Skandynawii marzyliśmy już długo ale perspektywa podróży przez całą Polskę a później jeszcze przeprawa promem nie napawały nas chęcią i...

Rowerowy Potop na całego


Skandynawii marzyliśmy już długo ale perspektywa podróży przez całą Polskę a później jeszcze przeprawa promem nie napawały nas chęcią i jakoś tak nigdy nie było nam po drodze.
O rowerowym potopie usłyszeliśmy pierwszy raz chyba jak byłam w ciąży z Magdą i jesienna edycja wydawała się nam nieodpowiednią, ze względu na mój stan. Później jakoś zeszło to na inny plan. Aż do tego roku. Arek któregoś dnia rano oznajmił mi, że poprzedniego wieczoru siedząc przy komputerze, pod wpływem impulsu, kupił bilety na Rowerowy Potop - na ostatni weekend maja. Na początku oczywiście euforia, ale zaraz potem konsternacja - jak my to zrobimy z dwójką naszych szkrabów. O ile z Magdą nie wydawało mi się to takie trudne, to jednak z Mateuszem uznałam to za nie lada wyzwanie.
Ale po kolei..
Jak już mieliśmy przejechać całą Polskę, to przy okazji postanowiliśmy spędzić kilka dni nad morzem przed sezonem parawaningowym. Zarezerwowaliśmy wiec nocleg koło Jastrzębiej Góry, a wcześniej cały maj mieliśmy poświęcić na przygotowanie małego do większych dystansów rowerowych. Magdę natomiast, do podróżowania wraz z bratem w przyczepce (nie zabierania mu smoczka w imię nie wiadomo czego, etc).
Maj zleciał, a nasz rekord rowerowy wynosił circa dziesięć kilometrów, czyli szykował się kolejny wyjazd na żywioł.
Dzień przed wypłynięciem postanowiliśmy zrobić próbę generalną i przejechać półwysep Helski. Jako, że ścieżki rowerowe, a raczej ich stan pozostawiał wiele do życzenia jeśli chodzi o podróżowanie z takim małym dzieckiem w przyczepce - skończyło się więc na jedenastu kilometrach.



I tak przygotowani na ataki płaczu i wszystko co najgorsze pojechaliśmy na Rowerowy Potop AZS :)
Na odprawę stawiliśmy się po osiemnastej, a już wtedy ilość rowerzystów bardzo nas zaskoczyła.


Wszędzie były rowery i cały czas ktoś dojeżdżał. Już w tej kolejce atmosfera była bardzo przyjazna, a ludzie na widok Mateusza reagowali bardzo pozytywnym zdziwieniem.
Dzieci o dziwo nie marudziły tak bardzo, ale po dwóch godzinach czekania nawet my już mieliśmy ochotę usiąść w kajucie.


Kryzys nastąpił tuż przed wjazdem na pokład, na szczęście odprawa szła dość sprawnie i około godziny dwudziestej weszliśmy do kajuty. Jako, że promem wszyscy płynęliśmy pierwszy raz to zachwycało nas wszytko. Począwszy od wykładzin, którymi wyłożone jest chyba 90% podłóg i sprawiają iż wnętrze robi się bardzo przytulne, po różnorodność obiektów jakie znajdowały się w środku: Strefa SPA, restauracja - nie wiem nawet ile ich było, sala zabaw dla dzieci (Magda opanowała tablet na ścianie), supermarket (odkryliśmy go podczas rejsu powrotnego), sala gier (NA SZCZĘŚCIE odkryliśmy ją podczas rejsu powrotnego), dyskoteka i wiele wiele innych.
Krótko mówiąc czułam się jak Jack Dawson wchodzący na Titanica :D
Szybki prysznic, Arek i Madzia poszli na zwiedzanie statku a ja zostałam z Matim i czekałam, aż zaśnie.


Szybko odpadł, więc uzbrojona w elektroniczną nianię dołączyłam do reszty rodziny.
Nie długo potem Magda powędrowała  do swojej koji i zostaliśmy sami z naszymi planami na kolejny dzień.
Kajutę mięliśmy bez okien czyli ciemną, delikatne bujanie oraz szum klimatyzacji zrobiły swoje - mianowicie wstaliśmy o siódmej, co przy codziennych pobudkach o godzinie szóstej najpóźniej, jest nie lada luksusem. Zebraliśmy się na śniadanie w formie nie innej jak szwedzki stół, na którym było dosłownie wszystko. Najedzeni do syta poszliśmy szykować się na Rowerowy Potop.
Dzień wcześniej zdecydowaliśmy się na wybór trasy białej - rodzinnej, około trzydziestu pięciu kilometrów. Jednak okazało się, że nie mamy obowiązku jechania w grupie, więc postanowiliśmy jechać trasą niebieską, która wydawała nam się dużo bardziej atrakcyjna widokowo. Długość tej trasy wynosiła sześćdziesiąt kilometrów, ale ustaliliśmy, że jedziemy powoli swoim tempem - najwyżej zawrócimy....
Jak tylko wyjechaliśmy z portu Mateusz zaczął domagać się jedzenia, wiec po niespełna pięciu kilometrach zrobiliśmy pierwszy przystanek.
W międzyczasie minęła nas chyba cała grupa niebieska.
Kolejny przystanek na jedzenie odbył się po dwóch kilometrach i tam dogoniła nas grupa z Białej trasy, a raczej minęła.


Kiedy nasz mały ssak już się posilił i udało się Magdę przekonać, aby jednak weszła z bratem do przyczepki ruszyliśmy w drogę. I to jaką drogę... Ścieżki rowerowe są tam asfaltowe, bez dziur i wybojów, bez krawężników na skrzyżowaniach z ulicami, bez wszelkiego rodzaju niedogodności. Nic wiec dziwnego, że dzieciaki niedługo po tym jak ruszyliśmy zasnęły, a liczniki zaczęły pokazywać 25+ km/h. Jazda była istną przyjemnością ,a kiedy zaczęła prowadzić wzdłuż brzegu to nie mogliśmy się napatrzeć na te widoki.
Kiedy z przyczepki zaczęły dobiegać jakieś "rozmowy" mięliśmy przejechane prawie trzydzieści kilometrów, więc zanim najmłodszy podniósł alarm zatrzymaliśmy się na jakimś małym pomoście nad brzegiem morza.



Okazało się, że dojechaliśmy do wyspy Hasslo, która była ostatnim punktem na trasie. Odpoczęliśmy, naładowaliśmy baterie i robiąc rundkę wokół wyspy zatrzymaliśmy się na lody - ostatnio ulubiony przysmak Magdy. To były do tej pory chyba nasze najdroższe lody, więc smakowały wyśmienicie.
Posileni ruszyliśmy dalej by zatrzymać się na kilka pamiątkowych fotek w rezerwacie przyrody na wyspie Almo. Tamtejsza linia brzegowa była niesamowita, nierównomierna, a brzeg usłany był ogromnymi głazami.


Arek wypuścił drona, po którego wracał się tuż przed odprawą w Gdyni jak tylko się dowiedzieliśmy, że będziemy mogli w kajucie zostawić swoje rzeczy - bo wracamy tym samym promem. Niedługo po tym jak wystartował, ujrzeliśmy motorówkę zmierzającą w naszą stronę, więc popłochu schowaliśmy nasz obiekt latający w obawie przed jakąś karą (nie do końca byliśmy zorientowani w przepisach regulujących tamtejsze posługiwanie się tego typu zabawkami). Na szczęście na motorówce był tylko rybak zmieniający miejsce połowu.


Ruszyliśmy w dalszą drogę powrotną w nadziei, że dzieciaki zaraz zasną. Niestety Mateusz podniósł kolejny alarm i trzeba było się znowu zatrzymać. Skręciliśmy więc w pierwszą lepszą boczną drogę z parkingiem i przez czysty przypadek trafiliśmy do miejsca, które w pełni oddawało klimat Szwecji.
Jak się okazało był to camping, z małym molo i paleniskiem. Nie zastanawiając się rozłożyliśmy matę piknikową i postanowiliśmy posiedzieć i nacieszyć się jeszcze widokami.


Dron znowu poszybował w górę, wyciągnęliśmy kanapki, Magda podziwiała rybki pływające przy brzegu a Mateusz gaworzył na macie. Myślę, że gdyby nie rzeczy zostawione w kajucie to chyba byśmy tam zostali ;)


Czas jednak uciekał i nie chcąc się spóźnić na odprawę spakowaliśmy dzieci i ruszyliśmy dalej. Mati niedługo potem zasnął, mimo nieustannych relacji siostry z dnia dzisiejszego. Kiedy wjeżdżaliśmy do portu, nawet wcześniej niż zakładaliśmy,Magda odpadła mimo budzącego i zagadującego ją brata. Odprawa zaczęła się szybciej i dzięki temu przed osiemnastą byliśmy już w kajucie. Wieczorem Arek i Magda poszli opanować salę zabaw a ja czekałam aż najmłodszy uczestnik Potopu zaśnie by do nich dołączyć. Reszta wieczoru upłynęła nam na próbie zgrania zdjęć z drona - te wi-fi to była jedyna wada tego promu ;)


O dwudziestej drugiej Magda nadal nie miała dość zabawy więc poszliśmy jeszcze na małe zakupy do sklepu i to już ostatecznie wykończyło nasze dziecko i mogliśmy udać się do kajuty.


Rano oczywiście wszyscy wstali poza Magdą, nie mogliśmy jej dobudzić, półprzytomna poszła jednak z nami na śniadanie, po którym ostatecznie się spakowaliśmy i czekaliśmy na sygnał, że możemy opuścić prom.
Już wiemy, że tam wrócimy, i każdemu polecamy wyprawę, nawet taką jednodniową do naszych sąsiadów po drugiej stronie Morza :)

- JUSTYNA

P.S.
Chcielibyśmy serdecznie pozdrowić wszystkich uczestników Rowerowego Potopu i na koniec podzielić się  paroma naszymi fotkami :)
Rowerowy Potop na całego!




Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts