Bardzo nam się spodobała inicjatywa Kolei Śląskich zwiazana z wprowadzeniem ograniczenia handlu w niedzielę. Otóż, w każdą pierwsz...

Kolej na... Jurę


Bardzo nam się spodobała inicjatywa Kolei Śląskich zwiazana z wprowadzeniem ograniczenia handlu w niedzielę. Otóż, w każdą pierwszą niedzielę miesiąca wolną od handlu rodzice jadący z dziećmi nie płacą za przejazd. W naszym przypadku oznacza to, że możemy podróżować po śląsku całkowicie za darmo, ewentualnie płacąc jedynie za nasze dzielne dwukołowe rumaki. Przy okazji pierwszej takiej niedzieli wybraliśmy się na naszą ukochaną Jurę Krakowsko-Czestochowską, jednocześnie przekonując się, że dziesięć minut na przesiadkę w Katowicach z dwoma rowerami, dwoma brzdącami i przyczepką to całkiem dużo czasu.


W pociągu z miejscem było różnie, generalnie nasz tabor zajmuje nieco miejsca i musieliśmy trochę improwizować, ale gdy tylko opuściliśmy aglomerację Śląską w pociągu zrobiło się luźniej i siedzieliśmy wszyscy blisko siebie.
 Magdalena była podróżą bardzo podekscytowana, co rusz zmieniając miejsca w pociągu i zagadując do współpasażerów. Mateusz zaś z właściwą sobie manierą balansował pomiędzy ciekawością a paniką, z okresowymi atakami głodu który musiał być czym prędzej zaspokojony.


W pociągu oczywiście zrobiliśmy listę rzeczy których zapomnieliśmy spakować rano, po czym dostosowaliśmy nasze plany na resztę dnia. Wysiedliśmy w Korwinowie, gdzie spotkaliśmy się z naszym przyjacielem Robertem i jego córeczką Hanią. Stamtąd ruszyliśmy na wschód, leśnymi drogami w kierunku olsztyńskiego zamku. Przy drodze rowerowej wzdłuż drogi jadącej do Olsztyna zrobiliśmy małą przerwę techniczną - nasze rowery nie były w najlepszym stanie po ostatniej wyprawie, ale kilka psiknięć WD40 szybko zalatwiło sprawę, przynajmniej tymczasowo. Dalsza droga prowadziła przed Odrzykoń, potem jednak skręciliśmy prosto na wschód, w leśną drogę, która nawierzchnią z każdym pokonanym metrem bardziej przypominała piaskownicę.


Hania, ochrzczona tymczasowo przez Magdę jako Maja, miała okazję pojeździć na tak rzadko używanych najniższych przełożeniach, nasze dzieciaki obudziły się z krótkiej drzemki i trzeba było zrobić krótką przerwę. Chwilkę potem, po krótkim podjeździe na zbocze piaszczystego wzgórza naszym oczom ukazała się fantastyczna panorama Olsztyna.


Widać było zamek, samo miasteczko, pobliskie skały z Biakłem na czele oraz Góry Sokole. Ruszyliśmy więc w stronę zamku, gdzie znajdował się żelazny punkt każdej z naszych wycieczek - plac zabaw.


Tam, po krótkiej fascynacji huśtawkami zrodził się pomysł lodów i kawy, rzeczy, że tak powiem koniecznych w takich dniach jak ten. A dzień robił się ładniejszy z minuty na minutę, temperatura szybowała w okolice 15 stopni, co po ubiegłotygodniowych mrozach było jak istny żar tropików.


Naładowani cukrem postanowiliśmy nieco uciec od zbierających się tłumów na Olsztyńskim deptaku i pojechaliśmy pokręcić trochę wokół zamkowych skał. Znaleźliśmy świetną miejscówkę pod skałami na trawce wykoszonej specjalnie dla wspinaczy, rozbiliśmy się z końcem i tobołami i padła komenda "Sezon grillowy 2018 A.D. uważam za otwarty!". Rozpaliwszy, nie bez problemów, jednorazowego grilla usmażyliśmy kiełbaski dla całej watahy.


Rodzice mieli  w końcu chwilę  czasu aby  odpocząć, dzieciarnia zaś albo broiła na kocu, albo gdzieś w skałach. Niestety czas leci straszliwie szybko gdy człowiek odpoczywa, wkrótce okazało się, że pociąg powrotny mamy już za niecałą godzinę i trzeba zacząć spinać ciała i mocno naciskać na pedały. Trasa powrotna wyglądała bardzo podobnie do porannej rejzy, z tym,
że słońce świeciło już teraz naprawdę mocno i aż szkoda było nam wsiadać do pociągu.


Na peronie prędko pożegnaliśmy się z Robertem i Hanią, podjechał pociąg i chwilę później relaksowaliśmy się w wagonie rowerowym. Podróż do Katowic przebiegła spokojnie, jedynie na dworcu przeżyliśmy chwilę stresu w związku z niespodziewanym korkiem przed windą dla wózków. Koniec końców udało nam się zdążyć na pociąg do Rybnika, rowery  dosłownie w ostatniej chwili sprawnie załadowaliśmy do pociągu dzięki pomocy kolegi, z którym rano jechaliśmy do Katowic, taki miły zbieg okoliczności czasem potrafi uratować cztery litery.


Reszta drogi upłynęła dość spokojnie, przy dźwiękach wesołych piosenek dla dzieci puszczanych na YouTube. Generalnie dzień był bardzo udany, a w podróże koleją z pewnością będziemy się wybierać co miesiąc.


Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts