Kiedy Arek zjechał już widokową częścią Transfogaraski było dość późno, więc postanowiliśmy pojechać do Bran, gdzie znajduje sie za...



 Kiedy Arek zjechał już widokową częścią Transfogaraski było dość późno, więc postanowiliśmy pojechać do Bran, gdzie znajduje sie zamek Hrabiego Draculi. Mieliśmy tam namierzony Vampire Camping :D nie trudno było tam trafić, a sam camping okazał się bardzo dużym polem, z całkiem przyzwoitym zapleczem sanitarnym. Straciliśmy godzinę na wybór odpowiedniego miejsca oraz zabawę z rozbijaniem naszego obozu, ale w końcu udało się.


Kiedy o 16 postanowiliśmy iść na zamek i kupić Madzi jakieś wampirze atrybuty nie spodziewaliśmy się że połowa drogi będzie przebiegać praktycznie po ulicy, bo przyczepka nie mieściła się na "chodniku".


Krajobraz miasta zmienił się jednak diametralnie za zakrętem, mianowicie naszym oczom ukazały się Krupówki! :D stragany pełne minionków, poduszek w kształcie owieczek, regionalnych strojów dla każdego a wampirze były tylko kubki... Żadnych zębów, strojów czy czegoś w tym klimacie. (W Zakopanym prędzej chyba byśmy coś takiego kupili) W końcu  ruszyliśmy na zamek. Wstęp na zamek a nawet na jego najbliższe tereny okazał się już zamknięty... o godzinie 17:00 :/ pozostało nam więc podziwianie go zza domów lokalnych mieszkańców.


Wracając zatrzymaliśmy się w restauracji na późny obiad i wróciliśmy powoli na camping.


Rano zwinęliśmy nasz majdan i ruszyliśmy nad Morze Czarne. Miastem docelowym była Constanta.
Na miejscu okazało się, ze cofnęliśmy się w czasie o dobre 40 lat! Campingu nie było, kurorty nadmorskie zostały opuszczone w poprzedniej epoce i tak stały po dziś dzień, a jak już spodobał nam się jakiś hotel to wszystkie pokoje zajęte. W koncu znaleźliśmy pokój, pominę jego cenę, która w żadnym wypadku nie była adekwatna do wystroju ;)
Jego standard był na prawdę nie z tego świata, ale było już dość późno i ze względu na naszego najmniejszego podróżnika nie chcieliśmy wybrzydzać. Rzuciliśmy torby przebraliśmy się, spakowaliśmy maskę do snorkelingu i pobiegliśmy na plażę. Wiecie co? okazało się, że Morze Czarne wcale nie jest czarne! ;) :D 


a jako że był przypływ a plaża, na której byliśmy była w malej zatoczce to i nurkowanie mijało się z celem, bo woda nie była dość przejrzysta :D za to była ciepła! Magda dosłownie wbiegała w fale i nie sposób było pohamować jej radości. Była w raju. 


Kiedy słońce już zachodziło zebraliśmy się i wróciliśmy do pokoju zmienić ubranie i ruszyc w miasto, które zaczynało tętnić życiem! Przy głównym deptaku rozbiły się stragany z owocami a głośna muzyka dobiegała z każdej restauracji. Wybraliśmy pizzerię z trampoliną, na której nasz urwis pożytkował niekończące się najwyraźniej pokłady energii. Zamówiliśmy pizze, słuchaliśmy muzyki rozmawialiśmy planując kolejne dni i ogólnie nastrój był bardzo przyjemny, na tyle przyjemny, że mój mąż dał się ponieść chwili i kupił mi różę od miejscowego handlarza kręcącego sie między stolikami. Wydał na nią tyle co na połowę naszej kolacji no ale cóż... Kobieta nie powinna protestować, kiedy mężczyzna wręcza jej kwiaty! ;) :* 


W wyśmienitych nastrojach dotarliśmy do pokoju i wszyscy padliśmy jak muchy. Jutro czekał kolejny dzień i wizyta w wymarzonym delfinarium :D

- JUSTYNA
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts