W zeszłym roku wzięliśmy udział w "Rowerowym Potopie", po którym zakochaliśmy się w Szwecji. Dlatego już po powrocie zaczęl...



W zeszłym roku wzięliśmy udział w "Rowerowym Potopie", po którym zakochaliśmy się w Szwecji. Dlatego już po powrocie zaczęliśmy kombinować jak by tam wrócić na dłużej - jeden dzień na rowerze to stanowczo za mało. Skoro na dłużej - to może od razu też dalej na północ, do Norwegii? Śledziliśmy przez pewien czas wyprzedaże i promocje na stronie Stenaline, aż w końcu któregoś ranka Arek oświadczył: "Płyniemy do Szwecji"! W nocy kupił bilety bo była prom przez duże "P".


Płynąć mieliśmy z samochodem, więc od razu plan zakładał jak najszybciej dostać się do tej mojej wymarzonej Norwegii.
W trasie do Gdyni zastanawialiśmy się czego nie zabraliśmy, o czym zapomnieliśmy itd. Po tych wszystkich naszych podróżach już się przyzwyczailiśmy, że zawsze, ale to ZAWSZE albo czegoś zapomnimy albo coś pójdzie nie tak jak miało być. Niejednokrotnie okazuje się potem, że nie ma tego złego... ale chcieliśmy się przygotować. Wyszło na to, że tym razem mamy wszystko.
Zjechaliśmy z promu w Karlskronie i jadąc do miejsca naszego pierwszego noclegu podziwialiśmy znajomy już niejako krajobraz.


Dojechaliśmy nad wybrzeże Kattegatu, wszyscy już dość głodni. Arek poszedł zapoznać się z opisami na tablicy informacyjnej, ja zaś zabrałam się za zrobienie kilku kanapek. Okazało się, że biwakowanie jest zabronione na terenie rezerwatu Arnasudden. Wtedy pomyślałam "oho, zaczyna się". Posililiśmy się i postanowiliśmy przynajmniej pospacerować po rezerwacie.



Pogoda była piękna, słońce grzało, od morza wiał dość silny wiatr, który jednak w żaden sposób nie przeszkadzał. Na terenie rezerwatu wypasały się owce. Było ich mnóstwo i ku uciesze dzieci uciekały za każdym razem, gdy zanadto się zbliżaliśmy.


Pozbieraliśmy trochę muszelek i trzeba było wracać do samochodu szukać kolejnego miejsca na rozbicie namiotu. Kiedy tylko wjechaliśmy na autostradę usłyszeliśmy dźwięk podobny do strzelającej butelki. Niestety był to dźwięk uderzającego w naszą szybę kamyczka robiącego w niej dziurkę!



Pierwszy dzień urlopu, tysiąc kilometrów od domu - no po prostu super! Dojechaliśmy do kolejnego możliwego miejsca postoju, ale nie przypadło nam do gustu. Zrobiłam zdjęcie szyby, aby zgłosić szkodę do ubezpieczyciela i ruszyliśmy dalej. Arek jechał, a ja pytałam wujka google czy możemy tak jeździć jeszcze dziewięć dni w obcym kraju. Około godziny dwudziestej znaleźliśmy "Rastplatz" z placem zabaw, więc długo się nie zastanawiając wypuściliśmy dzieciaki i wzięliśmy się za przygotowanie kolacji. Kiedy rozbiliśmy już nasz obóz, było grubo po dwudziestej pierwszej - temperatura nieco spadła, słońce schowało się za górami, ale nie zaszło, nadal było jasno i pewnie dlatego dzieciaki szalały w najlepsze.



Kiedy po dwudziestej drugiej zmęczenie w końcu dopadło Mateusza nadal nie było ciemno, ale zaraz po nim odpadła Madzia, a my w końcu w ciszy mogliśmy zaplanować nasz kolejny dzień.



"Zaplanować" 😂
Plan był taki, że o dziesiątej wyjeżdżamy. Wstaliśmy rano i standardowo zwijanie obozu, śniadanie, słońce już było dość wysoko, więc kiedy my pakowaliśmy graty do auta dzieciaki szalały na placu zabaw.



10:01 - wsiadamy do auta, uśmiechy na twarzach, Arek odpala auto... a auto ani drgnie.
Uśmiechy zgasły, z tyłu jedynie wycieraczka przejechała po suchej szybie a my siedzieliśmy i się zastanawialiśmy się o co chodzi?... pierwsza myśl - akumulator! ale nie działało kompletnie nic, tylko ta cholerna wycieraczka z tyłu za każdym razem jak Arek przekręcał kluczyk (w nadziei chyba, że może jednak auto odpali). Druga myśl: MAGDA! Bawiła się wieczorem w kierowce, wiec włączyła wycieraczkę, która teraz doprowadzała do szału. Odwracamy się oboje do niej a ten nasz słodki aniołek pyta "dlaczego nie jedziemy tato?" W takich chwilach najlepiej policzyć do dziesięciu - kilka razy i przypomnieć sobie każdy całus, każdy uśmiech, pierwsze "mama" i tym podobne rzeczy.
Kiedy kolejny raz wycieraczka wolno sunęła po tylnej szybie Arek postanowił ją wyłączyć i z rozpędu włączył przednie wycieraczki, które jednak nie miały tyle energii i zatrzymały się po chwili dokładnie w miejscu dziurki po wczorajszym kamyczku... ta z kolei zaczęła pękać!
Wtedy pomyślałam"nie wierzę, że to się dzieje na prawdę".
Zadzwoniliśmy do naszego ubezpieczyciela po pomoc. Pani uprzejmie poinformowała, że do dwóch godzin ktoś powinien przyjechać, a w razie czego mamy zapewnione holowanie za 250 ojro!!! Serio?!
Czyli dokąd? Z parkingu i dwa kilometry drogą główną? Ubezpieczenie kończyło się za dwa dni i nowe mieliśmy już full wypas, ale kto się spodziewał czegoś takiego już pierwszego dnia urlopu?
Na Parkingu stały chyba dwa tiry i jeden camper, ale nikt nie miał kabli rozruchowych (tego akurat nie zabraliśmy!) Dzieciaki na nowo szalały na placu zabaw, a my czekaliśmy na pomoc. W pewnym momencie podjechał jakiś samochód z przyczepą, Arek poszedł więc zapytać o kable. Okazało się, że Pan ma i oczywiście chętnie nam pomoże! Alleluja! Fabia zaskoczyła niemal od razu i w podzięce Aro praktycznie siłą wepchnął Szwedowi grzańca ze słowami, że to nasze pyszne polskie słodkie wino :D (tego akurat nie zapomnieliśmy ;) )



Ruszyliśmy, ja zadzwoniłam do ubezpieczyciela aby podziękować za ich chęć pomocy i powiedziałam do Arka, że nie chcę tego dnia zasypiać bo boję się kolejnego poranka...

~JUSTYNA
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram

Find us on Facebook

Popular Posts