nasz ulubiony Maracamping i tam przenocować. Od samego początku ...

Jonapot Węgry!


Plan na dzień pierwszy nie wyglądał jakoś skomplikowanie.  Dojechać na nasz ulubiony Maracamping i tam przenocować. Od samego początku jednak wszystko szło nie tak jak powinno. Wyruszyliśmy chwilę po trzynastej z domu i na dzień dobry utknęliśmy w korku na autostradzie. Po niecałej godzinie Arek tak od niechcenia zapytał czy wzięłam kamerę.???  NIE!!!  Daleko nie zdążyliśmy zajechać, więc szybki nawrót i do domu :D a to był dopiero początek! Później był objazd po decathlonach po kartusze do kuchenki turystycznej, których nigdzie dosłownie nie było, nawet na magazynach! Daliśmy już sobie spokój z tymi kartuszami po trzecim sklepie, bo nie miało to sensu i stwierdziliśmy, że jakoś sobie poradzimy z tym co mamy... dalej w drodze zawiesiła nam się nawigacja wyprowadzając nas lekko w pole... Wrrr Ale kiedy wjechaliśmy na znajome serpentyny tuż przed campingiem odetchnęliśmy z ulgą, do czasu kiedy pan policjant nie pomachał nam wesoło czerwonym lizakiem!  Trzy km do celu i mandat 50€, a pan zaczynał rozmowę od 180€ więc i tak nie skończyło się źle ;) i tym pięknym akcentem po sześciu godzinach jazdy i przejechaniu coś ponad 200 km dotarliśmy do celu.


Limit pecha wyczerpany i opłacony na cały urlop - przynajmniej taką mieliśmy nadzieję ;) Szybko nadmuchaliśmy namiot (tak, nadmuchaliśmy :D o tym namiocie później napiszemy kilka zdań ;) ) i poszliśmy nad wodę podziwiać znajome, ale nie znudzone jeszcze widoki. Madzia, w drodze marudna trochę, teraz odzyskała werwę do zabawy i szaleństw.


Poszliśmy spać wszyscy ok. dwudziestej drugiej, wykończeni dniem pełnym wrażeń. Nad ranem obudziła nas mega burza. W sensie mnie i Arka, bo Magda chrapała w najlepsze. Byliśmy w szoku, bo burza pod namiotem w górach to jednak nie to samo co w domu,  no ale postraszyło i przeszło, tak że zdążyliśmy jeszcze iść dalej spać. Obudziła nas Magda o 7:30 - kolejny szok, ten śpioch w domu jak wstaje o siódmej to jest luksus a tu proszę program wakacje chyba się załączył :D pozbieraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę w stronę Węgier. Tuż przed granicą zatrzymaliśmy się na obiad i rozprostowanie kości. Naszym celem na dziś był camping pod najwyższym szczytem Węgier - Kekesem. Kiedy tylko opuściliśmy Słowację naszym oczom ukazały się piękne widoki pól pełnych słoneczników. Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Zawsze mi się te kwiaty podobały, ale taki widok po prostu mnie zachwycał. Zaczęliśmy rozglądać się za bankomatem aby wypłacić trochę Forintów. Nie sprawdziliśmy obecnego kursu, więc kiedy Arek wrócił i oznajmił, że wybrał 25000 to aż się zdziwiłam jacy bogaci jesteśmy ;)) i tak z tysiącami forintów udaliśmy się do Mátra Kemping és Motel w miejscowości Sástó. Wszelkie nazwy miejscowości oczywiście były dla nas niepoczytalne ;) na szczęście Arek już w Polsce ustawił miejsca naszych punktów docelowych w nawigacji. Na campingu bez problemu dogadaliśmy się po angielsku i po załatwieniu wszystkich formalności udaliśmy się szukać odpowiedniego miejsca do szybkiego nadmuchania namiotu. Przebraliśmy się w kolarskie stroje i postanowiliśmy wjechać jeszcze tego dnia na najwyższy szczyt Węgier czyli Kékes.


Podjazd miał ok 8 km i po niecałej godzinie stanęliśmy na szczycie. Nie powiem że było mi łatwo ale też dużych problemów z tym podjazdem nie miałam ;) Brzuszek i spora przerwa w jeżdżeniu też zrobiły swoje :) Ze względu na dość późną już godzinę cyknęliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, kupiliśmy magnes na lodówkę i zjechaliśmy do campingu.


Po powrocie szybka toaleta i udaliśmy się na mały spacer połączony z kolacją przy orkiestrze na żywo. Przed dwudziestą drugą już spaliśmy, bo rano trzeba było znowu wstać i jechać dalej...


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts