Po nocy w tym naszym luksusie z poprzedniej epoki zebraliśmy się do mojego wymarzonego delfinarium.  Konstanca może i nie jest dużym ...

Rumunia - Błotne wulkany


Po nocy w tym naszym luksusie z poprzedniej epoki zebraliśmy się do mojego wymarzonego delfinarium.  Konstanca może i nie jest dużym miastem, ale tam właśnie zobaczyliśmy prawdziwe oblicze rumuńskich kierowców. Kolory świateł na skrzyżowaniach wydawały się nie mieć znaczenia, a kto nie wyprzedzał na trzeciego sprawiał wrażenie dziwaka... jednym słowem zgroza, tym bardziej dla obcokrajowca. Jakimś cudem jednak udało nam się znaleźć darmowe miejsce parkingowe niedaleko delfinarium i ruszyliśmy do wejścia. Bilety okazały się dwa razy droższe niż na stronie - no trudno, przeszkodą jednak okazała się godzina (dla nas przynajmniej) gdyż pierwsze wejście wypadało na godzinę piętnastą... A my byliśmy na miejscu przed dziesiątą... Miałam ochotę usiąść i płakać z wściekłości. Stwierdziłam że nie będziemy czekać pięć godzin i później tłuc się przez miasto w godzinach szczytu (bo jeśli rano ten ruch wyglądał tak jak wyglądał, to nie chciałabym widzieć ich "godzin szczytu") postanowiłam, że jedziemy dalej, a delfiny tyle czasu tu już są, że mogą jeszcze poczekać.
Na pocieszenie poszliśmy na śniadanie do McDonald's, następnie bez szwanku udało nam się opuścić miasto. Magda niedługo potem zasnęła.  Dotarliśmy w końcu do Bercy, gdzie miał znajdować się nasz dzisiejszy camping. Miał, bo okazało się, że go nie ma! Były za to znaki prowadzące w kierunku wulkanów, wiec postanowiliśmy najpierw zaliczyć lokalną atrakcję. Już po paruset metrach droga zrobiła się żwirowa i dość wyboista.


No ale kolejny znak na wulkany kierował nas dalej w górę... Na rozstaju dróg nie zauważyliśmy żadnego znaku, więc pojechaliśmy na "czuja"... Źle oczywiście!!! Arek po raz kolejny zrobił postój by się rozejrzeć po okolicy i wypatrzył auto jadące w naszym kierunku.  Dwóch rumunów na pytanie o wulkany pokręciło nosami, dając do zrozumienia że dojedziemy, ale łatwo nie będzie. Mimo wszystko ruszyliśmy dalej.


Droga biegła już w totalnej dziczy, zero zabudowań, jedynie góry i dzikie krzewy wokół nas. Nasza Skoda dorobiła się paru blizn na karoserii, które z dumą prezentuje do dziś. Widoki były naprawdę piękne i mimo mało ciekawego położenia byliśmy w stanie je podziwiać.  W między czasie obudziła się Madzia. Zrobiliśmy szybki postój na kaszkę i ruszyliśmy w dalsza podróż. Magda wyczuwając powagę sytuacji nawet nie marudziła.


Jadąc tak i wypatrując czegokolwiek co przypominałoby asfalt, minęliśmy drogowskaz na wulkany informujący nas że znajdujemy się około pół kilometra od celu, zawróciliśmy więc i zostawiliśmy samochód pod pobliskimi zabudowaniami, następnie udaliśmy się polną drogą w górę.


Na szczycie stał barak, przy którym siedział pan sprzedając bilety.  Słońce paliło niemiłosiernie.  Mówiąc Madzi, że idziemy zobaczyć wulkany które robią "bul bul" usłyszeliśmy "dzień dobry" od napotkanego męższczyzny na szlaku... Pierwszy rodak któego spotkaliśmy na urlopie, i to na takim wygwizdowie!  Zamieniliśmy kilka zdań i ruszyliśmy dalej.


Krajobraz był iście księżycowy, błękit nieba stykał się na horyzoncie z popielą wyschniętych wulkanicznych  pagórków.



Niesamowite miejsce. Pokręciliśmy się trochę między kraterami i wróciliśmy do samochody, nadal nie wiedzieliśmy gdzie spędzimy dzisiejszą noc...



O powrocie tą samą drogą nie było mowy, więc udaliśmy się dalej w nieznane. Los jednak sprzyjał nam tego dnia - zaraz koło wulkanów trafiliśmy na hangar (taki był napis na budynku) który okazał się siedzibą gospodarzy pola namiotowego. Wokół nie było nic, nie licząc gór, pól i ogólnie szeroko rozumianej dziczy :)


Mimo takiego odludzia, na polu znajdowała się wiata wraz z miejscem na przygotowanie posiłków, wyposażonym nawet w zlewozmywak i kontakty, oraz całkiem przyzwoite sanitariaty, które jednak nie były jeszcze wykończone. Za takie luksusy w tym zapomnianym przez Boga miejscu zapłaciliśmy całe dziesięć złotych - w cenę wliczony był prąd, miejsce parkingowe, woda, nocleg dla dwójki dorosłych osób. Kochana Rumunia! :D

Kolejnym zaskoczeniem był wieczorny najazd na to miejsce kilku terenówek na warszawskich blachach... jeden dzień i tylu napotkanych Polaków!


Jak się później okazało, Polacy tej nocy byli jedynymi użytkownikami tego pola :)Rodacy imprezowali, my zaś planowaliśmy kolejny dzień do puki księżyc nie wygonił nas do namiotu spać.



- JUSTYNA


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts