Bikepacking. Jedno słowo, które od dłuższego czasu zaprzątało nasze głowy. Jak by to było wyruszyć gdzieś na naszych rumakach i być sa...

Rodzice planują, dzieci weryfikują ;)


Bikepacking. Jedno słowo, które od dłuższego czasu zaprzątało nasze głowy. Jak by to było wyruszyć gdzieś na naszych rumakach i być samowystarczalnym...
Ten dzień planowaliśmy od dobrych kilku miesięcy, przygotowywaliśmy się do niego najlepiej jak potrafiliśmy, a życie i tak zweryfikowało te nasze plany i przygotowania.
Ale od początku.
Plan był prosty - zapakować nasz mały dorobek życia turystycznego na rowery i ruszyć w dzicz Beskidu Niskiego. Sakwy zapakowaliśmy sobie już w domu, lecz mimo to załadowanie wszystkiego na rowery i do przyczepki zajęło nam chyba godzinę, wraz z zabawianiem, uspokajaniem i odwracaniem uwagi naszych m&msów od robienia rzeczy zabronionych (np. wkładania do buzi wszystkiego co znajdzie się w zasięgu ręki).
Udało się! Załadowani ruszyliśmy... powoli... ociężale pod górę. Nie było łatwo, ba było cholernie ciężko! dlatego po kilkuminutowej wspinaczce zawróciliśmy i postanowiliśmy jechać drogą asfaltową (prowadziła w dół ;D)


Dzieciaki nie do końca były tego dnia nastawione do siebie przyjaźnie a słońce grzało niemiłosiernie jak na początek maja. Zjechaliśmy do najbliższego sklepu kupiliśmy kiełbaski na ognisko  i ruszyliśmy na upatrzone miejsce biwakowe.


Każde nawet najmniejsze wzniesienie na drodze było odczuwalne. Mój rower był ciężki, ale rower Arka z przyczepką ważył chyba tonę. Tego dnia zrobiliśmy jakieś siedemnaście kilometrów, z czego ponad polowa była z górki, a większość po płaskim. Już wiedzieliśmy, że bikepacking w takiej formie nie jest dla nas. Po prostu, nie dalibyśmy rady na dłuższą metę tak jechać.
Z drugiej strony dzieciaki, może to był zbieg okoliczności, ale mieliśmy wrażenie, że  jazda wcale nie sprawiała im przyjemności. Mateusz nieustannie starał się wkładać Madzi palec do oka na co ona reagowała płaczem na przemian z piskiem co jeszcze bardziej go rozbawiało i z uporem maniaka atakował bidulce te oczy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce biwakowe mieliśmy dość, a do wieczora było jeszcze daleko...



Wypuściliśmy dzieciaki aby dały upust swojej skumulowanej energii a sami zabraliśmy się za przygotowanie obiadu. Polowego spaghetti po bolońsku - smakowało jak nigdy.


Kiedy zaczęło się ściemniać, okazało się, że nie będziemy sami na tym biwaku, gdyż w budynku leśników zaraz na wjeździe odbywał się suto zakrapiany grill.
Mati zasnął kiedy słońce chowało się za horyzont a Arek rozpalił upragnione przez Madzię ognisko.


Zjedliśmy kiełbaski posiedzieliśmy chwilę jeszcze przy ogniu i zmęczeni poszliśmy spać. Tak zakończyła się nasza przygoda z bikepackingiem.
Rano nie mieliśmy już ochoty na ciężkie rowerowe kręcenie, wiec ja zaczęłam zwijać obozowisko a Arek udał się po samochód.


Pozostało nam teraz od nowa zaplanować majowy wypad do Skandynawii gdzie główną formą aktywności miały być rowery.
Jeden dzień, a tyle nam uświadomił...
Do bikepackingu na pewno wrócimy, ale musimy poczekać aż dzieciaki podrosną, aby cieszyć się tym jak należy.
Z rowerami też nie żegnamy się na długo i wcale nam się nie znudziły ;)


Musimy nasze wspólne spędzanie czasu dopasować głównie do potrzeb naszych małych podróżników. Trafiły nam się dwa wulkany energii i zamykanie ich razem w przyczepce na dłużej niż godzinę, wiąże się z marudzeniem, krzykami i narastającym konfliktem, który przerwać może tylko natychmiastowa separacja ;D



Może to też Cię zainteresuje:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts