Pomyślałem sobie, że przy okazji coraz  bardziej kontrowersyjnego ostatniego dnia  Października, określanego szeroko rozumianym zac...


   Pomyślałem sobie, że przy okazji coraz bardziej kontrowersyjnego ostatniego dnia Października, określanego szeroko rozumianym zachodnim terminem "Halloween" - chociaż dużo bardziej wolę nasze słowiańskie "Dziady"- napiszę coś o duchach. Bez zagłębiania się w irlandzkie / saksońskie / walijskie, czy też słowiańskie genezy obrzędów związanych z tym dniem - oraz kwestię wiary... Dodam jednak, że bardzo cieszę się że Druidzi już nie pukają do drzwi i nie porywają nam dzieci - zamiast tego to dzieci robią nam psikusy.

   Opowiem wam trochę o śląskiej "wsi widmo", która ma niejako podzielić losy Atlantydy.
Z tą różnicą, że wieś ta nie jest wyspą, oraz wszyscy jej mieszkańcy przeniosą się w inne miejsce zamiast utonąć. I zasadniczo wieś ta nie jest w Grecji. 


   Uroczysko Nieboczowy (oficjalna nazwa na rok 2017) to nieistniejąca już wieś, której początki sięgają XII wieku. Licząca w końcowym okresie jej istnienia około pół tysiąca mieszkańców osada została przesiedlona w nowe miejsce, w związku z budową zbiornika przeciwpowodziowego na Odrze. Odwiedziliśmy to miejsce wiosną tego roku - stalowe olbrzymy terraformujące okolicę zdawały się otaczać uroczysko z każdej strony, jednak bez przeszkód można było tam jeszcze dotrzeć autem. 

   Na miejscu przywitał nas ponury obraz ruin domów, niektórych w opłakanym stanie, inne zaś wyglądały na takie, w których jeszcze wczoraj ktoś mieszkał... Ze wzmianek w sieci, które teraz odnajduję pisząc tego posta można wywnioskować, że mieszkało tam wtedy jeszcze kilkanaście osób. To dziwne, bo nie widzieliśmy tam żywej duszy. 


   Auto zostawiliśmy pod kościołem na Uroczysku. Justyna karmiła Mateusza, a ja z Magdą ruszyliśmy na tak zwane "zwiady". Tak tak, został tam też kościół. A jak łatwo się domyślić, obok kościoła znajduje się zwykle cmentarz. Z nim też wiąże się pewna ponura tajemnica, na którą trafiam pisząc te słowa. Domyślacie się już, że ciała pochowane na cmentarzu w Nieboczowach przeniesiono na nowy cmentarz. Posłużę się tutaj liczbami podanymi przez archeologów: jeszcze przed przystąpieniem do prac przewidywano, że na starym cmentarzu w Nieboczowach znajdują się łącznie 292 groby, ze szczątkami 471 osób. Co ciekawe, ostatecznie doliczono się 47 grobów więcej, a liczba szczątków wynosiła 598. Myślę - no to grubo. Ale to jeszcze nie koniec - archeolodzy dokonali także szokującego odkrycia: na cmentarzu znaleziono także szczątki kilku-dziesięcioro dzieci. Trzydzieści sześć drewnianych trumienek z resztkami ciał oraz pozostałościami po lalkach, smoczkach, z medalikami... 

   W regionie zawrzało. Co było przyczyną śmierci tych dzieci? Plaga? Katastrofa? Dlaczego nie istniała żadna, jakakolwiek informacja o tym, że zostały tu pochowane? Dopiero ekshumacje ciał dały pewne odpowiedzi. Nie były to raczej ofiary kataklizmów lub wojny, przyczyną były prawdopodobnie choroby i wysoka śmiertelność dzieci w tamtych czasach. Rodzice dzieci umierali lub opuszczali Uroczysko Nieboczowy, miejsce pochówku przestało być opłacane i pamięć o dzieciach ginęła w odmętach czasu... Brrr! 


   Powędrowaliśmy z Magdą w stronę pobliskich zabudowań. Ruiny domów straszyły ciemnością ziejącą z okien i drzwi, skrzypiące okiennice i resztki niespokojnie poruszających się firan (to na pewno wiatr, na pewno) budziły niepokój. Przynajmniej mój, Magda z zaciekawieniem przyglądała się pustostanom i widać że coś ciągnęło ją do zwiedzania. Nie szczekał na nas żaden burek na placu, nawet ptaków specjalnie nie było widać. Informacje z sieci mówią mi dziś, że budynki, które zostały całkowicie opuszczone oznaczano literami "OK" wymalowanymi na ścianie domu. Przeglądając dzisiaj zdjęcia zauważam, że na wielu z nich tych liter nie było.


   W każdym razie Justyna zadzwoniła mi z informacją, że Mateusz raczej nie ma ochoty na zwiedzanie wsi widmo, zawołałem więc Magdę i powoli wracaliśmy do auta. Aura też zaczynała kręcić nosem. Kątem oka zerkam jeszcze raz na budynek kościoła. Świątynia w której już nie ma Boga. Została oczywiście poddana desakralizacji, a w wieży znajduje się wielka dziura przez, którą wyciągnięto dzwon kościelny. Co prawda na zachodzie wiele kościołów przestało istnieć i wewnątrz tych budynków znajdują się już inne "instytucje", ale w konserwatywnej Polsce, przynajmniej w moim mniemaniu, ciężko przetrawić słowa "nieczynny kościół". A właśnie taki stał teraz przed nami. Pamiętam, że zastanawiałem się czy budowla kościoła zostanie całkowicie zburzona, w końcu okazała wieża zapewne wystawała by ponad poziom zbiornika wodnego, który ma tutaj powstać. Zrównanie z ziemią kościoła to raczej nie to samo co zrównanie z ziemią zwykłego budynku - zastanawiałem się czy ekipa wyburzająca miała by po wszystkim wyrzuty sumienia. Czy mogliby potem spać spokojnie. 


...właśnie przeczytałem, że miesiąc po naszych odwiedzinach spłonął dach kościoła i budowla się zawaliła. Kto, jak i dlaczego - nie wiadomo. Kwestia dylematów moralnych ekipy wyburzającej zniknęła. Kościół dołączył do pozostałych ruin na Uroczysku, z których większość też została spalona. Uroczysko będzie istnieć jeszcze rok. W 2019 roku planowane jest całkowite zalanie tamtego obszaru.

Wracając powoli do samochodu zahaczyliśmy jeszcze o opuszczone podwórko, pamiętam, że na środku rosło drzewo, przykucnąłem żeby zrobić Magdzie zdjęcie, kiedy w pewnym momencie moja córka popatrzyła gdzieś ze mnie, uśmiechnęła się i pomachała... Obróciłem się ale za mną była tylko ściana domu z dziurami po oknach. Mimo, że słońce było dość wysoko to ciarki mi przeszły po plecach, zabrałem dziecko i udałem się czym prędzej do samochodu, w którym czekała nieświadoma żona z synem.

Z perspektywy czasu, po analizie tych wszystkich faktów i historii związanych z Uroczyskiem nie mogę się nadziwić ile tajemnic skrywała ta niewielka znikająca wieś.

- Arek

Będąc jeszcze w ciąży z Mateuszem szukaliśmy rozwiązań jak najszybciej rozpocząć sezon rowerowy z maluszkiem. Magda do przyczepki wsia...


Będąc jeszcze w ciąży z Mateuszem szukaliśmy rozwiązań jak najszybciej rozpocząć sezon rowerowy z maluszkiem.
Magda do przyczepki wsiadła mając juz skończone 9 miesięcy więc wystarczyły dwie poduchy po bokach żeby jej się wygodnie spało ;)
Ale do rzeczy...
Wkładkę WEBER kupiliśmy zaraz po tym jak Mateusz pojawił się na świecie a pierwszy spacer zaliczyliśmy już w styczniu kiedy Mati skończył miesiąc.


Co tu dużo pisać jesteśmy z niej zadowoleni w 100%
Dzięki niej, w tym roku mogliśmy zrobić tak wiele na rowerach, biegówkach czy na zwykłych spacerach, a wiek Mateusza nie był przeszkodą we wspólnym, aktywnym spędzaniu czasu.


Przyczepka zastąpiła nam całkowicie wózek (nawet gondolę). Przy takiej małej różnicy wieku między dziećmi wkładka jest idealnym rozwiązaniem do przyczepki rowerowej z funkcją wózka.
Dzieciaki świetnie się dostosowały i z czasem nawet różne pory drzemek nie stanowiły problemu aby wyjść z dwójką na zwykły spacer.


To jeszcze parę spraw technicznych:
Dzięki wykonaniu z wysokiej jakości pianki EPP (spieniony polipropylen) wkładka jest niezwykle lekka, prawie niezniszczalna, odporna na warunki atmosferyczne, posiada właściwości tłumiące drgania.
Nadaje się do stosowania dla dzieci już od 1 miesiąca życia do 9 miesiąca lub 9 kg wagi (Mati nadal maksymalnej wagi nie osiągnął)
Sztywna konstrukcja stabilizuje dziecko, a pasy (wykonane z mikrofibry - 100% poliester) utrzymują je w bezpiecznej pozycji.
Wyściółka jest z pluszowego futerka (100% bawełna) a całoś waży jedynie 550g.

Cena nowej wkładki to ok 300zł a używane można kupić za 100zł mniej ;)
Trzymają cenę ponieważ aby ją zniszczyć człowiek musiałby się na prawdę postarać. Nasza przy intensywnym, niemalże codziennym użytkowaniu wygląda jak nowa, więc wydatek jak najbardziej się opłacał.
Polecamy!

- JUSTYNA

Pierwszy raz w Dolinie Pięknej Pani byliśmy w zeszłym roku. Miasto słynie z Egri bikawer - czerwonego półwytrawnego wina. Pogoda nie do...


Pierwszy raz w Dolinie Pięknej Pani byliśmy w zeszłym roku. Miasto słynie z Egri bikawer - czerwonego półwytrawnego wina.
Pogoda nie do końca nam wówczas dopisała i namiot rozbijaliśmy między opadami deszczu. Nie mając nadziei na poprawę, ruszyliśmy z Madzią w przyczepce najpierw na obiad.
Jakie było nasze zaskoczenie kiedy czytając menu na tablicy jednej z restauracji zostaliśmy zaproszeni w naszym ojczystym języku przez jej kelnera :)
Małą atrakcją restauracji była duża papuga Ara, kiedy tylko Magda ją zobaczyła nie odstępowała klatki na krok, ku uciesze ptaka.


Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na podbój winnic.
Mi, z uwagi na obecny wówczas stan (Mati był jeszcze w brzuchu :D ) pozostało jedynie wąchanie kolejnych degustowanych win przez Arka. Kierując się jedynie zapachem i opinią męża, wybierałam kolejno butelki tego napoju bogów, na czas kiedy będę już mogła delektować się ich smakiem. W efekcie czego wracaliśmy z pokaźnym zapasem różnorodnego wina w przyczepce :D



Planując tegoroczny urlop, Eger był jednym z obowiązkowych punktów do zaliczenia. Tym razem pogodę mięliśmy wymarzoną i namiot rozbijaliśmy już w pełnym słońcu.
Magda szalała na swoim rowerku a Mati fascynował się każdym źdźbłem trawy.
Plan dnia wyglądał podobnie - kiedy obozowisko było już gotowe, udaliśmy się na obiad (do innej ale równie pięknej restauracji). Magda, jako że na rowerze spaliła parę kalorii, wyjadła Arkowi wszystkie kawałki mięsa z pikantnego gulaszu, aby mieć siłę na podbój winnic.
Mateusz obiad przespał, za to na degustację wina wyraźnie miał ochotę.


Jeśli sam zapach go kusił tak jak mnie rok temu, to chyba jestem w stanie go zrozumieć ;) 
Całe szczęście, że mięliśmy ograniczony budżet bo każde kolejne próbowane przeze mnie wino smakowało lepiej od poprzedniego. Gdybym chciała kupić każde, albo większość tych dobrych, to puściłabym nas z torbami :D
Wybraliśmy więc skromnie kilka butelek i jeden kartonik (promka była ;)) i wróciliśmy do namiotu.
Mimo iż w Egerze znamy tylko dolinę Pięknej Pani, to z całego serca polecamy zajrzeć tu każdemu kto znajdzie się w pobliżu.


Klimat tego miejsca jest niesamowity, a kiedy zapada wieczór i otwarte winnice kuszą ciepłym blaskiem spacerujących turystów, z wnętrza dobiega muzyka i gwar przeplatany ze śmiechem klientów - to ma się ochotę wstąpić do każdej z nich.


Jesteśmy niemalże pewni, że nie była to ostatnia wizyta w tym miejscu :)

- JUSTYNA

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts