Rocznica to taki dzień, o którym mężczyźni zwykli zapominają, zaś kobiety zwykły bić wcześniej wspomnianych mężczyzn wałkiem po głowie ...

Czas w Las, czyli Drewniane Gody


Rocznica to taki dzień, o którym mężczyźni zwykli zapominają, zaś kobiety zwykły bić wcześniej wspomnianych mężczyzn wałkiem po głowie za ich zapominalstwo. Rocznica ślubu, gdy wpisze się ten termin w googlach, to najwyraźniej dzień w którym małżonkowie powinni udostępniać sobie na portalach społecznościowych laurki z serduszkami i obrączkami, ewentualnie w grę wchodzi pakiet "kolacja przy winie plus małe co nieco". I oczywiście rocznica ma swoje właściwości materiałowe - są papierowe, cukrowe, aluminiowe (serio?). Na dębowej się kończą, może więcej niż 80 lat z jedną babą żaden nie wytrzymał.
Razem z Justyną, może nie wyznajemy sobie miłości za pomocą wymyślnych obrazków z internetów, ale już wino, kolację i co nieco to my lubimy... Co zrobić w sytuacji gdy pomiędzy nas w pewnym momencie życia wskakuje mały brzdąc? Powiecie pewnie, że najlepiej brzdąca sprzedać na noc dziadkom, niech się nim nacieszą, a małżonkowie niech nacieszą się sobą... Nie wydaje Wam się to jednak może trochę dziwne? W rocznicę zawarcia związku małżeńskiego, ten mały owoc tego właśnie związku zostaje wyproszony gdzieś za drzwi, "dzisiaj mama i tata mają wolne", jakby nie był samym sensem tego małżeństwa? Hmm... A może nie jest? Pozostawię Was z tym pytaniem, drodzy czytelnicy.
W każdym razie Magda towarzyszyła nam w kolejnej już rocznicy we właściwy dla siebie sposób, czyli była głośno gdy trzeba być cicho, spała wtedy gdy spać nie miała (i na odwrót)... Ale przecież tak właśnie zachowują się dzieci, nadając takim dniom jak rocznica ślubu zgoła inny ton, niekoniecznie gorszy.
Noclegi trafiliśmy w końcu na travelist, wybór był trudny, bo jak zwykle jesienią ciągnie nas w Bieszczady. Jednak w tym roku zaliczyliśmy już nasze ulubione miejsca w Wilczych Górach dwa razy, więc zdecydowaliśmy się że uciekniemy na weekend w Sudety.
Przy okazji piątkowego przejazdu do apartamentów Czarna Góra w Siennej odkryliśmy również cudowną czeską szoskę o numerze 457, którą na pewno będziemy intensywnie ubijać na rowerach w 2017 roku. Same apartamenty są bardzo ok, oczywiście na kolorowych zdjęciach w ogłoszeniu nigdzie nie pisze że ośrodek jeszcze jest nieco w budowie, no ale co tam, za tą cenę można było przymknąć oko. Za rok czy dwa to może  faktycznie będzie najlepszy kurort narciarski w Polsce. W każdym razie wieczorem była kolacja, ogarnianie się po podróży i plany na weekend. Obejrzeliśmy też dwa odcinki "Twardowskiego" oraz "Smoka", które z czystym sumieniem polecam.
Sobota była rano dość pochmurna i niewyraźna, wstaliśmy też dość późno. Po śniadaniu zaatakowaliśmy szczyt Czarnej Góry, na który już wybierały się pielgrzymki turystów z różnych wycieczek. Tempo było mega spokojne,


Magdalena uczyła się dzielnie chodzenia pod górę z plecakiem, do tego zauważyła, że w około rośnie dość sporo jagód. Szybko okazało się że bardziej interesuje ją pełny brzuch niż całe te nasze góry,


więc wrzuciłem ją do nosidełka i co jakiś czas zatrzymywałem się, żeby nazbierać kolejną garść jagód dla naszego głodomora.


Po zejściu były oscypki w pobliskiej bacówce, była też orzeźwiająca żentyca, słowem - wypas.
Druga z sobotnich atrakcji znajdowała się nieopodal, wybraliśmy się na wycieczkę do Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Po zaparkowaniu samochodu ruszyliśmy w kierunku jaskini, całe szczęście że Justyna zatrzymała się przy stoisku z pamiątkami - sprzedająca tam pani poinformowała nas że do Jaskini już dzisiaj nie wejdziemy, gdyż odbywała się tam jakaś zamknięta impreza (rocznica otwarcia Jaskini chyba?). Zostaliśmy chwilowo bez planu na wieczór, szybko jednak przypomniałem sobie o materiale reklamowym z apartamentu, był tam pokazany sympatyczny zalew z kąpieliskiem gdzieś w pobliżu Siennej.


Tym zalewem okazał się być zalew w Starej Morawie, z pięknym molo i wieżą widokową, nieco wyludniony jesienią, okazał się być idealnym miejscem na chwilę odpoczynku od chodzenia po górach.


Zdążyliśmy jeszcze odwiedzić Lądek Zdrój, pełen ludzi gór z okazji odbywającego się tam festiwalu - samo miasteczko może trochę zaniedbane, ale okolice kurortu naprawdę robią wrażenie. Magda poskakała troszkę na małym placu zabaw, Chrisa Sharmy ani Piotra Pustelnika nie udało nam się spotkać - co tam, będą jeszcze następne okazje.
Niedziela również zaczęła się pochmurnie, ale wysoko w górach przebijało się już słońce i zapowiadał się naprawdę piękny i ciepły dzień. Wyruszyliśmy na południe, do naszych sąsiadów aby ocenić ich najnowszy wynalazek w dziedzinie górskich wież widokowych - niedawno otwarty Skywalk w miejscowości Dolni Morava. Godzinka jazdy i byliśmy na miejscu, darmowy parking zawsze spoko, zebraliśmy się i powoli (tempo nadawała Magda) spacerowaliśmy w kierunku wyciągu prowadzącego pod wieżę, w międzyczasie podziwiając widoki na Trójmorski Wierch, ze swoim skalistym wschodnim zboczem.


Swoją dojazdową nazwę zawdzięcza temu że jest to jedyne miejsce w Polsce gdzie zbiegają się zlewiska trzech mórz - dopływy Nysy Kłodzkiej w zlewisku Bałtyku, dopływ Cichej Orlicy w zlewisku morza Północnego i wreszcie dopływy Morawy w zlewisku morza Czarnego.
Gdy dotarliśmy pod stację wyciągu, to szczerze powiedziawszy miałem mały szok - cenowy. Wjazd i wejście na Skywalk kosztuje jakieś 70 zł za twarz, samo wejście na wieżę z połowę tego. Trudno, raz się żyje, pomyślałem. Zapakowałem rodzinkę na wyciąg i po paru stresujących minutach (nie szaleję za jazdą wyciągiem z małym dzieckiem) byliśmy u góry.


Tam dopiero widać było jak szaloną konstrukcją pod względem inżynierii jest Skywalk. Całkowicie niesymetryczną, prawie z samej góry znajduje się  długa zjeżdżalnia, a w pewnym miejscu można było przejść skrótem w postaci tunelu z grubej siatki, pomiędzy kolejnymi zakolami kładki prowadzącej na szczyt.


A na szczycie także znajdowała się ta gruba siatka, można było na niej chwilę odpocząć, strzelić selfie jak tłumy innych turystów i powoli schodzić na dół.


Myślę, że każdy, gdy już znajdzie się na szczycie, pomyśli, że warto było zapłacić żeby tu wejść. Na dół zjechaliśmy wyciągiem (są też wypożyczalnie czegoś w rodzaju terenowej hulajnogi) i ruszyliśmy w stronę Międzygórza.
Tam czekał nas smaczny i tani posiłek w Wilczym Dole (mamy słabość do wszelkich "Wilczych"knajpek) oraz dość długi popołudniowy spacer do Ogrodu Bajek, który wcale naszej córy nie zainteresował.



No trudno, Justyna też już odczuwała zmęczenie dzisiejszym dniem, więc udaliśmy się do Stronia Śląskiego na małą kolację i zakupy, potem szybko spać i w poniedziałek rano pożegnaliśmy Sudety.
Było super, na pewno jeszcze tam wrócimy :)

- AREK


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts