Ile to już ich było? A zresztą, kogo to obchodzi? Dzisiaj piszę nie o jakimś tam wyznaczonym "dedlajnie" w którym wszyst...


Ile to już ich było? A zresztą, kogo to obchodzi? Dzisiaj piszę nie o jakimś tam wyznaczonym "dedlajnie" w którym wszystko się skończy. Dzisiaj o tych lepszych końcach świata. Cytując wikipedię: "Określenie bywa też używane w znaczeniu miejsca odległego od cywilizacji". 

No właśnie.

Uwielbiam końce świata. Gdzie one są i ile ich jest? Na to akurat odpowiedź jest prosta: jest ich nieskończenie wiele, bo każdy postrzega koniec świata nieco inaczej. Dla jednego może to być Ziemia Ognista. Dla drugiego - Bytom, dzielnica Bobrek. Dla mieszkańców wsi Głuszyna to nazwa jednego z jej przysiółków, swoją drogą zamieszkanego przez jedną osobę. Ha!

W moim odczuciu końce świata są tam gdzie kończy się również nasza, że tak to ujmę, szeroko rozumiana strefa komfortu. Nie wszystko już jest tam znane, nie wszystko jest oczywiste. Z tych przyczyn końce świata często utożsamiam z mało cywilizowanymi pograniczami naszego pięknego kraju. Mogą to być też oddalone od wszystkiego oazy, góry, miejsca gdzie czujemy że wokół nie ma żywej duszy. Nikt nam nie przeszkadza. I nikt nam nie pomoże gdyby coś poszło nie tak.


Zdaję sobie sprawę że człowiek nie może ciągle wracać w miejsca które kocha, bo w przeciwnym razie nie zobaczy żadnych nowych miejsc. Mimo tego mam parę takich, "swoich" miejsc, takich do których lubię wrócić raz na jakiś czas. Jednym z nich niewątpliwie jest Radocyna. Ewidentny koniec świata. Opuszczona wieś w Beskidzie Niskim, parę szkieletów domów, góry, drzewa, wilki i tym podobne. Odwiedziliśmy ją już wcześniej na rowerach, Magda (i Mati w brzuchu Justyny) towarzyszyła nam jednak w pieszej wędrówce z przejścia granicznego w Koniecznej, gdzie demolowała przydrożne latarnie :)



 Ta wizyta była jednodniowa, ale to przy okazji pierwszej wizyty tam, w czasie jesiennego rykowiska można było poczuć się jak w prawdziwej dziczy. Las dosłownie cały ryczał wieczorem, niczym przerażająca dżungla w której wszystko ma apetyt na Ciebie. Czarne bociany, dziki, jelenie, czego tam nie było! To uczucie izolacji od świata człowieka towarzyszyło nam przez całą drogę z Radocyny do Nieznajowej, aż do pierwszych zabudowań i oznak cywilizacji... Ale z Magdą też było fajnie. W upalny wiosenny dzień odczucia są zgoła inne, do tego turyści zmotoryzowani którzy często odwiedzają Radocynę niestety psują nieco urok tego miejsca. Mimo wszystko udało nam się spędzić tam wspaniałe, luźne popołudnie, o co zresztą nigdy nie jest trudno w magicznej krainie jaką jest Beskid Niski.




Bieszczady to naturalnie przychodzący na myśl jako pierwszy, oczywisty koniec świata. Może nie latem gdy połoniny są pełne ludzi. Ale jesienią, gdy w październiku brak już tam żaków i innych wakacyjnych turystów, wczesną wiosną lub zimą nasze Biesy nabierają innego smaku. Tak, wtedy czujesz ten koniec świata, gdy w suchym, wyjącym wietrze stoisz na Haliczu i patrzysz w stronę Ukraińskich lasów, gdy zbliżasz się do obelisku na Kremenarosie, kiedy sam jak palec (lub też z żoną u boku i córką na plecach) zimą wchodzisz na grań Bukowego Berda a jedyne ślady które widzisz na śniegu należą do ciebie lub niedźwiedzia...




Na innym końcu Bieszczad, tam gdzie przechodzą już w Beskid Niski, jest kolejny koniec świata. Stoi tam nawet schronisko w pobliżu szlaku Wojaka Szwejka. To już w ogóle trzeba zobaczyć samemu. Gdy tam dotarliśmy okazało się że na końcu świata nie ma nikogo, bo właściciele schroniska pojechali uzupełnić zapasy. Z pewnością tam wrócimy późną jesienia lub wczesną wiosną - gęste zarośla leśne oraz liczne wierzby rosnące przy potokach będą wtedy wyglądać zupełnie inaczej, chyba tylko potęgując mocno już peryferyjny charakter tych okolic.















Inny rodzaj końca świata można już zobaczyć zaraz za Polską granicą, w pobliżu Tatrzańskiej Kotliny i Białej Spiskiej na Słowacji. W tej malowniczej okolicy lekko kurortowy charakter miescowości otaczających Tatry, w momencie minięcia znaku "Podhorany" zaczyna ustępować obrazowi całkiem odmiennej kultury. Wraz z poruszaniem się dalej na wschód znikają gdzieś nagle górale z ovcym syrem, tatrzańską herbatą i drogimi pamiątkami. Ich miejsce zajmują społeczności cygańskie, których w tym rejonie Słowacji jest dość sporo, umiejscowionych często w osobnych przysiółkach wsi i miast, określanych mianem Romskich Osad. 

Mocno różniące się od nas rysy twarzy i karnacje, jeżyk który ze słowackim ma niewiele wspólnego czy też ogólne podejście do szeroko rozumianego życia na wsi (polecam street view) tworzą obraz miejsca w którym nie chciałbyś się znaleść z ciężarną żoną oraz brzdącem w przyczepce, na rowerach które na szczęście nie mają metek z ceną. Wydźwięk otoczenia jest prosty - nie jesteś Romem to nie powinno cię tutaj być. Dość powiedzieć że infrastruktura przypominała fawele w Rio, a zaznaczam że tydzień wcześniej przejechaliśmy przez calutką Rumunię i czegoś podobnego nie widzieliśmy. Ten rodzaj końca świata będę następnym razem z pewnością omijać przy planowaniu wycieczek rowerowych.



Bez dwóch zdań wrócę do tego tematu, zwłaszcza że ostatnio gdy kręciłem kilometry w czasie #Festive500 natrafiłem na jeszcze jeden koniec świata - a raczej była to Koliba na Konci Světa, w czeskich Petrovicach. Trzydzieści kilometrów od domu! Jak widać końce świata można znaleźć na każdym rogu :)


-Arek

Po nocy w tym naszym luksusie z poprzedniej epoki zebraliśmy się do mojego wymarzonego delfinarium.  Konstanca może i nie jest dużym ...


Po nocy w tym naszym luksusie z poprzedniej epoki zebraliśmy się do mojego wymarzonego delfinarium.  Konstanca może i nie jest dużym miastem, ale tam właśnie zobaczyliśmy prawdziwe oblicze rumuńskich kierowców. Kolory świateł na skrzyżowaniach wydawały się nie mieć znaczenia, a kto nie wyprzedzał na trzeciego sprawiał wrażenie dziwaka... jednym słowem zgroza, tym bardziej dla obcokrajowca. Jakimś cudem jednak udało nam się znaleźć darmowe miejsce parkingowe niedaleko delfinarium i ruszyliśmy do wejścia. Bilety okazały się dwa razy droższe niż na stronie - no trudno, przeszkodą jednak okazała się godzina (dla nas przynajmniej) gdyż pierwsze wejście wypadało na godzinę piętnastą... A my byliśmy na miejscu przed dziesiątą... Miałam ochotę usiąść i płakać z wściekłości. Stwierdziłam że nie będziemy czekać pięć godzin i później tłuc się przez miasto w godzinach szczytu (bo jeśli rano ten ruch wyglądał tak jak wyglądał, to nie chciałabym widzieć ich "godzin szczytu") postanowiłam, że jedziemy dalej, a delfiny tyle czasu tu już są, że mogą jeszcze poczekać.
Na pocieszenie poszliśmy na śniadanie do McDonald's, następnie bez szwanku udało nam się opuścić miasto. Magda niedługo potem zasnęła.  Dotarliśmy w końcu do Bercy, gdzie miał znajdować się nasz dzisiejszy camping. Miał, bo okazało się, że go nie ma! Były za to znaki prowadzące w kierunku wulkanów, wiec postanowiliśmy najpierw zaliczyć lokalną atrakcję. Już po paruset metrach droga zrobiła się żwirowa i dość wyboista.


No ale kolejny znak na wulkany kierował nas dalej w górę... Na rozstaju dróg nie zauważyliśmy żadnego znaku, więc pojechaliśmy na "czuja"... Źle oczywiście!!! Arek po raz kolejny zrobił postój by się rozejrzeć po okolicy i wypatrzył auto jadące w naszym kierunku.  Dwóch rumunów na pytanie o wulkany pokręciło nosami, dając do zrozumienia że dojedziemy, ale łatwo nie będzie. Mimo wszystko ruszyliśmy dalej.


Droga biegła już w totalnej dziczy, zero zabudowań, jedynie góry i dzikie krzewy wokół nas. Nasza Skoda dorobiła się paru blizn na karoserii, które z dumą prezentuje do dziś. Widoki były naprawdę piękne i mimo mało ciekawego położenia byliśmy w stanie je podziwiać.  W między czasie obudziła się Madzia. Zrobiliśmy szybki postój na kaszkę i ruszyliśmy w dalsza podróż. Magda wyczuwając powagę sytuacji nawet nie marudziła.


Jadąc tak i wypatrując czegokolwiek co przypominałoby asfalt, minęliśmy drogowskaz na wulkany informujący nas że znajdujemy się około pół kilometra od celu, zawróciliśmy więc i zostawiliśmy samochód pod pobliskimi zabudowaniami, następnie udaliśmy się polną drogą w górę.


Na szczycie stał barak, przy którym siedział pan sprzedając bilety.  Słońce paliło niemiłosiernie.  Mówiąc Madzi, że idziemy zobaczyć wulkany które robią "bul bul" usłyszeliśmy "dzień dobry" od napotkanego męższczyzny na szlaku... Pierwszy rodak któego spotkaliśmy na urlopie, i to na takim wygwizdowie!  Zamieniliśmy kilka zdań i ruszyliśmy dalej.


Krajobraz był iście księżycowy, błękit nieba stykał się na horyzoncie z popielą wyschniętych wulkanicznych  pagórków.



Niesamowite miejsce. Pokręciliśmy się trochę między kraterami i wróciliśmy do samochody, nadal nie wiedzieliśmy gdzie spędzimy dzisiejszą noc...



O powrocie tą samą drogą nie było mowy, więc udaliśmy się dalej w nieznane. Los jednak sprzyjał nam tego dnia - zaraz koło wulkanów trafiliśmy na hangar (taki był napis na budynku) który okazał się siedzibą gospodarzy pola namiotowego. Wokół nie było nic, nie licząc gór, pól i ogólnie szeroko rozumianej dziczy :)


Mimo takiego odludzia, na polu znajdowała się wiata wraz z miejscem na przygotowanie posiłków, wyposażonym nawet w zlewozmywak i kontakty, oraz całkiem przyzwoite sanitariaty, które jednak nie były jeszcze wykończone. Za takie luksusy w tym zapomnianym przez Boga miejscu zapłaciliśmy całe dziesięć złotych - w cenę wliczony był prąd, miejsce parkingowe, woda, nocleg dla dwójki dorosłych osób. Kochana Rumunia! :D

Kolejnym zaskoczeniem był wieczorny najazd na to miejsce kilku terenówek na warszawskich blachach... jeden dzień i tylu napotkanych Polaków!


Jak się później okazało, Polacy tej nocy byli jedynymi użytkownikami tego pola :)Rodacy imprezowali, my zaś planowaliśmy kolejny dzień do puki księżyc nie wygonił nas do namiotu spać.



- JUSTYNA
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts