Tatry zawsze zajmowały wyjątkowe miejsce w moim sercu, niestety po naszej - Polskiej - stronie Tatr, za każdym razem kiedy tylko pro...


Tatry zawsze zajmowały wyjątkowe miejsce w moim sercu, niestety po naszej - Polskiej - stronie Tatr, za każdym razem kiedy tylko prognozy pogody są optymistyczne, zjeżdża się, lekko licząc conajmniej pół kraju i zalewa najpopularniejsze atrakcje turystyczne. Dlatego już dawno temu postanowiliśmy, że jeśli w Tatry - to tylko do naszych ukochanych poludniowych sąsiadów - Słowaków. Tam jakoś zawsze jest pusto, i równie pięknie.
Wyprawę na krokusy mieliśmy w planach już od dawna, czekaliśmy tylko na okno pogodowe.
Na Słowację jechaliśmy na totalnym luzie. Pozbieraliśmy się rano i po prostu wyruszyliśmy, a jedynym planem na ten dzień było zobaczyć krokusy w Tatrach :)


Startowaliśmy z miejscowości Oravice, położonej na wysokości 790m.n.p.m.
Tuż za tamtejszym basenem termalnym - z którego słynie ta mała miejscowość - wjechalismy w asfaltową drogę w las. Krokusy rosły już na samym początku doliny, a każda mijana polana mieniła się na fioletowo.


Na jednej z nich zrobiliśmy krótki przystanek.


Dalej droga zmieniła się w ubitą szutrową nawierzchnię, aby wreszcie zmienić się w błotno-bagnisty trakt, rozjechany przez ogromne maszyny zajmujące się zrywką drzew.


Dodatkową przeszkodą okazały się żaby, które na potęgę wyskakiwały na drogę.


Im wyżej tym błoto stawało się głębsze. Dojechaliśmy w końcu do takiego miejsca, gdzie trzeba było zsiąść z naszych rumaków i prowadzić je. Żeby Arkowi było lżej, z przyczepki wyjęliśmy największy ciężar - czyli Magdę. Mała turystyka postanowiła wysiąść i przejść najbardziej stromy kawałek na piechotę.


W najwyższym punkcie naszej wycieczki na horyzoncie ukazała się piękna panorama Tatr.


Po krotkiej przerwie wsiedliśmy na rowery i zaczęliśmy zjeżdżać w dół - znowu w błocie!


Przy zjeździe było już totalne szaleństwo, robiliśmy wszystko aby nie spaść z roweru i nie wpaść w to bagno. Mi się niestety nie udało - gdy buty miałam już pełne blota to było mi wszystko jedno.
Pod sam koniec zjazdu Mateusz zasnął, więc zatrzymaliśmy się na uzupełnienie kalorii w przydrożnej jadłodajni.
Magda po raz pierwszy w życiu raczyła się kofolą, która nie do końca przypadła jej do gustu - za to tradycyjny langosz znikał bardzo szybko.


Posileni i szczęśliwi wróciliśmy do samochodu.


Udało nam się dzisiaj podziwiać dziko rosnące krokusy w spokoju i ciszy - tak jak to powinno się robić :)


- JUSTYNA
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts