Wielki dzień dla małego człowieka! Pierwsze kilometry małego Mateusza w przyczepce na szosach, po których poruszają się też samochody -...

Zaliczyć Zakliczyn


Wielki dzień dla małego człowieka! Pierwsze kilometry małego Mateusza w przyczepce na szosach, po których poruszają się też samochody - wcześniej kręciliśmy tylko po Rudach, tam autek na szczęście nie ma (lub przynajmniej nie powinno ich być). Mieliśmy testować VeloDunajec, 
przynajmniej ten otwarty odcinek na północ od Tarnowa, ale niedziela zaczęła się dość powoli, więc szkoda było czasu na długie dojazdy samochodem. Wystartowaliśmy z parkingu w pobliżu zapory w Czchowie, a naszym celem na dziś był Zakliczyn. Trasa lekka i przyjemna, prawym brzegiem Dunajca można jechać przez dosyć spokojne drogi, co nie znaczy że puste - wiadomo, tam gdzie kościół tam też niedzielni kierowcy. Początek był mega słaby. Mati dostawał smoka, po przejechaniu kilkunastu metrów smoka wypluwał, zwykle na tyle sprawnie, że Magda już nie mogła owego smoka dosięgnąć. Po wypluciu smoka Mati dość głośno wyrażał swój sprzeciw wobec zaistniałem sytuacji, pomimo tego, że przed chwilą dostał cyca, że był przewinięty, że... jednym słowem, cała "czeklista" była odhaczona. Dodatkowo nawierzchnia w okolicach zapory była daleka od ideału, a książę chyba leżał na conajmniej kilku ziarenkach grochu - czyli był kolejny powód do płaczu. Magda, trzeba to powiedzieć, była dzielna. Dzielna do czasu, potem jednak cały ten płacz się jej udzielił - co tu się dziwić biedaczce, młodszy brat ryczy, szkoda jej było chłopaka. W takich właśnie chwilach człowiek ćwiczy swoją cierpliwość, wytrwałość. Trzeba będzie się zatrzymać parę/paręnaście razy, trzeba też będzie dojść do wniosku, że lepiej poczekać chwilę aż młody zaśnie i dopiero wtedy ruszyć.

I wtedy już będzie dobrze. Dzieci będą słodko spać, bo przyczepka przyjemnie buja, oddychać świeżym powietrzem i wygrzewać się na słonku. Wtedy będzie można w spokoju jechać z żoną te kilkanaście, kilkadzieścia lub kilkadziesiąt minut do obranego celu, ciesząc się z każdego pokonanego kilometra. Jak to mówią, najciemniej jest przed świtem. W malowniczym Zakliczynie zaliczamy obowiązkowy "kofibrejk". W każdym razie miał to być "kofibrejk" - gdy tylko zatrzymaliśmy się w kawiarni na rynku, detektory ruchu dwójki pasażerów czerwonej przyczepki zaczęły bić na alarm, że czas wstawać. Mateusz zwyczajnie zerkał ciekawskim wzrokiem na to jaki ten świat jest wielki, Magda  jednak wiedziała, że czas na coś dobrego. Tym sposobem zamieniliśmy kawę na lody włoskie, które Magda oceniła na "mmmhmm... dobje!".


To zresztą pierwszy raz kiedy mała jadła sama loda z wafelka - cóż, jedne rzeczy robi wcześniej od innych dzieci, inne jak widać - później. Następnie przenieśliśmy piknik na kocyk w pobliskim parku, tam też Mati dostał swoje ulubione mleko prosto z baru, a Magda opowiadała mi jak to bardzo boi 
się biedronek - kolejna już fobia, po żółwiach i żółtym serze.


Powrót tą samą trasą przebiegł w zasadzie bardzo podobnie: etap pierwszy, czyli larum związane z jazdą, kilka stopów, potem oczekiwanie, aż mały zaśnie i wreszcie święty spokój.


No, przed samym końcem zaliczyłem jeszcze małą dziurę, Mateusz oczywiście to zauważył - do samochodu więc dojechaliśmy na pełnym wrzasku. Wrzeszczał pewnie z radości, bo się mu bardzo podobała wycieczka. Na pewno dlatego :)

- AREK


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts