Transalpina to drugi charakterystyczny podjazd na Rumunii, który również zachwyca widokami. Nic więc dziwnego że Arek postanowił i ten z...


Transalpina to drugi charakterystyczny podjazd na Rumunii, który również zachwyca widokami. Nic więc dziwnego że Arek postanowił i ten zaliczyć. Zanim jednak wsiadł na rower, by wypalić łydy na kolejnych agrafkach przeżyliśmy nie małe stresy, z noclegiem oczywiście, które dzisiaj wspominamy z uśmiechem. Ale po kolei...
Naszym celem tego dnia była mała miejscowość u stóp Transalpiny - Novaci. Kiedy w końcu dotarliśmy późnym popołudniem na miejsce, po blisko ośmiu godzinach drogi, zaczęło się szukanie noclegu. Trafiliśmy pod jakiś pensjonat gdzie stary Rumun chodzący o lasce i nie do końca rozumiejący o co prosimy przykazał poczekać na syna. Czekając tak na tego syna, zaczęliśmy się zastanawiać czy aby nie uciekać i szukać dalej innego noclegu. Ale w międzyczasie zaczęło padać i sytuacja robiła się co najmniej dramatyczna. Przyjechał w końcu syn starszego pana i powiedział, że w tym pensjonacie nie ma wolnych pokoi ale ma jeszcze drugi pensjonat i tam jest pokój za dziesięć ojro. Cena nie była jakaś wygórowana i sama myśl o łóżku plus zmęczenie przyćmiły zdolność racjonalnego myślenia przez co Arek wręczył koledze 20 euro po czym usłyszał od niego "jedźcie za mną" i wsiadł do swojego auta...
Dosłownie wskoczyliśmy do naszego samochodu i zaczęła się pogoń za Rumunem, który jechał w stronę wyjazdu z miasta. Nie będę cytować Arka jak przez dziesięć minut jazdy zmieszał z błotem cały naród rumuński. Kiedy wjeżdżając na teren owego pensjonatu zobaczyliśmy pole namiotowe, które wcześniej oglądaliśmy. Wtedy nastąpiło apogeum wściekłości mojego męża wraz z jego nerwicą wzmagała się ulewa i kiedy zaparkowaliśmy na podjeździe domu obok "uciekającego rumuna" lało już jak z cebra. Do drzwi, w których stanęła młoda kobieta mięliśmy może dziesięć metrów, ale to wystarczyło aby nas zmoczyć do ostatniej nitki. Burza rozpętała się na całego, a my szliśmy po pięknych kręconych schodach prowadzeni już przez żonę "uciekającego rumuna" w ciepłym domu urządzonym jak w amerykańskim filmie.
Za te 20 ojro oddali nam praktycznie piętro swojego domu, wraz z pokojem kąpielowym, bo gdybym napisała z łazienką to bym skłamała. Poczuliśmy się jakbyśmy przyjechali do kogoś z rodziny.
Śmiało możemy napisać że Rumuni (często myleni niestety z Romami) są bardzo uprzejmym i gościnnym narodem. Jadąc do ich kraju miałam pewne obawy, ale jedyne co nas spotkało z ich strony to ogromna życzliwość i sympatia.
Po nocy w luksusach zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy toboły i Arek wyruszył na drugi piękny podjazd Rumunii. Ja z Magdą nie spiesząc się spakowała resztę drobnych rzeczy do auta i kiedy zbliżała się godzina drzemki odpaliłam gablotę i ruszyłam w ślad za mężem :D
Jeszcze nie padało, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że opad tego dnia murowany.
Dość szybko dogoniłam Arka, po czym wjeżdżając kilka agrafek do przodu stawałam i robiłam mu foty. Niestety wraz z wysokością gęstniała mgła, spadała temperatura i zaczął pojawiać się opad. Kiedy myślałam, że nic mnie tego dnia już nie zaskoczy za jednym z zakrętów z mgły wyłoniła się krowa... Stała tak i patrzyła tym cielęcym wzrokiem na mnie, ja z kolei pomyślałam o Arku i żałowałam, że nie zobaczę jego miny kiedy ów damę spotka na swej drodze.


Później tych krów pojawiały się całe stada, na przemian ze stadami owiec. We mgle wyglądały naprawdę zjawiskowo.


Kiedy dojechałam na szczyt, na dworze było już bardzo nieprzyjemnie, padał deszcz a temperatura była niewiele większa od zera. Stanęłam ze śpiącą cały czas Madzią pod jakimś pensjonatem i czekałam na naszego kolarza. W końcu dojechał zmarznięty, i przemoczony. Umówiliśmy się że zjedzie jeszcze kawałek aby strava zaliczyła mu cały podjazd ;) tym razem pojechałyśmy przodem, droga po drugiej stronie okazała się w remoncie i niektóre odcinki miały po prostu wyrwany asfalt. Deszcz ustąpił i za największymi agrafkami moim oczom ukazał się przepiękny widok drogi wkomponowanej w góry. Niby podobny do Transfogaraski a jednak inny, nie powiem, mglista aura też robiła swoje. Ubrałam Madzię i zrobiłyśmy sobie szybkie selfie, by później wskoczyć do auta i czkać na tego wariata.


Długo nie zjeżdżał i kiedy pogoda znowu zaczęła się psuć już poważnie zaczęłam się niepokoić. Postanowiłam wyjechać mu naprzeciw. Z nieba lało jak z cebra wycieraczki chodziły na najwyższych obrotach widoczność na długość maski samochodu a ja jadę z nosem przy kierownicy (bo do szyby nie sięgam :D ) i w końcu JEST! Zjeżdża między sznurem samochodów, zawróciłam kawałek wyżej i spotkaliśmy się kilkaset metrów dalej. Szybki montaż roweru na dach i ruszamy dalej w dół z klimą podkręconą na maxa.


Na końcu Transalpiny przenieśliśmy się na Alaskę, oboje z Arkiem doszliśmy do takiego wniosku przejeżdżając przez jezioro Oasa będące sztucznym zbiornikiem na rzece Sebes. Nigdy nie byliśmy na Alasce ale mgły unoszące się nad taflą jeziora otoczonego iglakami po prostu nam się tak skojarzyła ;)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts