Weekend zaplanowany co do godziny można by rzec. Nastroje wyśmienite, z uśmiechami na twarzach kładliśmy się spać w piątek wieczor...



Weekend zaplanowany co do godziny można by rzec.
Nastroje wyśmienite, z uśmiechami na twarzach kładliśmy się spać w piątek wieczorem.

Sobota rano.
Wstaje nasza mała buntowniczka lewą nogą, dupskiem do góry i czym tam jeszcze się da. Dziś jedziemy do ZOO. Ale Magda obwieszcza, że ona nie jedzie! Bo... Nie lubi ZOO.
Śniadanie upłynęło dość nerwowo, zapakowaliśmy dzieciaki do auta i jednak w komplecie ruszyliśmy do ZOO.
Ruszyliśmy do ZOO w Opolu już w drodze z parkingu do bram Ogrodu Zoologicznego Magda trzy razy wracała się do auta, mówiąc ze nie chce iść do ZOO.
Kiedy została wniesiona do tego nieszczęsnego ZOO, nagle zapragnęła zobaczyć zwierzątka! Dla świętego spokoju wypożyczyliśmy drewniany wózek, w którym Arek woził Madzię.
Mateusz-uodporniony już na wszelkie humory i krzyki siostry, zasnął niedługo po wejściu do ogrodu.
Poza sezonem ZOO nie wyglądało zbyt atrakcyjnie.
Zagroda ze zwierzętami domowymi, z możliwością karmienia ich przez małe dzieci miała być główną atrakcją dla naszej Magdy, ale niestety była nie czynna. Alejki między zagrodami w niektórych miejscach były kompletnie nieprzejezdne z powodu wielkich kałuż powstałych w wyniku ostatnich opadów deszczu.




Mimo to udało nam się zrobić kilka fajnych fotek, a Mateusz obudził się akurat jak wychodziliśmy i rzutem na taśmę załapał się na fotkę z gorylem.


Wyjście z ZOO było okupione oczywiście płaczem, bo Magda jednak lubi ZOO i wcale nie chce wracać do domu...



Niedziela rano. 
Humor naszej buntowniczki nie uległ wielkiej poprawie, ale dzisiaj w planie były góry. Jako, że Magda po górach już chodzi, Arek wziął tylko asekuracyjnie siedzisko na barana, a ja miałam nosić Matiego w Chicco.
Zanim ja z Matim wygramoliłam się z auta, Magda zdążyła "zmarznąć na kość" i oświadczyć Arkowi że nie lubi gór.


W ogóle to ją nogi bolały i od początku Arek zmuszony został do niesienia jej na barana.
Dzieci ubrane jak na przysłowiowy Sybir, pogoda była "w miarę", i nagle rozlega się płacz.
Magda mówi, że jej zimno w buzie i ona chce do auta! Na nic się zdały się rozmowy, negocjacje i dodatkowe warstwy odzieży.


Po całych piętnastu minutach wyprawy wróciliśmy do samochodu.




Gdy tylko ruszyliśmy, Magda oczywiście oświadczyła, że do domu wracać nie chce...
Tak zakończył się nasz cudowny weekend poza domem ;)

Co poradzić??
Nasze starsze dziecko zaczyna już jasno wyrażać swoje zdanie, argumentując swoje potrzeby, które nie zawsze pojawiają się w odpowiednim momencie dla nas. Ale teraz właśnie, rośnie nam partner i kompan podróży. Uczymy się wspólnie planować dzień i brać pod uwagę potrzeby każdego z nas, bez względu na wiek.
Takich weekendów pewnie będzie jeszcze kilka(naście), ale każdy na pewno nas czegoś nauczy i z każdego, będziemy się starali wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Bunt dwulatka w końcu przechodzi...


W bunt trzylatka...
I tak do czasu, aż się z domu nie wyprowadzi ;)

- JUSTYNA

    Pomyślałem sobie, że przy okazji coraz  bardziej kontrowersyjnego ostatniego dnia  Października, określanego szeroko rozumianym zac...


   Pomyślałem sobie, że przy okazji coraz bardziej kontrowersyjnego ostatniego dnia Października, określanego szeroko rozumianym zachodnim terminem "Halloween" - chociaż dużo bardziej wolę nasze słowiańskie "Dziady"- napiszę coś o duchach. Bez zagłębiania się w irlandzkie / saksońskie / walijskie, czy też słowiańskie genezy obrzędów związanych z tym dniem - oraz kwestię wiary... Dodam jednak, że bardzo cieszę się że Druidzi już nie pukają do drzwi i nie porywają nam dzieci - zamiast tego to dzieci robią nam psikusy.

   Opowiem wam trochę o śląskiej "wsi widmo", która ma niejako podzielić losy Atlantydy.
Z tą różnicą, że wieś ta nie jest wyspą, oraz wszyscy jej mieszkańcy przeniosą się w inne miejsce zamiast utonąć. I zasadniczo wieś ta nie jest w Grecji. 


   Uroczysko Nieboczowy (oficjalna nazwa na rok 2017) to nieistniejąca już wieś, której początki sięgają XII wieku. Licząca w końcowym okresie jej istnienia około pół tysiąca mieszkańców osada została przesiedlona w nowe miejsce, w związku z budową zbiornika przeciwpowodziowego na Odrze. Odwiedziliśmy to miejsce wiosną tego roku - stalowe olbrzymy terraformujące okolicę zdawały się otaczać uroczysko z każdej strony, jednak bez przeszkód można było tam jeszcze dotrzeć autem. 

   Na miejscu przywitał nas ponury obraz ruin domów, niektórych w opłakanym stanie, inne zaś wyglądały na takie, w których jeszcze wczoraj ktoś mieszkał... Ze wzmianek w sieci, które teraz odnajduję pisząc tego posta można wywnioskować, że mieszkało tam wtedy jeszcze kilkanaście osób. To dziwne, bo nie widzieliśmy tam żywej duszy. 


   Auto zostawiliśmy pod kościołem na Uroczysku. Justyna karmiła Mateusza, a ja z Magdą ruszyliśmy na tak zwane "zwiady". Tak tak, został tam też kościół. A jak łatwo się domyślić, obok kościoła znajduje się zwykle cmentarz. Z nim też wiąże się pewna ponura tajemnica, na którą trafiam pisząc te słowa. Domyślacie się już, że ciała pochowane na cmentarzu w Nieboczowach przeniesiono na nowy cmentarz. Posłużę się tutaj liczbami podanymi przez archeologów: jeszcze przed przystąpieniem do prac przewidywano, że na starym cmentarzu w Nieboczowach znajdują się łącznie 292 groby, ze szczątkami 471 osób. Co ciekawe, ostatecznie doliczono się 47 grobów więcej, a liczba szczątków wynosiła 598. Myślę - no to grubo. Ale to jeszcze nie koniec - archeolodzy dokonali także szokującego odkrycia: na cmentarzu znaleziono także szczątki kilku-dziesięcioro dzieci. Trzydzieści sześć drewnianych trumienek z resztkami ciał oraz pozostałościami po lalkach, smoczkach, z medalikami... 

   W regionie zawrzało. Co było przyczyną śmierci tych dzieci? Plaga? Katastrofa? Dlaczego nie istniała żadna, jakakolwiek informacja o tym, że zostały tu pochowane? Dopiero ekshumacje ciał dały pewne odpowiedzi. Nie były to raczej ofiary kataklizmów lub wojny, przyczyną były prawdopodobnie choroby i wysoka śmiertelność dzieci w tamtych czasach. Rodzice dzieci umierali lub opuszczali Uroczysko Nieboczowy, miejsce pochówku przestało być opłacane i pamięć o dzieciach ginęła w odmętach czasu... Brrr! 


   Powędrowaliśmy z Magdą w stronę pobliskich zabudowań. Ruiny domów straszyły ciemnością ziejącą z okien i drzwi, skrzypiące okiennice i resztki niespokojnie poruszających się firan (to na pewno wiatr, na pewno) budziły niepokój. Przynajmniej mój, Magda z zaciekawieniem przyglądała się pustostanom i widać że coś ciągnęło ją do zwiedzania. Nie szczekał na nas żaden burek na placu, nawet ptaków specjalnie nie było widać. Informacje z sieci mówią mi dziś, że budynki, które zostały całkowicie opuszczone oznaczano literami "OK" wymalowanymi na ścianie domu. Przeglądając dzisiaj zdjęcia zauważam, że na wielu z nich tych liter nie było.


   W każdym razie Justyna zadzwoniła mi z informacją, że Mateusz raczej nie ma ochoty na zwiedzanie wsi widmo, zawołałem więc Magdę i powoli wracaliśmy do auta. Aura też zaczynała kręcić nosem. Kątem oka zerkam jeszcze raz na budynek kościoła. Świątynia w której już nie ma Boga. Została oczywiście poddana desakralizacji, a w wieży znajduje się wielka dziura przez, którą wyciągnięto dzwon kościelny. Co prawda na zachodzie wiele kościołów przestało istnieć i wewnątrz tych budynków znajdują się już inne "instytucje", ale w konserwatywnej Polsce, przynajmniej w moim mniemaniu, ciężko przetrawić słowa "nieczynny kościół". A właśnie taki stał teraz przed nami. Pamiętam, że zastanawiałem się czy budowla kościoła zostanie całkowicie zburzona, w końcu okazała wieża zapewne wystawała by ponad poziom zbiornika wodnego, który ma tutaj powstać. Zrównanie z ziemią kościoła to raczej nie to samo co zrównanie z ziemią zwykłego budynku - zastanawiałem się czy ekipa wyburzająca miała by po wszystkim wyrzuty sumienia. Czy mogliby potem spać spokojnie. 


...właśnie przeczytałem, że miesiąc po naszych odwiedzinach spłonął dach kościoła i budowla się zawaliła. Kto, jak i dlaczego - nie wiadomo. Kwestia dylematów moralnych ekipy wyburzającej zniknęła. Kościół dołączył do pozostałych ruin na Uroczysku, z których większość też została spalona. Uroczysko będzie istnieć jeszcze rok. W 2019 roku planowane jest całkowite zalanie tamtego obszaru.

Wracając powoli do samochodu zahaczyliśmy jeszcze o opuszczone podwórko, pamiętam, że na środku rosło drzewo, przykucnąłem żeby zrobić Magdzie zdjęcie, kiedy w pewnym momencie moja córka popatrzyła gdzieś ze mnie, uśmiechnęła się i pomachała... Obróciłem się ale za mną była tylko ściana domu z dziurami po oknach. Mimo, że słońce było dość wysoko to ciarki mi przeszły po plecach, zabrałem dziecko i udałem się czym prędzej do samochodu, w którym czekała nieświadoma żona z synem.

Z perspektywy czasu, po analizie tych wszystkich faktów i historii związanych z Uroczyskiem nie mogę się nadziwić ile tajemnic skrywała ta niewielka znikająca wieś.

- Arek

Będąc jeszcze w ciąży z Mateuszem szukaliśmy rozwiązań jak najszybciej rozpocząć sezon rowerowy z maluszkiem. Magda do przyczepki wsia...


Będąc jeszcze w ciąży z Mateuszem szukaliśmy rozwiązań jak najszybciej rozpocząć sezon rowerowy z maluszkiem.
Magda do przyczepki wsiadła mając juz skończone 9 miesięcy więc wystarczyły dwie poduchy po bokach żeby jej się wygodnie spało ;)
Ale do rzeczy...
Wkładkę WEBER kupiliśmy zaraz po tym jak Mateusz pojawił się na świecie a pierwszy spacer zaliczyliśmy już w styczniu kiedy Mati skończył miesiąc.


Co tu dużo pisać jesteśmy z niej zadowoleni w 100%
Dzięki niej, w tym roku mogliśmy zrobić tak wiele na rowerach, biegówkach czy na zwykłych spacerach, a wiek Mateusza nie był przeszkodą we wspólnym, aktywnym spędzaniu czasu.


Przyczepka zastąpiła nam całkowicie wózek (nawet gondolę). Przy takiej małej różnicy wieku między dziećmi wkładka jest idealnym rozwiązaniem do przyczepki rowerowej z funkcją wózka.
Dzieciaki świetnie się dostosowały i z czasem nawet różne pory drzemek nie stanowiły problemu aby wyjść z dwójką na zwykły spacer.


To jeszcze parę spraw technicznych:
Dzięki wykonaniu z wysokiej jakości pianki EPP (spieniony polipropylen) wkładka jest niezwykle lekka, prawie niezniszczalna, odporna na warunki atmosferyczne, posiada właściwości tłumiące drgania.
Nadaje się do stosowania dla dzieci już od 1 miesiąca życia do 9 miesiąca lub 9 kg wagi (Mati nadal maksymalnej wagi nie osiągnął)
Sztywna konstrukcja stabilizuje dziecko, a pasy (wykonane z mikrofibry - 100% poliester) utrzymują je w bezpiecznej pozycji.
Wyściółka jest z pluszowego futerka (100% bawełna) a całoś waży jedynie 550g.

Cena nowej wkładki to ok 300zł a używane można kupić za 100zł mniej ;)
Trzymają cenę ponieważ aby ją zniszczyć człowiek musiałby się na prawdę postarać. Nasza przy intensywnym, niemalże codziennym użytkowaniu wygląda jak nowa, więc wydatek jak najbardziej się opłacał.
Polecamy!

- JUSTYNA

Pierwszy raz w Dolinie Pięknej Pani byliśmy w zeszłym roku. Miasto słynie z Egri bikawer - czerwonego półwytrawnego wina. Pogoda nie do...


Pierwszy raz w Dolinie Pięknej Pani byliśmy w zeszłym roku. Miasto słynie z Egri bikawer - czerwonego półwytrawnego wina.
Pogoda nie do końca nam wówczas dopisała i namiot rozbijaliśmy między opadami deszczu. Nie mając nadziei na poprawę, ruszyliśmy z Madzią w przyczepce najpierw na obiad.
Jakie było nasze zaskoczenie kiedy czytając menu na tablicy jednej z restauracji zostaliśmy zaproszeni w naszym ojczystym języku przez jej kelnera :)
Małą atrakcją restauracji była duża papuga Ara, kiedy tylko Magda ją zobaczyła nie odstępowała klatki na krok, ku uciesze ptaka.


Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na podbój winnic.
Mi, z uwagi na obecny wówczas stan (Mati był jeszcze w brzuchu :D ) pozostało jedynie wąchanie kolejnych degustowanych win przez Arka. Kierując się jedynie zapachem i opinią męża, wybierałam kolejno butelki tego napoju bogów, na czas kiedy będę już mogła delektować się ich smakiem. W efekcie czego wracaliśmy z pokaźnym zapasem różnorodnego wina w przyczepce :D



Planując tegoroczny urlop, Eger był jednym z obowiązkowych punktów do zaliczenia. Tym razem pogodę mięliśmy wymarzoną i namiot rozbijaliśmy już w pełnym słońcu.
Magda szalała na swoim rowerku a Mati fascynował się każdym źdźbłem trawy.
Plan dnia wyglądał podobnie - kiedy obozowisko było już gotowe, udaliśmy się na obiad (do innej ale równie pięknej restauracji). Magda, jako że na rowerze spaliła parę kalorii, wyjadła Arkowi wszystkie kawałki mięsa z pikantnego gulaszu, aby mieć siłę na podbój winnic.
Mateusz obiad przespał, za to na degustację wina wyraźnie miał ochotę.


Jeśli sam zapach go kusił tak jak mnie rok temu, to chyba jestem w stanie go zrozumieć ;) 
Całe szczęście, że mięliśmy ograniczony budżet bo każde kolejne próbowane przeze mnie wino smakowało lepiej od poprzedniego. Gdybym chciała kupić każde, albo większość tych dobrych, to puściłabym nas z torbami :D
Wybraliśmy więc skromnie kilka butelek i jeden kartonik (promka była ;)) i wróciliśmy do namiotu.
Mimo iż w Egerze znamy tylko dolinę Pięknej Pani, to z całego serca polecamy zajrzeć tu każdemu kto znajdzie się w pobliżu.


Klimat tego miejsca jest niesamowity, a kiedy zapada wieczór i otwarte winnice kuszą ciepłym blaskiem spacerujących turystów, z wnętrza dobiega muzyka i gwar przeplatany ze śmiechem klientów - to ma się ochotę wstąpić do każdej z nich.


Jesteśmy niemalże pewni, że nie była to ostatnia wizyta w tym miejscu :)

- JUSTYNA

Dzisiaj trochę o blaskach i cieniach tych cudownych miejsc, o których wszyscy czytamy na blogach podróżniczych, potem oszczędzamy pienią...


Dzisiaj trochę o blaskach i cieniach tych cudownych miejsc, o których wszyscy czytamy na blogach podróżniczych, potem oszczędzamy pieniążki na wyjazd, wreszcie tam jedziemy i...

No ale, od początku. Proszę Cię teraz czytelniku - wyobraź sobie, że wracasz właśnie z kolejnej niedzielnej rundy na górę Świętej Anny. Nie jest za ciepło, cieszysz się, że zabrałeś wiatrówkę i rękawki. Bidon pusty. Po drodze wszystko pozamykane, najbliższy Orlen za kilkanaście kilometrów, a Tobie bardzo chce się kawy i toalety. I myślisz sobie:

"Znowu ta Anka.. W sumie mam trochę odłożonego hajsu... A może by tak rzucić wszystko i pojechać do Hiszpy, co? Może Alpy, tam tak pięknie? Szkocja? A może Chiltern Hills?"

Przecież jest tam tak pięknie. Niczym nie skalana przyroda, asfalty gładkie jak pupa niemowlaka, ani śladu człowieka, ani śladu aut... przynajmniej tak to wszyscy opisują. Poza tym wszyscy, WSZYSCY tam chcą jechać, więc coś musi w tym być, co nie..?

...ok, ostatnie zdanie na przykładzie Morskiego Oka w Tatrach już samo w sobie nie jest argumentem przekonującym do wyjazdu - jeśli jeszcze nie wiesz czemu to lepiej przestań czytać i jedź w wakacje na Morskie Oko.

Może więc przejdę do sedna sprawy: Etna. Kuźnia Hefajstosa. Najstarszy stratowulkan na świecie, największy w Europie, nadal aktywny. Góra która wybucha i ciągle dymi. A te wybuchające płomienie i dym to, jak podają również starożytne mity greckie, ostatnie tchnienia potwora Tyfona, którego powalił piorunem Zeus. W tym roku wspinali się tam kolarze w trakcie Giro d'Italia. Chyba nie muszę Cię już dłużej przekonywać, że podjazd ten odhacza wszystkie fajki w quizie pod tytułem "Czy ten podjazd jest kultowy?".

No więc byłem tam w tym roku, razem z kolegą Robertem. Zamówiliśmy wspaniałe włoskie rowery. Dostaliśmy troszkę mniej wspaniałe, jeden włoski, drugi amerykański. Zrobiliśmy ten podjazd, pokręciliśmy się też po plażach Sycylii. I zrobiliśmy bardzo dużo pięknych zdjęć.

Ale dzisiaj tych zdjęć wam nie pokażę.

Dzisiaj zobaczycie zdjęcia, wraz z krótkimi opisami, które były robione trochę przypadkiem, trochę przy okazji. Trochę z żalu, jak człowiek może robić takie rzeczy. W tak pięknym miejscu. Gdy niedawno wspominałem ten wyjazd zauważyłem, że tych zdjęć jest całkiem sporo, i wiele mówią o tym miejscu, o ludziach, którzy tutaj mieszkają, którzy to miejsce odwiedzają. Wnioski pozostawiam tobie, drogi czytelniku. Na koniec, proszę, zadaj sobie tylko to jedno pytanie - dlaczego tak mało ludzi pokazuje takie zdjęcia?



 1: Catania wita Polaków! Tak, ten Rover ma blachy z Dąbrowy Tarnowskiej.

2. Targ rybny się zwija. Nie sposób opisać zapachu.

3: "Brama Miłości" na peryferiach Catanii. Kto policzy wszystkie gumki na tym zdjęciu?

4: Robert patrzy na śmieci nad lotniskiem, w tle Etna.

5: Robert szydzi, ja wymieniam dętkę na zaśmieconym poboczu.

6: Etna najwyraźniej poza bombami wulkanicznymi wyrzuca też pełne pieluchy.

7: Pustynia wulkaniczna, ten cały syf to na pewno z wulkanu. Na pewno.

8: Tu chyba ognisko wymknęło się spod kontroli.

9:  Nasze rowery oparte o dekoracje plażowe.

10: Kozy, Fiat Seicento i plastik.

11: Robert szydzi robiąc zdjęcie, ja zmieniam dętkę obok latarni którą ktoś chciał odkręcić (?!?)

12:  A mówili: "Nie buduj domu na aktywnym wulkanie!"

13: "Nasi tu byli!"



 - Arek












Jeśli bloger-podróżnik (a za takiego przynajmniej staramy się pozować) nic nie pisze przez cały miesiąc to może to oznaczać kilka rzecz...



Jeśli bloger-podróżnik (a za takiego przynajmniej staramy się pozować) nic nie pisze przez cały miesiąc to może to oznaczać kilka rzeczy. Mianowicie:

- szlak go trafił - poszedł gdzieś w pierony, tam gdzie roaming jeszcze nie dotarł i nie ma jak dać znać, że żyje;
- szlag go trafił - tego chyba nie muszę tłumaczyć;
- szefo go trafił - siedzi gdzieś w pracy i musi mocno zasuwać, żeby zdążyć przed dedlajnem;
- wszystkie trzy powyżej.

W naszym przypadku, pomiędzy moją pracą w korpo, Justyny opieką nad dziećmi i domem (który i tak wiecznie wygląda jakby ktoś wczoraj wrócił z wyprawy dookoła świata i rozsypał wszystkie zabawki), praniem i całą resztą... Pomiędzy tym wszystkim, są ukochane weekendy.

Gdy tylko zrywam się z pracy krzycząc "Yabba Dabba Doo!" ruszamy gdzieś, robić coś. Szkoda, że po tym czymś często brakuje sił i czasu, żeby coś o tym napisać.

Dlatego lipiec załatwiamy jak burza - skrótem wiadomości z całego miesiąca - mam nadzieję, że taka forma nikogo nie zniechęci do czytania naszego bloga, obiecuję że będziemy takich skrótów unikać, choćby z szacunku do czytelników i pięknych miejsc, które odwiedzamy. W końcu w życiu nie chodzi o czekanie, aż burza minie - chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu! (Vivian Green takie mądre cytaty rzucała na lewo i prawo).


Weekend pierwszy: Ostrava - Landek.


U naszych kochanych braci z południa, zaraz obok Czeskiej stolicy Śląska znajduje się park Landek - będący jednocześnie wielkim muzeum górniczym, z tonami atrakcji: wieża widokowa, posąg Wenus, dinozaury, kolej wąskotorowa, korty tenisowe i siłownie, kantyna w cechowni... 





Tam trzeba jechać, i trzeba zasmakować zupy czosnkowej z jajkiem!




Weekend drugi: Tour de Silesia 2017

Tu akurat rola dzieciarni i małżonki polegała na wspieraniu mnie w pokonaniu dystansu 370 kilometrów w pierwszej edycji Tour De Silesia.





Dodam tylko, że był to dystans mini :) Na trasie urzekł nas zajazd rowerowy Nawsie w Bolęcinie.




Weekend trzeci: Rapha Rising 2017

Coroczny challenge na nabijanie metrów przewyższeń w lipcu, dla mnie nie był szczególnym wyzwaniem (Tour De Silesia nabiło mi 3200 z docelowych 4600), ale dla małżonki już tak - nie miała zbyt dużych możliwości kręcenia w tygodniu, z powodu mojej pracy, więc w weekendy trzeba był nadrabiać. Sobotni wieczór ruszyliśmy więc na Górę Świętej Anny, zobaczyć jak znoszę podjazdy z dwójką brzdąców.





W niedzielę, pewny już swoich możliwości zabrałem całą rodzinkę w góry Opawskie, gdzie zmierzyliśmy się z podjazdem pod Biskupią Kopę, tym razem od strony Czeskiej.





 Weekend czwarty: Rapha Rising, Rapha Womens 100

W niedzielę upływał termin wyzwania Rapha Rising, więc w sobotę trzeba było mocno dokręcić metrów. Wybór padł na Pradziada. Co ciekawe, Magda była na nim już trzeci raz w swoim krótkim życiu :) 






Niedziela to coroczne małe święto Kobiet na rowerach - na całym globie zbierają się grupy pięknych rowerzystek i wspólnie pokonują dystans 100km.






 Justyna zabrała się ze świetną grupką z okolic Częstochowy - Cycling Jura Women, przy okazji poznając kilka nowych koleżanek. Ja rządziłem z dzieciakami w Częstochowie i Olsztynie, czekając na żonę. Było upalnie i burzowo.




Weekend piąty: Prawie zepsuty przez moje sobotnie nadgodziny. Rowery były wykluczone, wszyscy potrzebowaliśmy detoksu od dwóch kółek, po wyzwaniach Raphy. Udało się nam uratować wieczór wybierając się na pięknie położone pole namiotowe w Dolinie Będkowskiej, obok schroniska Brandysówka.






 Mati przespał pierwszą noc w namiocie - już wiemy, że takie wypady będziemy robić częściej. W niedzielę pospacerowaliśmy jeszcze po innych dolinkach w pobliżu Krakowa i wróciliśmy do domu, żeby w końcu trochę odpocząć... Ufff.




Sezon burz za nami, pozostało nam jeszcze wytrwać te parę tygodni, bo już niedługo zaczynamy urlop - ojjj będzie się działo!  

- Arek

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts